Lima

Islas Ballestas

Nazca

Arequipa

Kanion Colca

Titicaca

Cuzco

Ollantaytambo

Machu Picchu

Peru - listopad 2008

spisane z bloga, pisanego podczas podróży http://www.dosmartines.blogspot.com

Kontrola z Polski.

Witam wszystkich, jestem juz nareszcie w Limie. Po dlugim, wyczerpujacym, trwajacym 12 godzin locie z Amsterdamu wyladowalam szczesliwie na lotnisku. Sprawnie przeszlam przez bramki kontrolne i odebralam nawet swoj bagaz. Jezu, jak sie ciesze! Potem prosto do wyjscia i do spotkania z moimi towarzyszami podrozy. Na szczescie moj kochajacy maz z kolega juz na mnie czekali. Uff! Dotarlam sama do Limy i jestem bardzo z tego powodu bardzo dumna. Miasto po krotkich ogledzinach bardzo przyjemne (choc nieciekawe architektonicznie). Pieknie polozone na wysokim klifie z widokiem na daleki ocean. Musze konczyc, wlasnie udajemy sie na wyspy Ballestas zwane Mini Galapagos i przede mna mase wrazen. Pa! Pa!

Lima pierwsze kroki.

Lima to miasto wielu kontrastow. Brzydoty i piekna, biedy i bogactwa. Jak zwykle po przylocie byly przejscia z taksowka. To chyba juz norma w kazdym wiekszym miescie, ze taksowkarze rzna turystow. Zaczepil nas najpierw jeden gosc po wyjsciu z terminala i proponuje taksowke Ile pytamy? 150soli. Cena z kosmosu, wiec idziemy dalej. Stoi stoisko oficjalnych taksowek Green Taxi, cennik mowi ze do Miraflores, gdzie jest nasz hostal koszt taxi to 45soli. No to okay. Stoimy w tej kolejce i co chwila podchodzi jakis kierowca z wywieszona legitymacja Green Taxi i oferuje nam przejazd?! Troche dziwne skoro juz stoimy wlasnie po taki przejazd. Ale wszystko sie wyjasnia jak dochodzimy do panienki, ktora przyjmuje kase i wystawia vouchery. Chcemy placic a ona wskazuje na kierowce obok i mowi, ze zaplacimy przy hotelu. Wszystko jasne. Idziemy wiec z gosciem, ktory nas podwiezie na czarno, choc oficjalnie pracuje w Green Taxi. Po chwili nie ma juz sladu po tym ze tam pracuje, bo sciaga jednym ruchem reki znak taxi z dachu i rzuca na fotel pasazera. Ale do hostalu Porta w dzielnicy Miraflores nas dowiozl szczesliwie. Troche z dusza na ramieniu, no bo wiadomo straszyli nas, ze jest niebezpiecznie w Limie. Faktycznie domki w dzielnicy Miraflores, niektore sliczne ale wszystkie otoczone wysokimi kratami, chronione drutem kolczastym. Na ulicach widac ochraniarzy albo policje. Miraflores polozone jest na wysokiej skarpie, otoczenie jest pieknie zadbane, trawniki, place zabaw, fontanny, kamienne posagi. Do tego wysokie, nowoczesne apartamentowce. Wzdluz glownych ulic dobre sklepy i restauracje. Ale peryferie miasta wygladaja zgola inaczej. Brudne, chaotyczne dzielnice fabryczne pokryte smogiem. Wszystko jest brudno betonowe. Widac ubogich ludzi, bezdomnych, inny swiat. Nasz hostal okazal sie niewielkim domkiem w dzielnicy podobnych budynkow. Pokoje obszerne, bardzo wysokie, po 4 nocach spedzonych w ciasnej kajucie wydawaly sie wielkie jak hala. Taki stary kolonialny dom. Byl juz pozny wieczor po dziewiatej, wiec zasiegnelismy jezyka i poszlismy szesc przecznic dalej w kierunku Placu 7 czerwca. No takiej Limy sie nie spodziewalismy. Moze raczej oczekiwalismy ubranych na kolorowo w peruwianskich czapeczkach grajkow. Tymczasem to raczej przypominalo Cancun. Dziesiatki kolorowych, dudniacych muzyka knajp. Kluby nocne, dyskoteki, karaoke, jedno przy drugim. Naganiacze ciagnacy cie do swojej knajpy, nakrzykujacy z wszystkich stron. Peruwianki usmiechniete, szczuple, wysokie, jakis wyselekcjonowany sort :-) Dalismy sie zwabic na osmiorniczke w sosie z czarnych oliwek i litrowe piwo. Do hotelu dotarlismy po polnocy i padlismy wyczerpani z ulga na wielkie szerokie lozka z pachnaca posciela. Mimo ze ze statku zeszlismy juz 24godziny temu to nadal nami kolysalo...

Lima ciąg dalszy.

Dzis przyleciala kontrola z Polski. Oficjalnie zeby skontrolowac czy sie dobrze prowadzimy z Martinezem, czy sie dobrze odzywiamy, czy zmieniamy regularnie bielizne, czy kobiety niewiadomego pochodzenia nie nocuja po 10tej w naszym pokoju. Wizytacja przebiega w przyjaznej i owocnej atmosferze. Justynie sie bardzo spodobalo w Peru, trudy podrozy jej nie zmogly i wieczorem poszlismy w Miraflores nad ocean zeby cos zjesc. A wczesniej tego dnia zwiedzalismy z Martinezem stare miasto. Nie dalismy sie zwariowac przestrogom w przewodnikach i opowiesciom znajomych i jednak postanowilismy sie poszwedac i porobic zdjecia. Na Plaza de Armas, glownym placu w Limie trafilismy na zmiane warty przed palacem prezydenckim Palacio de Goberno. Zmiana warty odbywa sie rowno w poludnie i jest skomplikowana uroczystoscia. Przez prawie pol godziny wojskowa orkiestra wygrywa marsze a zolnierze ubrani w niebiesko czerwone mundury z epoki maszeruja jak olowiane figurki w te i we wte. Przy tym samym placu znajduje sie imponujaca La Catedral de Lima z XIw. W srodku jest sarkofag Francisca Pizzary. Sam plac jest piekny, otoczony z dwoch pozostalych stron zoltymi kamienicami. Z pieknymi drewnianymi, ciemnymi wykuszami. Posrodku, fontanna i konna postac Francisca Pizarry. Chodzac po okolicznych uliczkach doszlismy do Kosciola i zakonu San Francisko. Wstep kosztowal 5soli. Przepiekny budynek, poczawszy od katakumb wypelnionych szkieletami przez wspanialy dziedziniec z rzezbionym, drewnianym sufitem i wykladanymi drobnymi kafelkami scianami. Posrodku patio 5 fontann. Najwieksze wrazenie zrobila na nas bibloteka ze starymi woluminami. Wyglada jak wyjeta zywcem z filmu "Imie Rozy". Wyposazenie budynku, komnat, zachowane ornamenty swiadcza o tym, ze zakon zyl sobie bardzo bogato. Pytanie dlaczego akurat zakon franciszkanski, ktory propagowal ubostwo i skromnosc tak sobie dogadzal? Ale to chyba nic nowego w swiecie kosciola, prawda ? No i tak szlajalismy sie po miescie, kolorowym, zywym, nowoczesnym az nadszedl czas zeby odebrac przesylke z Polski :-) Na powitanie Justyna dostala shake'a z truskawek a nam sie odwzajemnila kanapkami z sucha kielbasa...

Islas Ballestas - Galapagos dla ubogich.

Ceviche w wykonaniu peruwianskim jest genialne. To owoce morza podane na lisciu salaty, pokryte czerwona cebula i skropione sosem cytrynowym. Palce lizac. W Limie kupilismy sobie pakiet dwudniowy od sprzedawcy w biurze podrozy Julius, ktory naprawde zasluguje na uznanie, bo przyszlismy tylko po bilety autobusowe a efekt jest taki ze siedzimy na skraju pustyni Paracas na nedzna zatoka pelna kutrow rybackich i wcinamy squidy :-) Czuc bylo, ze gosc jest specjalista w momencie kiedy poprosilismy o bilety a on z usmiechem na twarzy zdjal monitor z biurka i rozpostarl przed nami mape. Bron boze nie mowie, ze cos jest nie tak. Wszystko jest absolutnie cacy i jestesmy jak dotad bardzo zadowoleni z uslug biura. Nawet z faktu, ze musielismy dzis wstac przed 3rano w zupelnych ciemnosciach i zejsc do recepcji hostalu, gdzie czekal juz na nas gosc z samochodem. Mieszkancy Limy jak widac swietnie sie bawia w nocy, jechalismy na dworzec autobusowy a na ulicach bylo duzo ludzi. Moze to fakt, ze wczoraj wieczorem byl Halloween a peruwianczycy, jak zauwazylismy , zwlaszcza po przebranych dzieciach bardzo polubili ten zwyczaj. Co prawda ich cmentarze wygladaja zgola dziwnie. Groby wylozone sa kafelkami, jakimi u nas wyklada sie lazienki. Ale pewnie dobrze sie to zmywa. W okolicach dworca moglismy zobaczyc jakie jeszcze rozrywki oferuje noca Lima, przy ulicy staly atrakcyjne panie oferujac kierowcy w mgnieniu sekundy szybki przeglad swoich wdziekow. Staly mianowicie tylem w samych stringach wypinajac zgrabne posladki do przejezdzajacych samochodow. Dworzec autobusowy linii Cruz del Sur w Limie rewelacja. Ogrodzony teren, ochrona, wygodny parking, w srodku klimatyzowana poczekalnia, stanowiska odprawy jak na lotnisku, komputerowe stanowiska informacyjne. Polska ze swoimi PKS-ami to jakas zenada przy tym serwisie, jestesmy sto lat za murzynami. Bagaze oddaje sie w okienku i dostaje kwit bagazowy, na pokladzie autokaru jest stewardesa w szpileczkach :-) Przy 3-godzinnym rejsie dostalismy lekki posilek. Siedzenia ekonomiczne rozkladaja sie do pozycji polezacej a w klasie first do calkowicie lezacej. Takich rzeczy nie ma nawet w niektorych samolotach. Dziwne bylo to, ze ze wzgledow bezpieczenstwa kazdy pasazer przy odprawie a potem na pokladzie autokaru zostal nakrecony kamera video przez pracownika ochrony. Podobno dla celow bezpieczenstwa. Dojechalismy do Paracas, tam szybki transfer na lodz motorowa i poplynelismy na Islas Ballestas - tzw. Galapagos dla ubogich. Mi sie podobalo, bylo to swietne uzupelnienie tego co widzielismy na wyspach w Ekwadorze. Rejs trwa okolo 2 godzin i plywa sie wokol kilku wysp, zamieszkalych glownie przez ptaki. A sa ich tysiace. Kiedy zrywaja sie do lotu niebo robi sie czarne. Kiedy siedza na skalach tworza bialy dywan. Ciekawostka jest fakt, ze wyspy okresla sie jako Islas Guanas, ktorych jest w okolicy 28. To znaczy, ze na wyspach zbiera sie co kilka lat odchody ptakow jako wysokogatunkowy, naturalny nawoz. Po kilku latach glebokosc warstw odchodow na wyspie moze dochodzic do kilkunastu metrow. To sie nazywa robic interes z gowna :-) Czyli jak napisalem, ptakow sa tysiace, mewy, pelikany, na niektorych wyspach kormorany. Sa tez duze kolonie lwow morskich. W wodzie pluskaja sie delfiny. Cudnie, tylko strasznie wieje i urywa glowe jak lodz szybko plynie w strone powrotna do portu. Na ladzie, przy deptaku z restauracjami spotkalismy naszych Slowakow z Galapagos. Popijali kawe w otoczeniu grupy swoich rodakow i wielce sie ucieszyli na nasz widok. No a godzine pozniej zabralismy sie na wycieczke po rezerwacie Paracas, ktorej nigdy nie mielismy w planach, ale sympatyczne biuro Julius nam sprzedalo w pakiecie. Rezerwat Paracas to w zasadzie pustynia, tak wiec robimy sobie zdjecia na tle wydm oraz na skraju wysokich klifow nad oceanem. A na lunch zawieziono nas do jakiejs, trudno to nawet nazwac oazy, bo nie ma tam drzew , powiedzmy osady. W zatoczce jest zacumowanych moze 30kutrow rybackich a na ladzie stoja 3 restauracje oraz budynek z toaleta. Toaleta jest jedna jedyna i wlasciciel pobiera 15soli (czyli 15zlotych) za wizyte. Niezle, co? Poszlismy do knajpy nie polecanej przez naszego przewodnika, zeby nie dostal za nas haraczu. Jedzenie jest na szczescie pyszne. Dzis po poludniu czeka nas dalsza podroz autobusem do Nazca.

Dziwne rysunki.

Droga z Nazca do Arequipa wiedzie przez kosmiczne krajobrazy. Z jednej strony ocean, z drugiej wysokie, pokryte mgla gory. Wszystko jalowe, bez drzew, skaliste, piaszczyste. Pustkowie totalne. Przynajmniej przez pierwsze 3 godziny jak jedziemy. Ale powoli sie sciemnia i wiecej juz nie zobaczymy z okien naszego autokaru. Mijalismy miejscowosc widmo, w ktorej nie bylo ani jednej zywej duszy, zreszta nawet te miejscowosci zamieszkane sa przygnebiajace. Parterowa zabudowa, kwadratowe budyneczki z wystajacymi kikutami zbrojenia na dachach, bardziej to wszystko przypomina jakas ruine niz skonczone budowle. Jesli jakas fasada jest wykonczona to tylko ta frontowa od ulicy, wtedy wymalowana jest w jakies zywe kolory. Duzo lokalnych knajpek, sklepikow z mydlem i powidlem, ludzie siedza przed budynkami i wpatruja sie w ulice. Kazde miasteczko jest podobne do siebie. Nawet Nazca w ktorej dzis spalismy niewiele sie roznila. Byla co prawda wieksza, glowna ulica, a na niej duzo restauracji i biur podrozy pod potrzeby turystow. Fasada budynku wcale nie musi swiadczyc o tym co jest we wnetrzu. Za wyglad naszego miejsca noclegu z zewnatrz nie dalbym zlamanego dolara, po wejsciu do wnetrza okazalo sie, ze kryje piekny dziedziniec z ogrodem i basenem. Pozory myla. Nazca zyje z turystow i lotow awionetkami nad plaskowyzem Nazca. My tez wykupilismy taki 30 minutowy przelot Cessna. Oprocz pilota bylo nas 5 pasazerow. Martinez chwalil sie pilotowi, ze tez pracujemy w liniach lotniczych jakby mialo to cos zmienic, ale nie zrobilo to na nim najmniejszego wrazenia. Najwieksza fascynacje u turystow przybywajacych na plaskowyz Nazca, robia figury przedstawiajace zwierzece i roslinne ksztalty, ktorych jest kilkanascie, ale tak naprawde na plaskowyzu jest tysiace dziwnych znakow i rysunkow. Nikt nie zna pochodzenia tych tajemniczych rysunkow. Do mnie osobiscie najbardziej przemawia wersja, ze rysunki sa wynikiem halucynacji miejscowych szamanow po zazyciu odpowiednich srodkow wspomagajacych kolorowe wizje :-) Widzielismy wiec z samolotu rysunki Astronauty, Malpy, Psa, Kondora, Pajaka, Kolibra, Drzewa, Rak, Papugi i Flaminga i wiele innych niezrozumialych linii i figur. Robilismy zdjecia i postaramy sie wszystko rozszyfrowac po powrocie do domu, w dlugie jesienne wieczory :-) Trzeba przyznac, ze te wizerunki zrobione przed wiekami i widoczne tylko z powietrza daja wiele do myslenia. W samym Nazca niewiele jest robienia. W zasadzie to prawde mowiac nic. Powalesalismy sie po miasteczku, po lokalnych bazarach i uliczkach. Zjedlismy obowiazkowo kurczaka. Dla peruwianczykow kurczaki to glowne zrodlo pozywienia, oprocz swinek morskich rzecz jasna. Jeszcze nie probowalismy tego malego gryzonia. Martinez wspomina swoja swinke z dziecinstwa o imieniu Pinokio i jakos przez wzglad na wspomnienia nie mamy na razie odwagi ;-) Co chwila widac kurczakarnie w miescie. Porcje podaja gigantyczne, kawalki kurczaka sa w panierce podobnej do tej z KFC. A do picia obowiazkowo kazdy kupuje Inca Cola. Ten napoj to nic innego jak nasza polska oranzada landrynkowa sprzed lat. Wlasnie podano catering w naszym autokarze, jakas wolowina z ryzem, warzywa i kisiel. Do picia coca cola. Za oknami juz ciemna noc a przed nami jeszcze 6 godzin drogi. Czy dzis jechal moze Kubica? Jesli tak, to zaluje ze nie moglem tego obejrzec...

Świnki morskie i Cusquena.

Nabralismy ciuchow jak na zime a tymczasem pogoda nas rozpieszcza. W dzien sloneczko przyjemnie pali w kark i odsloniete ramiona. Smarujemy sie piecdziesiatka a i tak nos i uszy mamy czerwone. Dzien spedzilismy w Arequipie. Przyjechalismy tu wczoraj wieczornym autobusem z Nazca. Bylo po jedenastej w nocy. Miasto wymarle. Tania taksowka pojechalismy do posady, ktora znalezlismy w internecie, ale nigdy nie dostalismy potwierdzenia rezerwacji. Samochod kluczyl po ciasnych, wymarlych ulicach. Gdzieniegdzie na rogu stal patrol policyjny, poza tym ani zywej duszy. Zatrzymalismy sie posrodku jakiejs kolejnej uliczki, jeden i drugi jej koniec tonal w slabo oswietlonych ciemnosciach. Drzwi w fasadzie budynku nosily napis Posada San Juan, wiec wszystko w porzadku. I tak jak pisalem wczesniej, nie nalezy sie sugerowac zewnetrzna fasada. Po wejsciu po schodkach okazalo sie ze zarezerwowalismy sobie calkiem przyjemny, sympatyczny hotelik z malym patio. W dodatku z bezplatnym wifi dzieki czemu pisze tego bloga i wiem niestety jak polegl Kubica :-( Miasto jest pelne uroku. Dzis mamy dzien bez napietego planu zwiedzania, wiec walesalimy sie po uliczkach, pilismy kawe w restauracjach na Plaza de Armes i zjedlismy swinke morska z rusztu. Smakuje jak pieczony kurczak a wyglada jak rozdeptana ...swinka morska. Pieka ja razem z pyskiem i pazurami, wiec widok na talerzu nie jest zbyt zachecajacy. Ale doszlismy do wniosku, ze peruwianczycy pewnie tak samo pomysleliby o tym, ze my jemy kroliki czy bazanty, wiec nie powinnismy sie dziwic, ze oni lubia swinki morskie. Stare miasto w Arequipa jest urocze. Piekny duzy plac centralny czyli Plaza de Armas obsadzony jest palmami i obowiazkowo posrodku ma fontanne. Jeden z bokow placu zajmuje Katedra z bialego kamienia z imponujacymi dwoma wiezami gorujacymi nad miastem. Pozostale 3 boki tworza kamienice z sukiennicami. W kafejce na pietrze w sukiennicach sprobowalismy herbaty z lisci koka. Smierdzi suszonym sianem, podobnie jak herba matte w Argentynie. Ale ma ponoc lagodzace dzialanie przy objawach choroby wysokosciowej. A Arequipa polozona jest na wysokosci 2350 m n.p.m. Jako dwaj nadcisnieniowcy odczuwalismy z Martinezem ta wysokosc. Oddech staje sie krotszy, serce szybciej bije, wkrada sie nerwowosc i czlowiek sie szybko meczy. Justyna nie odczuwa wogole taki objawow, ma niskie cisnienie i czuje sie na tych wysokosciach jak ryba w wodzie. Na wszelki wypadek kupilismy sobie w aptece tabletki na sorochi, czyli wlasnie na chorobe wysokosciowa. Jutro, a w zasadzie dzis w nocy bo o 2:30 wyjezdzamy na wycieczke do kanionu Colca. Bedziemy tam na wysokosci ponad 4000m. n.p.m. W poludnie dzisiejszego dnia zrobilismy sobie wycieczke do Monasterio de Santa Catalina. Klasztor ten polozony jest 2 przecznice od Plaza de Armas i jesli mozna by go okreslic jednym zdaniem to jest cudny jak cukierek. Jest rozlegly i parterowy. Zbudowany w 1579 r. sluzyl jako schronienie dla kobiet, ktore zdecydowaly sie wstapic na cala reszte swojego zycia do klasztoru. Poczytywano sobie to za zaszczyt jesli jedna z corek z zamoznej, szanowanej rodziny decydowala sie na taki krok i zamieszkiwala w prywatnej celi wewnatrz murow. Klasztor wyglada jak male sredniowieczne miasteczko z platanina waskich uliczek. Ma piekne kolory murow, biale, ciemno-czerwone i intensywnie niebieskie, kilka dziedzincow z lukami, fontanne, schodki, luki nad uliczkami, wreszcie ogrody. Piekne miejsce do zwiedzania i fotografowania. Poznym popoludniem, kiedy w koncu wyrwalismy sie z bazaru ze swetrami z alpaki, gdzie kupilem sobie, oczywiscie, jakzeby inaczej czapke a'la Tusk, tylko ze mniej kolorowa, wspielismy sie do Bar on the Top. To restauracyjka na dachu najwyzszej kamienicy przy Placu zaraz przy katedrze. Pani ubrala nas w welniane poncha, bo troche wialo. Ale jaki piekny doswiadczylismy zachod slonca! Arequipa otoczona jest wysokimi gorami w tym osniezonymi 5-tysiecznikiem El Misti i wulkanami Chachani i Pichu Pichu. Slonce schowalo sie za gorami a niebo mienilo sie kolorami czerwieni i fioletu. Podswietlono Plaza de Armas i wieze katedry. Jak w bajce. Justyna i Martinez pili znowu herbate z lisci koki a ja nie moglem sobie odmowic, mimo ich potepiajacych min, ciemnego lokalnego piwa Cusquena. Jest po prostu znakomite. Najwyzej bede jutro cierpial wysoko w Andach... Oby nie.

3 kondory.

Dzis grany byl kanion Colca. Pobudka 2 w nocy, wyjazd pol godziny pozniej busikiem w 9osob w calkowitych ciemnosciach. Bylo w koncu przynajmniej zimno, do tego stopnia ze szyby parowaly i kierowca mial trudnosci z widocznoscia. A jechalismy bagatela droga wijaca sie wsrod gor na wysokosci ponad 4 tys. m. n.p.m. Po swicie dojechalismy do Chivay, stolicy regionu Indian Colca. Polozona jest na 3633m. Szybkie sniadanie i zwiedzanie. Jadac droga w gory zobaczylismy pierwszych Indian. Mezczyzni nie wyrozniaja sie niczym szczegolnym, zajmuja sie rola, tacy niscy kowboje. Kobiety tez niskie, z pieknymi zakrzywionymi nosami, ubrane niezwykle kolorowo, w kapeluszach na glowie i tobolkami na plecach. Na placyku przed starym kosciolkiem moglismy podziwiac taniec Indianek wokol fontanny. Malo skomplikowany, nawet ja bym dal rade tak zatanczyc, no ale nie o to chodzi... Dla potrzeb turstow do zdjec ustawily sie tez kolorowo ubrane Indianki z alpakami i orlami. Justyna skrzetnie skorzystala z okazji. Nie musze chyba dodawac, ze na kazdym kroku kolorowe Panie w ponczach i kapeluszach maja swoje kramy oferujac wszystko co da sie wydziergac z welny alpaki. Bieda w tych miasteczkach w dolinie Colca az piszczy, co nie znaczy, ze nie zyja dobrze z turystow. To chyba ich glowne zrodlo zarobkowania. Naszym busikiem przemieszczalismy sie po gorach waska szutrowa sciezka majac w dole coraz bardziej powiekszajacy sie kanion. Jest imponujacych rozmiarow, ocenia sie, ze jest 2 razy glebszy niz slynny Wielki Kanion w USA. Co ciekawe duze jego tereny w dolnych czesciach sa przeznaczone pod uprawy. Poszatkowany jest zielonymi tarasami, wzdluz wijacej sie tam leniwie rzeczki. Finalnym przystankiem na naszej gorzystej sciezce byl Cruz del Condor, czyli punkt obserwacyjny kondorow. Wiadomo, w koncu jestesmy w Andach i nie moglo zabraknac tych ptakow. No wiec bylo ich cale 3 sztuki. Nawet daly sie uprosic dziesiatkom turystow i poszybowaly sobie kilkakrotnie w kanionie. Nic specjalnego jesli mam byc szczery. Zjechalismy na dol do Chivay w poludnie i zeby sie odswiezyc zawitalismy do Hot Springs - taki lokalny kompleks kilku basenow, ktory czerpie wode z termalnych goracych zrodel pochodzenia wulkanicznego. Moze gdyby bardziej sie postarali zeby dopiescic to miejsce to bym wyrazil zachwyt, a tak znowu musze sie powtorzyc, nic takiego. Poplywalismy w goracej wodzie, oplukalismy sie pod lodowatym prysznicem i do miasta na obiad. Potem kwadrans zeby sprawdzic na lokalnym bazarku, czy aby ceny czapek nie sa nizsze niz w Arequipie i powrot do busiku. Przewodnik trafil nam sie kiepsko, bo raz ze mowil malo to jeszcze tak niewyraznie, ze nie wiedzielismy czy mowi po angielsku czy hiszpansku. Zatrzymywalismy sie jeszcze w wielu miejscach po drodze aby podziwiac kanion, popatrzec na zyjace na wolnosci alpaki, na wysokosci prawie 4900metrow zrobilismy postoj w miejscu z ktorego doskonale widac bylo okoliczne szczyty gor i wulkanow. Nie powiem zapieralo dech w piersi Ale nie widoki a rozrzedzone powietrze. Kazdy szybszy ruch powodowal trudnosci ze zlapaniem oddechu. Ale tak generalnie, musze powiedziec, ze nie mamy akurat z tym wiekszych problemow. Widocznie kazdy organizm inaczej to odczuwa. Ostrzegano nas zeby nie pic alkoholu na tych wysokosciach, tymczasem regularnie pije lokalne ciemne piwo i czuje sie jak mlody bog ;-) Do Arequipy wrocilismy po piatej, wytrzesieni i zmeczeni calodniowym programem. Ledwo sie zmusilem napisac tych kilka zdan. Jutro znow wstajemy o swicie, po szostej rano mamy samolot do Juliaca, bedziemy starali sie dostac nad jezioro Titicaca.

Titicaca.

Zostawilismy za soba gorzysta Arequipe i przelecielismy samolotem do miejscowosci Juliaca, ktora z gory jest plaska jak stol Ubogo tu strasznie i nie ma kompletnie nic. Taksowka zbiorcza zabralismy sie do Puno, miasteczka nad jeziorem Titicaca, ktore znajduje sie 45km. od lotniska. Przysnelismy podczas drogi zeby sie natychmiast przebudzic kiedy Pani w hostelu powiedziala, ze niestety nie ma dla nas miejsc. Jakas grupa przedluzyla sobie pobyt o jeden dzien. Znalezli nam na szczescie trojke w hotelu niedaleko z ladnym widokiem na jezioro. Coz Puno niewiele sie rozni od dotychczas widzianych miast w Peru jesli chodzi o architekture, jednak jego niewatpliwa zaleta jest polozenie na wzgorzach i dostep do jeziora Titicaca. Uliczki sa strome i waskie, domy nieotynkowane, ceglane, niewykonczone Ale po raz pierwszy poczulismy lokalny peruwianski folklor, niekoniecznie prezentowany dla turystow. Kobiety chodza po ulicach kolorowo ubrane w charakterystycznych malych melonikach. Ich chusty i spodnice sa oblednie kolorowe. Trafilismy dzis tj. 5listopada na doroczne swieto z okazji narodzin pierwszego Inki - Manco Capac. Miasto zylo tym swietem. Glowna ulica prowadzaca do portu pelna byla miejscowych, handlarzy, turstow na szczescie jak na lekarstwo, zaledwie kilka osob. Dotarlismy do portu, kupilismy bilety na stateczek na wyspy Uros, rowniez znane jak Islas Flotantes. Przed portem dziki tlum na cos czekal. Mielismy juz plynac kiedy na horyzoncie ukazala sie flotylla stateczkow, kilka wiekszych kilkuosobowych oraz kilkadziesiat malych czolen jednoosobowych zbudowanych z trzciny. To Indianie Uros przybywali z wyspy do Puno. Kolorowi, przebrani w swoje tradycyjne stroje, w pioropuszach. Doplyneli do brzegu i wyszli tanczyc na ulicach w kolorowych orszakach My tymczasem plynelismy juz w strone zielonych trzcin totora, ktore porastaja jezioro Titicaca. Byla nas tylko czworka, tj. my i poznany przypadkowo francuz. Wedrowal sobie przez kilka miesiecy po Ameryce Poludniowej a mieszka na codzien w Lyonie, gdzie zawodowo przycina murawe na stadionie. Indianie Uros mieszkaja na slynnych plywajacych wyspach zbudowanych z kilku warstw trzciny totora. Co kilka lat musza klasc dodatkowe warstwy trzciny, ktora gnije od spodu. Chaty, lodki, wszystko zbudowane jest z tych trzcin. Wysiedlismy na jednej z wysepek, gdzie rodzina kobiet zrobila dla nas szybka prezentacje, potem przewiezli nas czolnem na kolejna wyspe. Podloze ugina sie pod stopami, gdzieniegdzie stopa potrafi sie zapasc po kostke. Niestety komercja dotarla rowniez tu, miejscowi zyja z turystow i podejrzewamy, ze wiekszosc na noc wraca na lad a tu przyplywa tylko do pracy ;-) Niemniej jednak to jedyne tego typu miejsce na swiecie, jezioro Titicaca to swiete jezioro Inkow, do dzis zamieszkale przez plemiona Quechua i Aymara, najwieksze jezioro w Ameryce Pld, i najwyzsze zeglowne jezioro swiata. Pogode mielismy piekna, kilka chmurek na blekitnym niebie i palace slonce. Na tej wysokosci, 3830m n.p.m mozna sie niezle opalic. Za to pod wieczor zrobilo sie chlodno, wrecz zimno. W miescie tance i parady, orszaki maszeruja pod katedra na Plaza de Armas wzbudzajac wielkie zainteresowanie miejscowych. Choroba wysokosciowa dala o sobie znac, Justyna sie gorzej poczula w ciagu dnia, bole glowy, nudnosci brak apetytu. Herbatka z lisci koka nie bardzo dziala. Na szczescie konczymy z tymi wysokosciami, jutro zjezdzamy nizej, lecimy do Cuzco. A zapomnialem dodac, ze na wyspie Uros w chacie z trzciny zjedlismy smazona, swiezutka rybke z jeziora z ryzem. Bardzo smacznie i folklorystycznie. Puno jak dotychczas, najbardziej nam sie spodobalo pod wzgledem kolorytu i atmosfery, tutaj widac i czuc Peru, ktore znalismy z opowiesci i filmow dokumentalnych. Jest super fajnie :-)

Jesteśmy w Cuzco.

Zapadl zmrok a na ulicach nadal trwala zabawa. Zostawilismy Justyne w hotelu, bo byla zmeczona i postanowila isc spac i poszlismy z Martinezem na glowny plac. Caly plac i schody przed katedra byly zapelnione ludzmi. Ulicami szly kolorowe grupy tancerzy. W odroznieniu od popoludnia kiedy prezentowaly sie szkoly dzieci i mlodziezy, teraz prezentowali sie dorosli. Peruwianki kojarza sie z niskimi, korpulentnymi kobietami w kolorowych chustach, tymczasem na placu tanczyly dlugonogie, zgrabne dziewczyny w mini spodniczkach na wysokim obcasie. Zastanawiam sie czy starsze pokolenie babc na trybunach nie czulo sie zgorszone. Atmosfera panowala jak na karnawale. Sklepikarki na przenosnych rusztach smazyly szaszlyki z alpaki, byly ciastka, przekaski, napoje w torebeczkach. Co chwila wybuchaly petardy. Jedna wielka zabawa. Skonczylo sie okolo 8mej i niesieni przez tlum jeszcze przeszlismy sie po miescie. Natrafilismy na pasaz handlowy, zupelnie zrobiony pod turystow, z pubami, pizzeriami, nowoczesnymi sklepami. Dobrze ze nie trafilismy tam rano, bo zepsuloby nam to wizerunek Puno. Komercja niestety jest widoczna na kazdym kroku. Kiedy ladowalismy w Juliaca na lotnisko w hali przylotow grala kapela indianska zupelnie jak u nas na Placu Zamkowym. Dzis siedzimy na lotnisku, zeby odleciec do Cuzco i ta sama kapela tez odgrywa swoje hity i zbiera pieniadze. Na lotnisko dostalismy sie nie bez problemow. Zamowilismy wczoraj taksowke, poniewaz jedzie sie prawie godzine Przyjechal jakis peruwianczyk rano, zaladowalismy sie i ruszylismy w droge. Dojezdzamy do rogatek miasta a tam blokada policyjna. Kierowca skrecil na stacje benzynowa obok, zatankowal i wyjechal w odwrotna strone niz nalezalo jechac. Wjechalismy na pelna wertepow polna droge omijajac policje. Kierowca tlumaczyl ze nie ma pozwolenia na wozenie turystow, bo nie jest... taksowka. Wyjechalismy kilka kilometrow dalej na szose, ale tam tez stal radiowoz. Policjant cos gwizdnal ale nasz samochod sie nie zatrzymal i pojechalismy dalej. Nikt nie strzelal, nie bylo poscigu ;-) Przedmiescia Cuzco tak samo beznadziejne jak wszystkie inne miasta Peru, brudne, parterowe, ceglane kwadratowe budynki, chaotycznie rozrzucone po ulicach. Troche nas to zniechecilo w pierwszym momencie. Ale jak tylko wyszlismy z naszego Hostelu Cusi Wasi i zaczelismy zblizac do glownego rynku, widoki zaczely zmieniac sie diametralnie. Stare kamienice z pieknie rzezbionymi balkonami i drzwiami, luki, male placyki z zielenia. Doszlismy do Plaza de Armas i oniemielismy z zachwytu. Przepiekne miejsce, najpieknieszy rynek jaki dane nam bylo dotad zobaczyc w Peru. Jest duzy i kolorowy. Jakze odmienny od przedmiesc peruwianskich miast. Schludnie utrzymany z pieknym trawnikiem, tonacy w kwiatach, zoltych i bialo rozowych. Posrodku obowiazkowo imponujaca zielona fontanna. Z jednej strony placu jak zwykle kosciol, na rogu katedra, a pozostale czesci placu zapelnaja niezwyklej urody, przecudne dwupietrowe kamieniczki z arkadami na parterze. Kazda kamieniczka ma misternej roboty drewniane wykusze w ktorych mieszca sie kawiarenki. Wszystkie budynki kryte sa czerwona, ceramiczna dachowka. W tle widac na wzniesieniach podobne zabudowania starowki Przepiekne miejsce. Uliczki odbiegajace od placu, nie mniejszej urody, waskie wybrukowane kamieniem, stromo ciagnace sie w dol i gore. Wszedzie galerie, sklepiki, knajpki. Zwiedzilismy katedre, ociekajaca zloceniami, wypelniona niezliczona iloscia malowidel, w tym obraz z ostatnia wieczerza, na ktorej Jezus z apostolami zajada swinke (chyba morska, ale nie jestesmy co do tego zgodni). W kazdym badz razie swiatynia razi przepychem i bogactwem. Sporo tez kosztuje przyjemnosc podziwiania tego - 25soli. Potem odwiedzilismy Qorikancha - kosciol katolicki wybudowany na fundamentach i murach najstarszej swiatyni inkaskiej w Cuzco. Wrazenie robia fragmenty murow swiatyni inkaskiej, sa to bloki skalne idealnie przyciete i do siebie dopasowane bez uzycia zaprawy. W Cuzco mniej widac kolorowej ludnosci lokalnej, za to wiecej turystow. Na kazdym rogu na starowce dziewczyny oferuja masaz. Nie znam szczegolow tej oferty bo Justyna nas dobrze pilnuje ;-) Wogole nabrala sil po wczorajszej niedyspozycji i dzis ciaga nas po miescie, kosciolach i muzeach. Martinez zasypia wlasnie w restauracji czekajac na kurczaka z czosnkiem. Za mna chodzi dzis jakies krwiste mieso... ale na steka z argentynskiej wolowiny raczej nie ma szans. Kroluje kurczak i alpaka. Mamy piekne sloneczne popoludnie i po obiedzie jedziemy na wzgorze gorujace nad Cuzco - Saqsaywaman zeby podziwiac pozostalosci po inkaskiej warowni.

W drodze do Machu Picchu.

Dochodzimy do wniosku, ze Peru jest drogie. Jasne, kazdy znajdzie cos na wlasna kieszen, mozna sie przespac za 10soli jak i za 80soli, mozna zjesc za 10soli jak rowniez za 40. Nam blizej do tych drugich opcji, ale to dlatego ze mamy malo czasu i wszystko musimy miec z gory, szybko i sprawnie zalatwione. Niektorych rzeczy nie da sie jednak uniknac. Oplaty dla turystow za wejscia do muzeow, kosciolow i obiektow historycznych sa koszmarnie wysokie. Byle jaki kosciol w kazdym miescie to conajmniej 10soli (1 sola = 1 zloty), katedra w Cuzco 25soli a jak wjechalismy na szczyt wzgorza nad Cuzco gdzie mieszcza sie ruiny twierdzy Saqsaywaman okazalo sie ze wstep kosztuje 40soli. A do obejrzenia jest tam w zasadzie tylko czesc murow zbudowanych z duzych blokow kamiennych. Szczerze mowiac nic niezwyklego. Za to faktycznie widok na miasto Cuzco z gory jest fantastyczny. Do miasta schodzi sie wybrukowanymi schodami. Po starowce mozna chodzic godzinami, jest to pelne uroku miasto i zdecydowanie godne polecenia w Peru. Zreszta kazdy kto przyjezdza do tego kraju z pewnoscia musi zobaczyc Machu Picchu a wiec naturalne jest, ze musi zatrzymac sie w Cuzco. Jak bardzo jest to skomercjalizowane miasto pod gusta turystow, niech swiadczy fakt, ze na glownym rynku jest McDonalds ;-) Zjedlismy tu lody, rowniez dlatego ze maja darmowe wifi. W Arequipie zamowilismy sobie bilety na pociag do Aguas Calientes jak rowniez nocleg. Mial go ktos dostarczyc nam do hostelu w Cuzco. Wrocilismy na nocleg a voucherow nie ma. Poprosilismy recepcjoniste zeby zadzwonil pod podany numer telefonu i po krotkiej rozmowie oswiadczyl, ze ktos przyjdzie o 8mej. Nikt nie przyszedl, zadzwonilismy jeszcze raz i obiecano nam ze nastepnego dnia rano ktos sie zjawil. Do 9tej rano nie bylo nikogo. Troche w nerwach, bo tego dnia mielismy jechac rano do Ollantaytambo znowu dzwonimy do coraz bardziej podejrzanego biura podrozy. Po chwili zjawil sie gosc, ale przyniosl tylko bilety w jedna strone i na pozniejsza godzine niz wstepnie sie umawialismy. Voucherow na hotel nie przywiozl. Troche nam puscily nerwy, ale co robic. Jedziemy dalej i liczymy na to, ze rzeczywiscie na miejscu ktos nam wreczy bilety powrotne i przyjma nas do hotelu. Dzis zarzadzilismy dzien oszczedzania na transporcie, ale zarazem zblizenia z miejscowa ludnoscia. Podjechalismy taksowka na przedmiescia Cuzco przy Puente Grau, gdzie miesci sie maly dworzec autobusowy. Zaraz obok w podworku stalo kilka taksowek i busikow i otoczylo nas naraz kilku mezczyzn mocno nalegajacych zeby skorzystac z ich prywatnej oferty. Nie spodobaly nam sie ich geby i natarczywosc wiec mocno sciskajac plecaki przeszlismy na druga strone ulicy, gdzie w podobnym podworku stalo kilka zniszczonych autobusikow z napisem Urubamba. Maly budyneczek z oknem, gdzie kupuje sie bilety i kolorowy tlumek ubogo wygladajacych pasazerow. Bilet kosztowal 3.50soli i o dziwo mielismy nawet przyznane miejsca. Nie wszyscy mieli takie szczescie, bo zaladowalo sie do autobusu tyle osob ile akurat bylo chetnych. Zanim ruszylismy weszla pani w kapeluszu i zaczela cos mowic do podrozujacych. Autobus ruszyl a Pani zaczela cos spiewac. Potem z torby wyjela opakowanie ze slodyczami, cos ala gumy mamba i zaczela sprzedawac. Poprzeciskala sie pomiedzy ludzmi w autobusie, sprzedala trzy sztuki i wysiadla. Tymczasem pojazd sie zapelnial coraz bardziej, po drodze wsiadali coraz nowsi pasazerowie, az zrobil sie taki scisk ze juz nikt nie mogl sie wiecej zmiescic. Zaraz przy nas stanela kobieta z mala dziewczynka umieszczona w kolorowej chuscie na plecach. Za reke trzymala chlopczyka, moze 5letniego a w drugiej rece miala torbe z ktorej dochodzilo miauczenie i cos sie w niej ruszalo. Kiedy mala dziewczynka o olbrzymich czarnych oczach zaczela plakac, mama obrocila chuste do przodu i zaczela ja karmic trzymajac sie jedna reka poreczy. Martinez wydobyl z plecaka snickersa i dal malemu chlopcu. Bardzo niesmialo wzial do reki patrzac na mame i przez nastepne pol godziny trzymal w raczce nie wiedzac co z tym zrobic. Kiedy juz prawie caly baton mu sie rozpuscil w dloni, otworzyl go zwracajac uwage czy nie patrzymy i wreszcie zjadl. Buzie mial cala w czekoladzie. Ubrany byl w czerwone welniane spodnie, niebieski sweter i jeszcze pulower w tym samym kolorze. My siedzielismy tylko w t-shirtach. Droga z Cuzco do Ollantaytambo jest bardzo widowiskowa. W niczym nie ustepuje widokom z kanionu Colca. Miasto Urubamba w ktorym wysiedlismy znajdowalo sie na dnie zielonej doliny otoczonej niezwykle stromymi gorami. Wysiedlismy na dworcu autobusowym i od razu naganiacze nas pokierowali na druga strone budynku gdzie zaladowalismy sie do minibusa i za 1.20soli przebylismy kolejne 25km. do punktu docelowego w egzotycznym towarzystwie Pan z tobolami i kwiatami. Ollantaytambo to malutka wioska w dolinie, do ktorej przyjezdza sie tylko po to zeby zobaczyc ruiny twierdzy inkaskiej. Zachowala sie w dosc dobrym stanie, sa cale fragmenty murow, schodow i tarasow skalnych. Twierdza jest jak przyklejona do stromego zbocza. To jedyna warownia, ktora oparla sie konkwistadorom i Indianie stoczyli tu zwycieska walke. Kiedy wspielismy sie na jej szczyt bylismy mokrzy i nieprzytomni ze zmeczenia. Wychodzi praca za biurkiem. A to przeciez tylko wprawka przed jutrzejszym Machu Picchu. Ollantaytambo robi duze wrazenie, jest pieknie polozone, w oddali widac osniezone szczyty gor z jezorami lodowcow. Obiad zjedlismy chyba w najbardziej eleganckiej restauracji w miescie, taki byl kaprys Martineza i Justyny. Jadalnia przypominala sale rycerska z Malborka. Zastawa stolowa zrobiona byla z kolorowej szklonej ceramiki z wytloczona nazwa knajpy. Obok nas siedziala tylko para grubych Amerykanow, ktorzy jako souvenir z miasteczka kupili sobie ... aluminiowy budzik elektroniczny. Teraz utknelismy na dworcu kolejowym. Bilety mamy dopiero na 20:35 a jest piata. Probowalismy dostac sie na pociag wczesniejszy o 16tej ale byl full, a poza tym lepszej klasy. Na dworcu nie ma nic do roboty oprocz picia wody z liscmi koka. Staramy sie przespac na twardych drewnianych lawkach i dotrwac do wieczora. Nasz uroczy wieczor na Estacion Ollantaytambo zakonczylismy niespodziewana wizyta w restauracji dworcowej. Jesli ktos sobie wyobrazil restauracje PKP z Ustrzyk Dolnych lub Tczewa ten jest w bledzie. Ta w peruwianskim miasteczku przypominala toskanska trattorie. Czarne, grubo ciosane stoly przykryte snieznobialymi obrusami, nakryte kieliszkami z zapalonymi swiecami. Odkryta kuchnia przegrodzona niskim murkiem z paterami owocow. Pod bielona sciana regaly z winami. Szczeka nam opadla. Kelner przed podaniem posilku przyniosl talerz z oliwkami i kawalkami zoltego sera. W pewnym momencie na peron wjechal pociag ala Orient Express, jeden taki ekskluzywny sklad kursuje raz dziennie. Poczulismy sie jak w innym swiecie...

Stara góra.

Dotarlismy do Machu Picchu pueblo czyli Aguas Calientes po 22 wieczorem. Pociag wjezdza na malutka stacje, ktora obudowana jest ciasno budynkami z obu stron, wyglada to jak tunel. Miasteczko jest malutkie, umieszczone miedzy wzgorzami jak w studni. Budynki sa nackane wszedzie, jeden na drugim, same hostele, restauracje, bary i kafejki internetowe Wszystko na kupie wokol malego placyku z duza postacia wojownika inkaskiego. Poniewaz nie mielismy potwierdzenia noclegu wymoglismy w Cuzco zeby ktos na nas czekal. I rzeczywiscie stal gosc z naszym imieniem. Zglosilismy sie do niego a on nas podprowadzil 15 metrow wzdluz szyn i tam juz byl nasz hostel. Transfer wprost VIPowski. Traflilibysmy z zamknietymi oczami sami. Rano pobudka o 4:30, sniadanie o 5tej. Poszlismy kupic bilety na Machu Picchu w kasie w srodku miasteczka. Pisalem juz o cenach wstepu w Peru. Do warowni w Ollantaytambo bilet kosztowal 40soli (40zlotych) ale wszystko przebija Machu Picchu - wstep kosztuje 122sole! Do tego trzeba wjechac busikiem za 14$ round trip. A dojazd z Cuzco pociagiem do Aguas Calientes kosztuje w zaleznosci od rodzaju pociagu najtaniej jakies 80$ Bardzo droga impreza. W lonely planet opisuja alternatywne opcje dostania sie na gore bez placenia pieniedzy, ale trzeba na to przeznaczyc conajmniej dzien, przebijac sie jakimis bocznymi drogami a ostatni odcinek pokonac wspinajac sie przez dzungle i unikajac straznikow. Tylko dla hardcoreowcow i wykreconych ludzi. Komu sie chce wspinac np. za darmo z wioski na gore kilka kilometrow jesli mozna wjechac busem za 7$? W kazdym badz razie kiedy dotarlismy do przystanku autobusowego na gore a byla 5:30 to stalo tam juz w rzadku okolo 300osob. Wszyscy wybrali ta opcje co my, czyli nocleg w miescie i raniutko wjazd na Machu Picchu. Najpopularniejsza jednak forma odwiedzenia tego miejsca jest jednodniowa wycieczka pociagiem z Cuzco. Okolo 11 rano zwalaja sie wtedy na ruiny istne hordy turystow, robi sie zgielk i harmider. Coz mam napisac o Starej Gorze jak nazywaja Machu Picchu Indianie? To jedno z najbardziej rozreklamowanych miejsc na swiecie. To frazes, ale to jest tak niezwykle miejsce, ze trzeba je zobaczyc samemu. Jest dokladnie takie jak na pocztowkach. Cudowne, zielone, polozone na szczycie gory jak gniazdo jastrzebia. Nad twierdza goruje z jednej strony Waynapicchu - to ta gora najczesciej widoczna na zdjeciach, natomiast z drugiej strony jest szczyt Machupicchu. Twierdza zachowana jest w doskonalym stanie, budynki maja sciany i sklepienia dachow. Brakuje im oczywiscie oryginalnego pokrycia strzecha. Machu Piccu polozone jest na wysokosci 2433metrow i otoczone dzungla. Odkryte zostalo dopiero w 1911roku. Nigdy nie zostalo odnalezione przez konkwistadorow, dzieki czemu mialo szanse przetrwac do dzisiejszych czasow. Zobaczyc Machu Picchu to bylo nasze marzenie i nie zawiedlismy sie ani troche. To miejsce poraza swoja niezwykloscia i uroda. Jest po prostu genialne i cudowne. Przeszlismy je wzdluz i wszerz w cztery godziny a potem polozylismy sie w cieniu kamiennych murow i lezelismy tam obcujac z historia. Pogode mielismy jak na zamowienie, o swicie bezchmurne blekitne niebo, po poludniu chmury i mgly otulily sasiednie szczyty. Slonce grzalo nonstop. Machu Picchu to wisienka na torcie zabytkow Peru jakby powiedzieli Amerykanie. Ciesze sie, ze dane nam bylo zobaczyc kolejny cud swiata. Zjechalismy do miasteczka i zgodnie z obietnica po obiedzie czekalismy az ktos dostarczy bilety na pociag do naszego hostelu. Nikt sie nie zjawial, musielismy zadzwonic do Cuzco, w koncu ktos je przyniosl i zostawil na recepcji. Patrzymy a 1 bilet jest na 17ta do Cuzco zgodnie z obietnica, ale pozostale 2 sa do Ollantaytambo i na 18ta?! No to nas szlag trafil. Biuro podrozy wystawilo nas do wiatru. Od poczatku cos krecili, nie dali nam biletow i ciagle nas zwodzili a na koniec nas oszukali i zostawili na lodzie. Nie dosc ze przeplacilismy za bilety kupujac je przez biuro to jeszcze nie kupili nam tego za co zaplacilismy. Dla przestrogi biuro nazywa sie Mely Tours Adventure z Cuzco i sa to kompletni zlodzieje. Co smutniejsze jest to podwykonawca biura Nativos z Arequipy, ktore zostalo nam polecone przez touroperatorow w Polsce. Tylko dlatego tam poszlismy a nie organizowalismy tego sami. Jak widac Nativos z Arequipy to nierzetelne biuro i nalezy je unikac. Jaki byl final sprawy? Ano glupi ma szczescie albo jak kto woli Boska opatrznosc nad nami czuwa :-) Po rozmowie z babka z biura Mely, ktora umyla rece, pobieglismy na dworzec w Aguas Calientes i dopchalismy sie do okienka. Mowimy jaka jest sprawa, ze mamy 2 bilety wystawione na zla destynacje i godzine i chcemy zmienic. Facet cos wyliczyl na kalkulatorze i mowi ze za 19$ moze zmienic bilet. Gotowi bylismy go calowac po rekach, zwlaszcza jak wyswietlil mape wolnych miejsc na 17ta do Cuzco i okazalo sie ze zostaly doslownie 2 wolne miejsca. Prawdopodobnie ze zwrotow. Bog Wirakocza nam sprzyja :-) Jedziemy wiec spowrotem do Cuzco wszyscy razem. A tych skurwysynow z biur Nativos i Mely bym chetnie wystrzelal. Po poludniu w miescie lunal deszcz, male oberwanie chmury. My na szczescie wtedy juz popijalismy sobie kawe w kawiarni. Tfu, tfu ale od poczatku wyprawy pogoda jest z nami, dzisiaj znow sie spalilismy na sloncu. Nie wypadalo sie rozbierac w swietym dla Inkow miejscu, choc warunki do tego byly wysmienite. Machu Picchu to byl nasz finalny gwozdz programu podczas zwiedzania Peru. Zostaly nam juz tylko dwa noclegi w Cuzco i Limie i wracamy do jesiennej szarzyzny w Polsce. Pociag z MP do Cuzco to porazka - 4,5h w niewygodnym wagonie typu backpackers. A to zaledwie odleglosc 110km. Lepiej jechac do Ollantaytambo i dalej wracac autobusami, bedzie szybciej i taniej. Mozna tez wysiasc 25km przed Cuzco i za 6soli minibusem dostac sie do centrum Cuzco. Pociag potrzebuje na ten odcinek jeszcze godzine! Tak wiec jestesmy znowu w Cuzco, pogoda piekna o poranku, Justyne dopadl jakis wirus i sie kiepsko czuje :-(

Powoli wracamy.

Dzis schodzilismy Cuzco wszerz i wzdluz, rzecz jasna starowke a nie przedmiescia. Zaliczylismy chyba wszystkie lokalne bazary, w tym slynny, stary mercado naprzeciw stacji kolejowej. Bardzo egzotyczne miejsce, gdzie mozna kupic wszystko do jedzenia od kurzych lapek po wspaniale pachnace przyprawy. Pelno warzyw, owocow. Czesc hali przeznaczona byla pod konsumpcje, panie w bialych fartuchach mialy wydzielone swoje stoiska gdzie prowadzily garkuchnie. Peruwianczycy tlumnie zajadali sie lokalnymi przysmakami. Talerz zupy na kurczaku kosztowal 4 sole. Potwierdza sie wiec, ze Peru wcale nie jest tanie. Taniej mozna zjesc zupe w barze mlecznym na Nowym Swiecie w Warszawie a warunki lokalowe sa u nas zdecydowanie lepsze. Skoro wspomnialem o zupach to musze przyznac ze zjadlem w Peru wiecej zup przez 10dni niz w ciagu ostatniego roku w Polsce. Zupy kremy robia znakomite, pomidorowe, z kurczaka, warzywne, w Ollantaytambo zjadlem przepyszna zupe krem z ziemniakow. Byla aksamitnie, smietanowo pyszna. Peru slynie z uprawy ziemniakow, maja ponad 2800 odmian w tym ponad 90 wystepujacych tylko w Peru. Wspominam o tym, coby kolezanka Kasia wiedziala, ze nie tylko ona robi znakomite zupy :-) Dosc o zupach. Potem znalezlismy sie na kolejnym bazarze dla lokali, gdzie handlowano juz zupelnie prozaicznymi towarami, cos jak nasz stadion dziesieciolecia. Kiedy dotarlismy na Plaza de Armas akurat odbywala sie uroczysta procesja roztanczonych dziewczynek. Za nimi niesiono postac swietego w przybraniu kwiatow. To byly uroczystosci ku czci sw. Marcina, jednego z wielu patronow Cuzco. To tak apropos naszych jutrzejszych imienin, gdyby ktos zapomnial :-) Na obiad poszlismy na hamburgery z alpaki. Jest dziewiata wieczorem, lezymy na lozkach w starej kamienicy naszego hostelu w Limie i nie mozemy sie zwlec bo zoladki mamy nadal ciezkie od tego posilku :-( Dzis jechalismy z Martinezem po raz trzeci w ciagu dwu tygodni z lotniska do Miraflores w Limie i po raz pierwszy jechalismy inna trasa. Za pierwszymi dwoma razy droga prowadzila obskurnymi przedmiesciami, szosa przy urwisku nad morzem, slabo oswietlona i wyludniona. Lima zrobila wtedy na nas ponure wrazenie. Dzis szczeki nam opadly z wrazenia jak Lima moze inaczej wygladac. Pojechalismy trasa przez miasto glowna aleja z lotniska, dzielnicami Santa Beatriz, San Isidro i Miraflores. Po kilku kilometrach wjechalismy w dzielnice przypominajaca Las Vegas. Wielkie sklepy, kina, znane marki zachodnich restauracji, kasyna pulsujace swiatlami. Przy jednym z nich replika Statuy Wolnosci. Kolorowy, nocny swiat, bedacy w zupelnej sprzecznosci z bieda ktora widzielismy w innych czesciach Peru. Jadac dalej mijalismy dzielnice ambasad, przedstawicielstw zachodnich firm, piekne budynki, parki, naprawde eleganckie, ladne, nowoczesne miasto. O Miraflores chyba juz wspominalem, piekne kamieniczki, wille, zabytkowe domy, przystrojone kaktusami z pieknie kutymi kratami w oknach. Gdybysmy pierwszego dnia naszego pobytu w Peru zobaczyli taka Lime to mielibysmy zupelnie inne nastawienie do tego kraju, ktory jak sie okazuje jest pelen kontrastow. Odpukac, ale Peru wbrew ostrzezeniom znajomych i tego co napisano w przewodnikach okazalo sie bardzo bezpieczne. Nie mielismy zadnych przykrych sytuacji, oprocz przygody z biurem Mely, ktore w efekcie zwrocilo nam 38$ ale slowa przepraszam z siebie nie wydusilo. Czulismy sie bezpiecznie na ulicach miast zarowno w nocy jak i w dzien. Duza w tym zasluga wladz, ktore przeciez zyja z turystyki i zdali sobie sprawe, ze przestepczosc, ktora panowala w Peru kilka lat temu niszczy reputacje i przychody. Na ulicach widac duzo policji, wszystkie turystyczne obiekty sa doskonale chronione. Kraty w oknach, druty kolczaste na ogrodzeniach, straznik w kazdej bramie powoduja niepokoj ale widocznie sa konieczne. Wszyscy spotykani przez nas Peruwianczycy twierdza jednak, ze jest juz lepiej niz kilka lat temu i bezpiecznie. Z Peru przywieziemy swietne wspomnienia i kilka welnianych czapek ;-) Mimo, ze wielokrotnie w ciagu wyjazdu musielismy wstawac w srodku nocy nie odczuwamy tych trudow. Choroba wysokosciowa nas meczyla ale mimo wszystko to bylo kilkanascie dni wypelnionych wrazeniami, ktore na dlugo pozostana nam w pamieci. Kiedy rozmawiamy co zrobilo na nas najwieksze wrazenie, to na pierwszym miejscu jest Machu Picchu. Jest magia w tym miejscu, ktore sciaga tysiace ludzi do Peru. Wrazenie robia skaliste Andy, ktore ciagna sie setkami kilometrow i wygladaja z okien samolotu jak pogniecione kartki szarego papieru. W pamieci pozostaja kolorowe, niskie, szerokie peruwianki w kapeluszach z obowiazkowa teczowa chusta na plecach z ktorej wystaje glowka dziecka. Wyspy trzcinowe na jeziorze Titicaca, tez mimo postepujacej komercjalizacji, sa niezwykle. Ptaki i lwy morskie na Islas Ballestas nie zrobily na mnie i Martinezie wrazenia tylko dlatego ze kilka dni wczesniej potykalismy sie o nie na Galapagos. Ale Justyna byla zachwycona. Peru nie jest niestety tanie dla turysty, ale zdecydowanie warte odwiedzenia i sprobowania kotleta z alpaki i ciemnego piwa Cusquena :-)

kl744 do ams.

I to w zasadzie koniec tegorocznego wyjazdu do Peru. Siedzimy na lotnisku w Limie juz po odprawie. Pani z KLMu na lotnisku obiecala spojrzec na nas zyczliwym okiem. Zobaczymy czy cos z tego wyniknie. Pies nic nie wywachal w naszych bagazach, widocznie male ilosci koki go nie interesuja. Pytalismy sie przy odprawie a potem przy security check ale wszyscy twierdza, ze liscie koki do herbatki w celach turystycznych sa dozwolone :-) Zegna nas zamglona ale sloneczna Lima. Na pozegnalny posilek poszlismy do restauracji Vista al Mar znajdujacej sie na klifie w Miraflores, z pieknym widokiem na ocean. Zegnamy sie smakiem krewetek i kalmarow. Wakacje nam sie udaly znakomicie. Wracamy do Polski i do roboty. Doszly nas sluchy, ze ciecia kosztow w pracy, pewnie turecka eskapada zasluzonych zbyt drogo kosztowala ... Tak czy owak do zobaczenia w Polsce!