Chicago Downtown

Six Flags

USA - październik 1998

Pierwsza wizyta w Stanach

Nasza pierwsza wyprawa do Stanów Zjednoczonych, a właściwie do Chicago związana była ściśle z wizytą rodzinną i miała dla mnie charakter wybitnie emocjonalny. http://www.naszepodroze.site90.com/images/usa/chicago_05.jpgMojego ciotecznego brata Marka nie widziałam prawie 11 lat. On pamiętał mnie jako 15-latkę, a tu pojawiła się przed nim 26 letnia kobieta i do tego z mężem. Był to okres, kiedy na wizę amerykańską ustawiały się długie kolejki przed konsulatem, gdzie zawsze przed okienkiem panowało nerwowe oczekiwanie, co powie konsul, czy „niestety Pani wniosek został odrzucony”, czy też „przyznano Pani wizę amerykańską i będzie Pani mogła zobaczyć Amerykę”. To niesamowite, jak mocno przeżywało się to takie stanie w kolejce z innymi oczekującymi, którzy zawsze opowiadają, kto ma największe szanse otrzymać wizę, a kogo napewno odrzucą. W istocie okazało się, że to, kto dostaje wizę jest czystą loterią i w zasadzie nie ma reguł. Na szczęście my dostaliśmy wizę drogą służbową i obyło się tym razem bez stresu, spokojnie mogliśmy więc zaplanować naszą podróż do Ameryki – krainy mlekiem i miodem płynącej, gdzie wszyscy są piękni, młodzi i uśmiechnięci etc. Tak mi się przynajmniej na początku wydawało. Do Chicago lecieliśmy przez Amsterdam liniami KLM i bez większym problemów, po 11 godzinnym locie wylądowaliśmy w Chicago, na drugim co do wielkości lotnisku na świecie O`Hare (pierwsze to Kennedy w NY). Była godz. 16.00 i nasz zegar biologiczny trochę zwariował. Postanowiliśmy przemęczyć się do 20.00 czasu lokalnego (dla nas to już była głęboka noc), by w ten sposób szybciej przestawić się na nowy czas. Okazało się to być dobrym sposobem, bo następną noc przespaliśmy już bez budzenia się w nocy.

Pierwsze wrażenia

To, co się rzuca w Ameryce najpierw w oczy, to duży rozmiar tego kraju, niemal w każdym aspekcie poprzez szerokie, kilkupasmowe trasy szybkiego ruchu czy autostrady (lokalnie zwane hajłejami), dużo większe http://www.naszepodroze.site90.com/images/usa/chicago_02.jpgod europejskich gabaryty samochodów, ogromne porcje jedzeniowe w restauracjach czy Mc`Donalds i przez to o wiele za „dużych” osób, nie przejmujących się kompletnie swoim wyglądem. Przeważa zdecydowanie niska zabudowa, tak że ma się wrażenie, że się jest właściwie bardziej pod Grójcem niż na przedmieściach Chicago. Mnóstwo domków jednorodzinnych, wyglądających tak samo, więc bardzo trudno o orientację, choć Amerykanie uważają, że mają bardzo przejrzysty i jasny układ ulic, nazywanych po prostu od kierunków świata i rosnącymi liczbami. Mnie jakoś ten ich system nie przekonał i dziękowałam Bogu, że to brat jeździ z nami po mieście, bo my sami byśmy się na pewno zagubili. Naprawdę trzeba mieć bardzo dobrą orientację przestrzenną w tym mieście i okolicach, bo jadąc autostradą łatwo przejechać swój zjazd, a potem trudno jest zawrócić.

Downtown

Na początek kilka suchych faktów o Chicago. Jest to trzecie co do wielkości miasto USA po Nowym Jorku i Los Angeles. http://www.naszepodroze.site90.com/images/usa/chicago_01.jpgPołożone nad jeziorem Michigan w stanie Illinois. Z racji tego, że od jeziora nieustannie wieje wiatr nazwano Chicago Wietrznym miastem - "Windy City". Downtown, inaczej centrum, słynie oczywiście z wysokich wieżowców i mówi się, że jest ono jedno z najładniejszych w Ameryce. Pierwszy na świecie drapacz chmur Home Insurance Building został zbudowany tutaj w 1885 r. Inne najbardziej znane wieżowce to: Reliance Building, Sears Tower i John Hancock Center. Któregoś, kolejnego dnia naszego pobytu, postanowiliśmy więc z Marcinem udać się kolejką podmiejską do samego centrum Chicago, aby móc bliżej im się przyjrzeć. Downtown to bardzo szczególne miejsce i rzeczywiście chyba najpiękniejsze, zarówno w ciągu dnia, jak i nocą, kiedy to wszystkie wieżowce są pięknie oświetlone. Prawie cały dzień chodziliśmy pomiędzy wieżowcami wysoko zadzierając głowy– są naprawdę bardzo wysokie, piękne architektonicznie i niepowtarzalne. Tak, muszę szczerze przyznać, wieżowce zrobiły na nas niesamowite wrażenie. Co krok robiliśmy im zdjęcie. Wspaniałe jest to, że każdy wieżowiec jest inny i dlatego każdy kolejny zachwyca swoim wyglądem. http://www.naszepodroze.site90.com/images/usa/chicago_03.jpgDopiero po ośmiu godzinach chodzenia po centrum wieżowce, pięknie zadbane parki czy mosty z widokiem na rzekę Hudson przestały nas zachwycać i robić na nas jakiekolwiek wrażenie. Bardzo duże i pozytywne wrażenie wywarł na nas również bulwar nad brzegiem Jeziora Michigan (Navy Pier). Piękny kolor jeziora, mnóstwo stateczków przy kei, pięknie zadbane witryny sklepów oraz olbrzymie koło tzw. Diabelski młyn, z którego podziwialiśmy wspaniałą panoramę na miasto. Przy jeziorze zbudowano promenadę, gdzie zlokalizowano rzeźby słynnych tworców sztuki współczesnej, m.in. P.Picassaa i M. Chagalla. Niektóre rzeźby wyglądały jak żywe. 

http://www.naszepodroze.site90.com/images/usa/chicago_04.jpgPopołudnie na promenadzie upłynęło nam bardzo miło. Zewsząd rozbrzmiewała muzyka reggae, bo na scenie właśnie prezentował swoje utwory zespół Afroamerykanów. Nam bardzo spodobała się makieta z pierwszymi osadnikami, przybyłymi dawno temu, aby zasiedlić Stany Zjednoczone. Wieczorem nie zapomnieliśmy oczywiście wjechać na najwyższy budynek w USA na Sears Tower, gdzie na samej górze wieży mieści się taras widokowy (233 South Wacker Drive, Chicago, IL) z możliwością podziwiania miasta z wysokości 103-go piętra. Widok był naprawdę niesamowity!http://www.naszepodroze.site90.com/images/usa/chicago_07.jpg
Jest to jedno z najlepszych miejsc, z którego można bardzo dobrze obejrzeć panoramę miasta. Podobno w pogodny dzień można dostrzec miejsca oddalone nawet o 40 - 50 mil (65 - 80 km). My oglądaliśmy miasto nocą, w pełni oświetlone i było to dla nas niezapomniane przeżycie. Widzieliśmy również mieniącą się kolorami tęczy fontannę oraz majestatyczny pomnik Lincolna.

Jedno trzeba przyznać, Amerykanie umieją się bawić. Szczególnie widać to w czasie Halloween. Wszyscy przebierają się wtedy w postacie z najgorszych koszmarów i chodzą po domach prosząc o słodycze. Na placach miejskich tryskają wówczas pomarańczowe fontanny, na każdym kroku, w witrynach sklepów, przed domami ustawiane są duże, pomarańczowe dynie z wyciętymi oczami i buzią. Domy często ozdabiane są jakimiś potworami i strachami. Myślę, że ten ich zwyczaj, który ze względu na datę 31.10 (tuż przed naszym dniem Wszystkich Świętych) raczej nie ma szans przyjąć się na dobre w Polsce.

halloweenMy spędziliśmy miło ten czas w jednym z pięciu ogromnych (bo w Ameryce wszystko musi być olbrzymie) centrów rozrywki - Six Flags Great America - po naszemu w wesołym miasteczku. Six Flags Great America (542 North IL Route 21 Gurnee, IL) z mnóstwem atrakcji położone na olbrzymim obszarze, który znajduje się pomiędzy miastami Chicago i Milwaukee. Jest to jeden z głównych celów podróży wielu rodzin amerykańskich, gdzie możemy na chwilę wrócić do krainy dzieciństwa i pojeździć na różnego typu karuzelach i kolejkach elektrycznych tzw. "roller coasters", które potrafią pokonać w zawrotnym tempie różnej długości trasy, wykonując przy tymniesamowite ewolucje i przyprawić niemalże o zawał serca. Oczywiste jest więc to, że nie mogło nas tam zabraknąć.

EagleMarcin namówił mnie na jedną z nich tzw. „Eagle”, gdzie w pewnym momencie jedzie się go góry nogami. Stojąc w długiej kolejce zastanawiałam się, czy stamtąd nie uciec. Dochodzące mnie zewsząd krzyki sprawiały, że robiłam się blada jak papier, byłam po prostu przerażona... ale to nic, najgorsze zaczęło się wtedy, kiedy już siedziałam w wagoniku, który po długim wjeździe na górę (można było stamtąd podziwiać całe wesołe miasteczko tak jak z lotu ptaka) miał właśnie zamiar zjeżdżać w dół i robić serpentynki, zamknęłam oczy... uff, przeżyłam. Nie powiem, bałam się potwornie, na szczęście zamknięcie oczu pomogło mi w tym, żeby nie nakręcać jescze bardziej swojej paniki i strachu przed wariacką jazdą w dół. Doszłam do wniosku, że dla mnie to jednak nie jest „fun” i nigdy więcej nie wsiądę na żaden roller coaster.
Poszłam jeszcze na jeden taki przejazd "Batmana", siedziało się w krzesełku, że nogi swobodnie wisiały, wrażenie było również piorunujące, ale nie powiem, żebym była odprężona. Nie mogłam odpędzić myśli, czy w czasie jazdy nie wypadnę z tego krzesła. To chyba zabawa jednak nie dla mnie...Jednakże to, co tam się zobaczy i samemu przeżyje, nie można do niczego porównać. Dlatego trzeba tam po prostu jednak pojechać i samemu wszystko przeżyć na własnej skórze.

Krótka przejażdżka amerykańską ciężarówką tzw. trokiem

To była dopiero frajda! Takie ciężarowki nie są niczym nadzwyczajnym na drogach Stanów Zjednoczonych. Dla nas stanowiła ona jednak ogromna atrakcję. Olbrzymia http://www.naszepodroze.site90.com/images/usa/chicago_06.jpgkabina, z łóżkiem, telewizorem i właściwie wszystkim, czego potrzebuje na trasie kierowca. Po drodze bary z pyszną kawą i łazienkami, gdzie można wziąć bezpłatnie prysznic i się odświeżyć, szerokie (choć niestety płatne) autostrady, tania jak barszcz benzyna. Mogę tylko powiedzieć, zupełnie nie przesadzając, że dla kierowcy truck jest to drugi dom, gdy długo jest w trasie. Często nawet dwa tygodnie przejeżdża się całe Stany. Jazda czymś takim sprawiła nam ogromną radochę. Żałujemy tylko, że nie mogliśmy udać się tą ciężarówką w dłuższą trasę np. do Kalifornii i przejechać w ten sposób wszerz całe Stany.

Tak upłynął nam szybko czas, jeszcze tylko kilka dni spędziliśmy na chodzeniu po sklepach i robieniu zakupów. Są to z reguły ogromne malle z ciuchami dobrej jakości i w rozsądnych cenach. Tego Amerykanom bardzo zazdroszczę. Gdybym tylko mogła i miała środki, to na ciuchy jeździłabym tylko tam.