Tajlandia - kwiecień 2009

Tym razem wybór padł ponownie na Tajlandię, a dokładnie na turystyczną wysepkę Ko Samui. Oboje z mężem bardzo lubimy Azję, bo jest stosunkowo tania, oferuje bardzo dobrej jakości hotele i oczywiście przepyszne jedzonko. Kuchni tajskiej nie trzeba tutaj zachwalać, bo jest znana w całych świecie. Tym nie mniej, dla kogoś, kto nie lubi takiej kuchni, jak np. moje dzieci, nie jest to problemem, bo w większości restauracji można zjeść typowe amerykańskie jedzenie, hamburgery czy kurczaka z frytkami.
Pomimo tego, że nie mieliśmy możliwości zamówienia w hotelu, wygodnej z uwagi na dzieci dzieci, opcji all inclusive, to jest to tutaj w jakimś sensie uzasadnione. W pobliżu hoteli z reguły jest wiele tanich, lokalnych restauracyjek, oferujących przepyszne jedzenie i z tego względu bez sensu byłoby stołować się tylko w jednej hotelowej restauracji. A tak, nie dość, że mieliśmy frajdę chodząc do różnych restauracji, to na dodatek w każdej serwowano posiłki w inny sposób i każda z nich miała inny „klimat”. Ale może zacznę od początku....

Miejsce, w którym sie zatrzymaliśmy - hotel Samuri Buri to jeden z wielu hoteli zbudowany w styl tajskim, położony na spokojnej plaży Mae Nam w północnej części wyspy. Do Tajlandii wybraliśmy się z dwójką naszych dzieci – Bartkiem (lat 7) oraz Igorkiem (na wyspie skończył 2 lata) oraz znajomym kolegą ze studiów – Zbyszkiem.

Moje obawy, jak zwykle dotyczyły głównie długiego lotu samolotem. Szybko rozwiałam swoje wątpliwości, jak dowiedziałam się, że będzie to rejs nocny - wylot z Zurychu po 23.00. Było więc tak, jak myślałam, zaraz po starcie samolotu, moje chłopaki poszły spać. Bartek zasnął na siedząco, a Igor położył się na swoim foteliku z głową na moich nogach. Obaj przespali smacznie cały lot. Mi, która zazwyczaj mało śpię w samolocie, udało się również przespać większość czasu. Nie obyło się oczywiście bez kłopotów ze zdrowiem. Tuż przed wyjazdem okazało się, że Bartek i Igor są przeziębieni, mają katar i kaszlą. Na szczęście lekarz po zbadaniu powiedział, że na razie nie dzieje się nic poważnego i że zmiana klimatu może im pomóc wyjść z choroby. Ponownie, jak w przypadku wyjazdu na Dominikanę, nie było opcji, żeby przesunąć urlop, bo wszystko już było opłacone i rezerwacja w innym czasie w ogóle nie wchodziła w rachubę.

Dlatego w niedzielę ze spokojem zaczęliśmy pakować walizki – gdyby coś się stało niedobrego z dzieciakami tzn. miałyby pochorować się bardziej, to się na wszelki wypadek ubezpieczyliśmy i uzgodniliśmy, że najwyżej będziemy szukać lekarza na miejscu. Liczyliśmy na to, że ciepłe letnie powietrze i zmiana klimatu poprawi im zdrowie, a nie pogorszy. I tak się też stało. Należy jednak pamiętać, że bardzo długi lot samolotem (klimatyzacja i fruwające zarazki, zmieniające się ciśnienie) sprzyja raczej pogorszeniu stanu zdrowia, ale nie zawsze tak musi być.

Lot z Warszawy poprzez Zurych do Bangkoku przebiegł nam bez większych problemów, wszystko gładko, sprawnie i na czas. Nawet bagaże nam się nie pogubiły. W Bangkoku wchodząc do małej, kolorowo umalowanej awionetki firmy Air Bangkok, która miała nas dostarczyć na wyspę, buchnęło nam w twarz typowe, gorące i wilgotne powietrze. Można było poczuć również specyficzny zapac Azji, trudny do określenia, niepowtarzalny i bardzo specyficzny, zapach tropikalnych kwiatów, palm i innych egzotycznych, bujnie rosnących roślin. Zanim wylądowaliśmy na pięknie położonym i otoczonym zadbanym ogrodem lotnisku na wyspie Ko Samui, przeżyliśmy chwile grozy. Awionetka była niewielka, na pokładzie zmieściło się bodajże z 50 osób, zbliżając się do lądowania obserwowaliśmy zachmurzone niebo, czyżby zbliżała się burza? W pewnej chwili rzuciło tak samolotem do góry i w dół, że jeden z pasażerów trzymający w ręku kubek z piwem, dotknął nim do sufitu i oczywiście rozlał. Poczuliśmy się „dziwnie”, nawet bardzo, po cichu zaczęliśmy modlić się o to, żebyśmy już wreszcie wylądowali. Jedynie nasz syn – Bartek, nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, zawołał – ale fajnie, jest tak samo jak na rollercoasterze! Chwila grozy trwała kilka minut, po czym wreszcie wylądowaliśmy na płycie lotniska. Uff co za ulga!
Lotnisko na Ko Samui jest bardzo nietypowe, a mianowicie nie przypomina żadnego normalnego budynku, hala przylotów i odlotów to „pomieszczenia”, które zbudowane są z grubych, drewnianych bali oraz krytego strzechą dachu. Wszystko bez okien i klimatyzacji wśród pięknie zaaranżowanego ogrodu: elegancko skoszonej trawy, małego stawu z kwiatami lotosu, trawy, palmy, strumyków z płynącą wodą, no i oczywiście słynnych w Tajlandii orchidei. Człowiek w ogóle nie czuje się tutaj jak na lotnisku. Wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do naszego hotelu. Byliśmy już trochę zmęczeni podróżą i spoceni, bardzo chcieliśmy już wziąć prysznic, żeby się odświeżyć i przebrać w letnie ciuchy. Droga z lotniska do hotelu trwała około 30 minut. W hotelu obsługa przyniosła nam tzw. Welcome drink – chyba sok z granatu (bardzo cierpki) w kolorze wiśni oraz zmrożony, pachnący intensywnie orchideą ręczniczek do odświeżenia twarzy i rąk. Po załatwieniu wszelkich formalności, udaliśmy się do naszego pokoju. Pokój okazał się ogromny, duży przedpokój, ogromna łazienka z prysznicem i wanną oraz przestronny pokój sypialny z dwoma „małżeńskimi” łożami. Wystrój pokoju w ciemnym drewnie, meble i tkaniny nawiązujące do stylu tajskiego. Z pokoju można było wyjść na spory taras, a z tarasu wprost to przybocznego basenu, a właściwie wąskiego paska wody, ciągnącego się wzdłuż całego skrzydła hotelowego. Pomysł z tym basenem prosto z tarasu uznaliśmy za genialny!
Po odświeżeniu się poszliśmy zrobić mały rekonesans i pójść coś zjeść. Było już bardzo ciemno (słońce w Azji zachodzi zawsze po 18.00) i niewiele było niestety widać. Słabo oświetlone ulice i budynki nie zachęcały zbytnio do wędrówki po okolicy. Poszliśmy więc do najbliższej, ładnie oświetlonej restauracji obok naszego hotelu – Luny. Wybór okazał się trafny, bo restauracja zachwyciła nas bardzo miłą obsługą i bardzo dobrym jedzeniem. Codziennie dostawaliśmy również rozmaite przystawki gratis do piwa np. marchewka zasmażana w cieście czy uwielbiane przez nas zapiekane pieczywo z czosnkiem. Pycha! Do tego dość tanio, średnio za danie obiadowe płaciło się od 12 do 25 zł. Sajgonki (4 szt) można było już zjeść za całe 90 Bathów, czyli przeliczając na nasze za 9 zł. Czyli ceny warszawskich barów azjatyckich. Po kolacji poszliśmy grzecznie spać, aby dopiero rano zobaczyć dokładnie, w jakim miejscu „wylądowaliśmy”. Kolega Zbyszek nocował w wynajętym domku (posesja Harry Bungalows) niedaleko naszego hotelu, położonym obok zgrabnego basenu, wiaty z hamakiem oraz wśród starych palm. Domek dla 2 osób (z dużym łożem małżeńskim) z lodówką, telewizorem i łazienką (prysznic) oraz oczywiście klimatyzacją kosztował go 30$ za noc.

Po przespanej ładnie nocy (bardzo szybko przestawiliśmy się) udaliśmy się na śniadanie do hotelowej restauracji nad morzem. Codziennie później przebywaliśmy z przyjemnością tą drogę, gdyż prowadziła przez pięknie zadbany ogród. Wszystkie roślinki bardzo ładnie dobrane, elegancko przystrzyżone, bujnie rosnące i sycące oczy soczystą zielenią. Nas zachwyciły olbrzymie bamusy, czasem rosnące jak wielkie snopki zboża, czasem tworzące zieloną ścianę jak żywopłot. Och, gdyby można było coś takiego wyhodować w Polsce! Bartusiowi bardzo podobały się wycięte w bukszpanie słonie, a właściwie rodzina słoni: mama, tata i dwójka małych słoników. Urocze!
Nasze śniadania serwowane były w formie szwedzkiego bufetu, zawsze można było wybrać świeże, pachnące egzotyczne owoce bądź sałatki owocowe czy z pomidorów ze świeżą bazylią, jogurty, sery żółte, różnego rodzaju pieczywo i ciasta, oczywiście parówki z kurczaka i smażony bekon. Do tego kucharz na życzenie smażył wszystko, co można zrobić z jajek: jajecznicę, jajko sadzone, omlet bądź naleśniki. Do tego, w wielkich stalowych półmiskach wystawiono potrawy, które zostawały z dnia poprzedniego z kolacji. Były to najczęściej makarony bądź ryż z warzywami, zapiekane warzywa bądź mięso w różnych sosach. Niestety ze względu na straszliwy upał, powyżej 35 stopni, na śniadanie jedliśmy bardzo mało, ja najczęściej owoce z zimnym, naturalnym jogurtem i jajecznicę. Do tego koniecznie zimny sok owocowy z lodem: ananasowy, limonkowy, arbuzowy bądź z mango. Wszystkie oczywiście bardzo smaczne.
Jeśli chodzi o wyspę Ko Samui, to oprócz wyspy Puket, Phi Phi, jest to jedna z najczęściej wybieranych wysp przez turystów. My byliśmy w północnej części wyspy, na plaży Mae Nam. Przez kilka dnia pozwiedzaliśmy okolicę: najbliższe supermarkety, gdzie można kupić piwo, restauracje, bary, sklepy ze sprzętem do nurkowania. Sklepów z pamiątkami było bardzo mało. Zdecydowanie nie była to dzielnica wybitnie turystyczna. W oczy rzucało się wiele małych, lokalnych barów, salonów do masażu i wiele, zwykłych domów mieszkalnych. Nie było też wielu turystów, bo jak się okazało później, nadchodził właśnie najgorętszy dzień w roku, więc może to był powód takiego opustoszenia. Dużo więcej jednak turystów i masa hoteli znajduje się na wschodnim wybrzeżu wyspy – w miejscowości Chaweng. Któregoś dnia pojechaliśmy tam na skuterach, żeby zobaczyć najsłynniejszą plażę na wyspie. Ale o tym później…
Przejażdżka pick-upem dookoła wyspy
Jak już trochę się zadomowiliśmy na naszej wyspie, poznaliśmy w miarę najbliższą okolicę, nabraliśmy ochoty, żeby zobaczyć coś więcej. Jedząc kolację w przypadkowo wybranej restauracji, kelner zagadnął z nami i zaoferował obwiezienie nas po całej wyspie i po jej atrakcjach swoim samochodem dostawczym tzw. pick-upem. Koszt za cały dzień jazdy 1500 bathów (3 osoby dorosłe i 2 dzieci). Uznaliśmy, że jest to całkiem niezła cena, biorąc pod uwagę, że będziemy sami na takiej wycieczce. Umówiliśmy się z nim następnego dnia o 10.00 rano. Przyjechał punktualnie przed hotel, jak z Igorkiem wsiadłam do kabiny (z klimatyzacją), a chłopaki (Marcin, Zbyszek i Bartek) siedli na tak zwanej pace. Przez pewien czas mieli wielką frajdą jadąc tak z tyłu, dopóki słońce nie zaczęło mocniej operować. Wtedy nie dali już rady dalej smażyć się jak na patelni i uradowani wsiedli do przyjemnie, schłodzonej kabiny. Wycieczka zajęła nam cały dzień, po drodze zobaczyliśmy na wzgórzu pomnik Wielkiego Buddy (Big Budda). Bartek dopiero po informacji, że na górze jest coca-cola do picia, dał się namówić na wejście na górę. A wielki Budda był naprawdę wielki i cały złoty, dookoła niego był krużganek z różnej wielkości dzwonami. Z góry roztaczał się wspaniały widok na morze i na okolicę. Schodząc na dół, zaczepił nas mnich ubrany na pomarańczowo i za drobnym datkiem ofiarował dzieciom sznureczek na rękę (to miało im zapewnić wszelkie szczęście i pomyślność). Kupiliśmy również symbolicznie jeden kafelek terakoty, którą obkładane jest otoczenie pomnika. To było trochę tak jak u nas kiedyś kupowanie cegiełek na jakiś szczytny cel np. budowę basenu. Następnie kierowca zawiózł nas do lokalnej, buddyjskiej świątyni, bardzo kolorowej, ociekającej złotem i z mnóstwem rzeźbień. Ładnie położona świątynia, nad wodą, pomiędzy dwoma pomnikami Buddy. W buddyjskiej świątyni urzekła mnie namalowana na ścianach historia życia Buddy.

Budda jest założycielem jednej z powszechnych religii w Azji - buddyzmu. Urodził się ok. 560 roku p.n.e., jako syn władcy jednego z królestw leżących u podnóży Himalajów, na granicy dzisiejszego Nepalu i Indii. Zgodnie z legendą, ojciec Buddy chciał go wychować na swojego następcę. Dowiedział się jednak, że jego synowi jest przeznaczone zostać mędrcem. Chcąc go odwieść od tych planów stworzył mu sztuczny świat w obrębie pałacowych murów, otoczył luksusem i zabronił kontaktu z ludźmi starymi, chorymi czy w jakikolwiek inny sposób nieszczęśliwymi. W końcu jednak Budda zetknął się przypadkowo ze starcem, człowiekiem chorym oraz zobaczył ludzkie zwłoki i to wywarło na nim takie wrażenie, że postanowił uciec z pałacu, aby zrozumieć przyczyny istnienia starości, chorób i cierpienia.
Od tego czasu Budda wędrował po północnych Indiach, zapoznając się z różnymi odmianami medytacyjnych i ascetycznych praktyk religijnych ówcześnie panujących, osiągając w każdej z nich mistrzostwo, żadna go jednak nie przekonała. W końcu postanowił odrzucić je wszystkie i wypracować własną technikę dotarcia do prawdy. Zgodnie z legendą usiadł po prostu pod drzewem Bodhi, w miejscu obecnie zwanym Bodhgaja (niedaleko miasta Benares) i zaczął testować kolejno wszystkie techniki medytacyjne, które wcześniej poznał doprowadzając się przez 7 lat niemal do skrajnego wyczerpania. Wówczas pojął, że zbyt skrajnie ascetyczne techniki medytacyjne nie prowadzą do celu i zaczął normalnie odżywiać się i dbać o swoje zdrowie.
Po tej decyzji zaczął robić błyskawiczne postępy i stosując kombinację umiarkowanej medytacji i zdrowego odżywiania się osiągnął szybko stan pełnego oświecenia. Było to najwyższe pełne oświecenie, wyzwolenie od cierpienia i zrozumienie jego przyczyn. Od tego momentu zwano go Buddą - przebudzonym. Po osiągnięciu tego stanu siedział jeszcze pod drzewem Bodhaja medytując nad tym co zrobić po osiągnięciu oświecenia. W tym czasie opracował podstawy swojego systemu nauczania zwanego Dharmą - składającego się z Czterech Szlachetnych Prawd i Ośmiorakiej Ścieżki prowadzącej do osiągnięcia Oświecenia, będących do dzisiaj podstawą buddyzmu.
Resztę swojego życia spędził wędrując po północnych Indiach nauczając zasad swojej religii, nie stworzył jednak (a nawet zabronił dokonania tego) jakiejś spójnej hierachii ani nie zdecydował się świadomie spisać zasad buddyzmu, pozostając do końca życia wędrownym kaznodzieją. M.in. dlatego buddyzm do dzisiaj nie ma czegoś co można by uznać za jego świętą księgę oraz nie ma żadnej instytucji władnej wydawać ostateczne sądy w sprawie wiary. Budda umarł w niewielkiej miejscowości Kusinara, na długo wcześniej, jak podaje legenda, przewidując miejsce i czas swojej śmierci. Zmarł (lub jak uważają buddyści - wszedł w stan nirwany) w wieku 80 lat. Bardzo malowniczo życie buddy pokazuje film Bernardo Bertolucciego „Mały Budda” z Keanu Reevesem w roli Buddy.
Ale rozpisałam się trochę nie na temat, choć buddyzm w Azji jest bardzo popularny. Wszędzie, nawet w restauracjach, można spotkać duże, małe posągi Buddy i palące się przed nim kadzidełka. Ma to swój urok, dodatkowo w Tajlandii, tubylcy bardzo uprzejmie kłaniają się przy powitaniu czy przy przynoszeniu rachunku za obiad, składają przy tym dłonie jak do modlitwy. Takie podejście do turystów bardzo owocuje, człowiek czuje się bowiem tutaj bezpiecznie, że jest mile widziany etc. Przed naszą główną atrakcją tego dnia, przejażdżką na słoniach, zatrzymaliśmy się w lokalnym zoo na typowy show z udziałem egzotycznych zwierząt: tygrysów, wydr, papug i innego rajskiego ptactwa. Dodatkową atrakcją było zobaczenie w basenie olbrzymich żółwi, które można było samemu nakarmić (koszyk z kapustą pekińską kosztował 10 bathów). Na terenie zoo było również wcale niemałe oceanarium z mnóstwem kolorowych, małych i dużych ryb tego regionu. Dzieciakom bardzo wszystko się podobało, na koniec można było zrobić sobie zdjęcie z papugą, sową czy też wydrą, co oczywiście jak większość turystów uczyniliśmy. Następnie pojechaliśmy na słonie. Na niewielkim placu przy dużej, drewnianej platformie chodziło kilka słoni wraz ze swoimi opiekunami, czekając na turystów. Na jednego słonia wsiadł Zbyszek i Bartek, na drugiego Marcin, Igorek i ja.
Jakie wrażenia? Początkowo mały problem z wejściem na siedzisko, potem trochę z utrzymaniem odpowiedniego punktu ciężkości, bo trochę nas bardziej przechylało w stronę Marcina, a na koniec 30 minut wędrówki po okolicznym lesie. Słoń podczas naszego spaceru został umyty wodą (żeby go ochłodzić), potem trochę się najadł liści z drzewa, a na koniec stanął przy wodospadzie, żebyśmy mogli sobie zrobić fotografie na tle wodospadu. Opiekun słonia oczywiście bardo chętnie zaproponował nam, że porobi nam zdjęcia, co widać było, że sprawia mu olbrzymią radochę. Oczywiście nic za darmo, za sesję zdjęciową chciał oczywiście dobry napiwek. Jak nazwa wskazuje, daliśmy mu na piwo. Było fajnie, wesoło, ale niewygodnie. Metalowa barierka wbijała nam się w plecy, na dołach wbijała się bardziej, więc w sumie to cieszyliśmy się, że na słoniu będziemy jechać tylko 30 minut, a nie np. godzinę, jak nam wcześniej oferowano. Przejażdżka na słoniu kosztowała nas 700 bathów od osoby i polowe za dziecko. Igor gratis :-)
Potem poszliśmy zobaczyć słynny na tej wyspie wodospad, gdzie kilku młodych Tajów chciało sobie „wypożyczyć” od nas Igorka, żeby sobie zrobić z nim zdjęcie. Oczywiście się nie zgodziłam na ten absurdalny pomysł i tym oto sposobem wraz z nim zostałam uwieczniona na zdjęciach jako „egzotyczne tło” w ich tajskich telefonach komórkowych. Nieźle to wyglądało, grupa młodych, ciemnych Tajów a obok nich biała mama z dzieckiem. Do hotelu przybyliśmy wczesnym popołudniem ok. 17.00. Po drodze zobaczyliśmy punkt widokowy na piękną zatokę, przejeżdżaliśmy przez wybitnie turystyczną część wyspy obok słynnej plaży Chaweng. Mnóstwo hoteli, mnóstwo restauracji, sklepików, barów, dyskotek i ludzi. W sumie to nawet ucieszyliśmy się, że mieszkamy z dala od tego zgiełku, ale koledze Zbyszkowi bardzo się tam spodobało. Maybe next time…
Kolejne dni na wyspie mijały nam sielsko i anielsko. I pewnie w takim leniwym, mało emocjonującym tempie byśmy dobrnęli do końca urlopu, gdyby nie nurkowanie. Kolega Zbyszek uczył naszego Bartka nurkować, no i w ogóle od czasu do czasu zanurzał się, żeby się ochłodzić. Niestety po którymś tam zanurzeniu zauważył, że zablokowało mu się ucho. Myśleliśmy, że ucho mu się samo odblokuje, ale jak po dwóch dniach jego męki (bo nic nie słyszał, za to dobrze słyszał samego siebie), postanowił, że wynajmie skuter (za 200 bathów za dzień) pojedzie do szpitala do laryngologa. Tak też się stało, pojechali razem z Marcinem do szpitala, jak się później okazało bardzo przyzwoitego, gdzie profesjonalnie (miło, czysto, szybko ale nie tanio) odblokowali mu ucho i przepisali antybiotyk, bo miał już lekki stan zapalny. W każdym bądź razie, ta ich przejażdżka skuterem do szpitala, zachęciła nas, żeby następnego dnia wynająć skuter i pojechać na plażę Chaweng, aby się tam pokąpać i miło spędzić dzień.
Tak też uczyniliśmy. I znów na jednym skuterze jechał Zbyszek z Bartkiem, który był bardzo zaaferowany, że będzie jechał na prawdziwym motorze, na drugi ja z Marcinem oraz Igorkiem pośrodku. Wybraliśmy się z rana, ale słońce palilo mocno, do tego musieliśmy mieć kaski, więc grzało nas w głowę mocno. Ale pojechaliśmy. Po godzinie dojechaliśmy na miejsce, zbliżało się południe i mieliśmy ochotę schować się gdzieś w cień i napić czegoś zimnego. Na szczęście przy plaży było wiele wielkich, rozłożystych drzew, które dawały głęboki cień. Bardzo szeroka plaża, drobny, biały piasek i przezroczyście czysta woda zrobiła na nas wrażenie. Bardzo przyjemnie było się w niej zanurzyć, zwłaszcza że nie była zbyt zimna, tylko przyjemnie chłodząca. Jedyny minus to brak publicznego prysznica, gdzie można byłoby się opłukać po wyjściu ze słonej kąpieli oraz mnóstwo handlarzy, którzy co chwilę do nas podchodzili i reklamowali swój towar: lody, biżuterię z kokosa, jedwabne poszewki, obrusy etc. Słowem wszystko, co tylko można wcisnąć turyście będącemu na wakacjach. Ja nawet pochodziłam po okolicznych budkach i straganach, ale niestety ceny nie były jakieś bardzo atrakcyjne (takie jak w Polsce niestety), a jak już sobie upatrzyłam fajne buty, to się jednak okazało, że nie ma akurat mojego rozmiaru. W związku z tym, kupiłam sobie jedwabną tunikę (rozmiar uniwersalny), obrus z tajskim wzorem na stół w podobnej cenie oraz spodenki letnie dla chrześniaka Marcina.
Tajski masaż
Będąc w Tajlandii nie sposób nie skorzystać z usług tajskich masażystek. Muszę przyznać, że jest to coś niesamowicie regenerującego i relaksującego dla ciała i ducha. Na masaż chodziłam prawie codziennie. Bez względu, czy był to masaż stóp, czy całego ciała (oil massage), czy tylko szyi i karku, to zawsze trwał godzinę, zawsze kosztował 300 bathów (czyli 30 zł) oraz zawsze się kończył masażem głowy i skroni. Masaż stóp jest bardzo popularny i naprawdę warto choć raz poddać się niemu. Niesamowicie odpręża, zwłaszcza gdy po całym dniu bolą od chodzenia stopy. Masaż tajski to kombinacja akupresury, Shiatsu i elementów jogi. W jego masażu następuje bardzo powolne i rytmiczne uciskanie określonych punktów energetycznych na ciele, co powoduje uśmierzenie bólu i uwolnienie od napięcia. Podczas takiego masażu, uzmysłowiłam sobie, jak bardzo mam twarde ramiona i napięte mięśni karku. Nic dziwnego, bo tam właśnie kumuluje się nam stres. Podobno masaż tajski oddziałuje na ciało w sposób, który prowadzi do kompletnego uzdrowienia ciała, energii i umysłu. Chciałam mocno w to wierzyć i chyba tak było, bo po takim masażu czułam się jak nowo narodzona. Masaż Tajski w Warszawie kosztuje już nie tak tanio, bo 30 minut - 80 PLN, 60 minut -120 PLN, 1.5 godziny -150 PLN, natomiast z olejkami aromatycznymi (całe ciało) 1,5 godziny : 300 PLN , 60 minut : 200 PLN. Może więc stanowić tylko fajny prezent na urodziny, bo jak tu korzystać z niego codziennie?