Auckland

Hahei

Rotorua

Waiotapu

Taupo

Kaikoura

Christchurch

Queenstown

Milford Sound

Akaroa

Macau

Nowa Zelandia - listopad 2007

spisane z bloga, pisanego podczas podrozy http://dosmartinez.blog.onet.pl

 

04 października 2007 Zaczynamy

Na początku listopada zamierzamy wybrać się na kolejną wspólną wyprawę. Mamy nadzieję, że będzie równie udana jak zeszłoroczna podróż na "koniec Ziemi". Odwiedziliśmy wtedy Patagonie i Ognistą Ziemię. W tym roku chcemy dotrzec do Nowej Zelandii. Musi się udać, musi, musi...
Przy pomocy tego bloga mamy nadzieję utrzymać kontakt z naszymi rodzinami i przyjaciółmi poczas naszej nieobecności w Polsce. W zasadzie to Martinez wpadł na ten pomysł i kazał mi założyć tego bloga. Po cholere?...

05 października 2007 Testujemy

Na razie dopiero oswajamy się czymś takim jak blog, muszę sprawdzić co i jak się pokazuje kiedy to napiszemy i czy można wstawiać zdjęcia. Dla próby wrzucam zdjęcie ze strony firmy organizującej skoki bungy w Queenstown. Będziemy chcieli tam zawitać, ale czy starczy odwagi w tym decydującym momencie? :-) Rozumiem teraz dlaczego trzeba za taki skok na linie tyle płacić. Komuś kto wyłozył tyle sałaty potem głupio jest się wycofać w ostatniej chwili kiedy spojrzy w przepaść...

06 października 2007 Bilety

Wczoraj kupiliśmy bilety lotnicze. Będziemy lecieć do Bangkoku a wracać z Hong Kongu. Będąc w Chinach chcemy popłynąć wodolotem do Macao, byłej portugalskiej kolonii. Musimy jeszcze zorganizować bilety z Azji do NZ. Martinez namawia nas na skok ze spadochronem, z instruktorem rzecz jasna. Wydaje mi się to bardziej ryzykowne niz bungy...

10 października 2007 zmiany

Martinez polecił zmienić layout. Jednak zdjęcie dwóch kolesi bez koszul może się niektórym źle kojarzyc:-) A chodziło tylko o to, że jak byliśmy w Chile i popłyneliśmy oglądać lodowiec Serrano to dla jaj zrzuciliśmy kurtki żeby się sfotografować na tle góry lodu. Choć było cholernie zimno. Czego się nie robi dla dobrego zdjęcia z wakacji. W związku z tym fotka na jezioro (nie pamiętam nazwy) w parku narodowym Torres del Paine. Kolor wody, choć przypomina szmaragdowe morza karaibskie jest mylący, bo temperatura jest bardzo niska.

Jeździmy palcem po mapie i ustalamy trasę. Główne atrakcje już ustalone. Teraz czekamy tylko na pomyślne wiatry.

14 października 2007 co do zobaczenia

W Nowej Zelandii jest wiele fajnych miejsc do zobaczenia, ale skoro to mają być również wakacje, to przydałyby się plaże. Z przewodnikiem w ręku znaleźliśmy dwie warte zainteresowania. Pierwsza znajduje się na przylądku Coromandel.
Nazywa się Hot Water Beach. Ponoć za 4$  wypożycza się w pobliskiej knajpie
saperkę i na plaży wykopuje się dziurę w piasku a zbierająca sie niej woda jest gorąca z racji na ciepłe termalne cieki  biegnące pod piaskiem.
Można sobie wykopać więc takie prywatne ciepłe źródełko pośrodku plaży.
Brzmi fajnie. Drugie miejsce które przynajmniej z nazwy brzmi interesująco to
Champagne Pool, na wschód od Rotorua w miejscowości Waiotapu.
To jakieś termalne zbiorniki wodne, sądząc  po nazwie bąbelki przypominają
wino musujące Sowietskoje Igristoje. Sprawdzimy:-)
Generalnie rzecz biorąc nie nastawiamy się na tropiki i opalanie
na plażach pod palmami.  Najwyższa roczna temperatura na obu wyspach NZ
wynosi niewiele ponad 20 stopni Celciusza i osiąga najwyższe wartości w
styczniu. Będzie więc nam troszku zimno...

19 października 2007 pogoda

Wczoraj gadałem ze znajomą z Paryża, która właśnie wróciła kilka dni temu z wakacji w Australii i Nowej Zelandii. Taki zbieg okoliczności :-) Mówiła, że jest pięknie, ale niestety zimno jak diabli. Temperatura ponoć w granicach 15stopni ale okrutnie zimny i silny wiatr. A aktualnie jest tam wiosna. Polary i kurtki są więc nieodzowne. Czyli wypoczynek na plaży nie wchodzi raczej w grę:-(

Dziś w trójce słuchacz pytał się Manna czy w związku z ciszą wyborczą można w niedzielę nadać piosenkę Lennona - "give peace a chance" :-)) Na nas niech nie liczą. Głosujemy i uciekamy z tego kraju:-)


27 października 2007 tolkien

Wczoraj jak na życzenie w telewizji pokazano "Władcę Pierścieni". Jak pewne wszyscy wiedzą film nakręcony był w Nowej Zelandii, nikogo więc nie trzeba przekonywać jak piękny musi to byc kraj sądząc po kadrach z filmu. A sam film jest genialny, arcydzieło. Gdyby nie to, że wszystkie 3 częsci trwają prawie 10godzin, oglądałbym go raz na miesiąc.
Żałuję, że nie wszyscy podzielają mój entuzjazm i nie są w stanie się przekonać do
fantasy, która jest czymś na kształt średniowiecza tylko podanego w sposób
kolorowy, bajeczny, magiczny a nie brudny i śmierdzący.
Wladca Pierścieni wcale nie jest tak odlegly od Gladiatora ;)
W każdym bądź razie w NZ można sobie wykupić wycieczkę po miejscach gdzie kręcono trylogię. Nie zobaczymy Rivendell czy Helmowego Jaru, bo to stworzone zostało w komputerach, ale ośniezone szczyty gór, zielone pastwiska, urwiska, rzeki to wszystko można zobaczyć na własne oczy.
Do wyjazdu zostało nam kilka dni, startujemy prawdopodobnie w środę nad ranem. Mówię prawdopodobnie bo trochę zmieniły się plany podróży, będziemy próbowali dostać się do NZ od dupy strony, czyli przez USA zamiast przez Azję.
Co ciekawe lecąc z Los Angeles do Auckland "stracimy" podczas podróży 1dzień. Wystartujemy 31października a dolecimy na miejsce po 12godzinach i będzie 2listopada:-). Brzmi jak opowieśc z krypty, ale w Helloween wszystko się może zdarzyć...
Kilka dni temu Martinez leciał z Gdańska do Warszawy i na pokładzie był także nasz nowy premier Donald Tusk. Martinez mu pogratulował i uścisnał prawicę ale zapomniał się przynać że nie miał czasu zagłosować :-((( Z Tobą czy bez Ciebie Martinez, wygraliśmy...

Biały Wilk kąsa

Co za fatalny zbieg okoliczności! 2 dni do wyjazdu a tymczasem wczoraj odbyła się premiera Wiedźmina!!! Dla tych co zaczytywali się prozą Sapkowskiego kilka lat temu, potem z niesmakiem obejrzeli skopany niemiłosiernie serial w tv (aczkolwiek wg. mnie ze świetnym Żebrowskim) nadchodza znowu dni chwały. Długie, jesienne wieczory znowu wypełni świst wiedźminowskiego miecza przecinający powietrze, odrąbujący łeb strzyg, utopców czy kikimor. Tym czym dla świata jest Władca Pierścieni tym dla nas Słowian znad Buga :-) jest białowłosy Geralt z Rivii. Na pierwszy rzut oka gra wygląda genialnie. Spodziewam się rozrywki i klimatu lepszego niż w kultowym dla mnie Oblivionie przy którym spędziłem kilka miesięcy. Gra się właśnie zainstalowała i na moment przygotowania do wyjazdu muszą pójść w zapomnienie. Na ten moment czekałem od chwili kiedy pojawiły się pierwsze doniesienia że gra o Białym Wilku powstanie.
Dziś bawiłem się trochę Google Earth, żeby podpatrzeć kilka miejsc w NZ, które mamy nadzieję zobaczyć. Żeby więc nie odchodzić zbytnio od tematu tego bloga wrzucam jedno zdjęcie z satelity z miejscowości Queenstown, gdzie planujemy dotrzeć na nasze imieniny 11listopada i je uczcić w jakiś szczególny sposób.
Koniec na dziś…czarnowłosa Yennefer czeka :-) wszak wiesz Ismailu, że pięknej czarownicy nie należy drażnić...

01 listopada 2007 Orzel wyladowal

Poszły konie po betonie. Wylądowaliśmy szczęśliwie w Auckland. Jest 8 rano 2listopada Roku Pańskiego 2007. W Polsce jest teraz 8 wieczorem 1 listopada. Podróż była cholernie męcząca, bo spędziliśmy w podróży ponad 33godziny. Z Londynu lecieliśmy Virgin Airlines w bardzo przyzwoitych warunkach, z LA do AKL było już gorzej bo Qantas był full. W dodatku spędziliśmy na lotnisku w LA 2 godziny w samolocie, bo mieliśmy awarię pompy paliwa i jak zakomunikował pilot nabraliśmy o kilka ton mniej paliwa niż potrzeba, a że lecimy 11 godzin nad oceanem mogłyby być problemy... :-) takie australijskie poczucie humoru.

Martinez chodzi dumny że pasażerka obok, 70letnia była pracownica Delty powiedziała, że jest smart. Gadał z nią jak najęty, jak to on ma w zwyczaju. Nie potrafiła co prawda włączyć sobie lampki do czytania, trochę dziwne jak na byłą pracownicę linii, ale może dlatego Martinez tak jej przypadł do gustu...:-) żartuje oczywiście, zresztą nie ma go obok, bo poszedł szukać ulotek z hotelami. Piszemy z kafejki z lotniska w AKL i zaraz jedziemy do miasta.

Pogoda przynajmniej z okna samolotu wygląda na słoneczną, jest 16stopni Celciusza. Hostele i schroniska trochę drogie, spodziewaliśmy się czegoś tańszego, ale babeczka z info uspokaja, że poza AKL jest taniej.

Pozdrawimy zainteresowanych, mamy nadzieję jeszcze nie raz sie odezwać. Póki co wiedzcie, że jest super!!! i jeszcze za wami nie tęsknimy:-)

03 listopada 2007 Pierwsze Impresje

Minęły pierwsze 2 dni i czas na pierwsze spostrzeżenia. Auckland niczym szczególnym nas nie zachwycilo. Ot miasto jak każde inne. Jedna duża ulica z knajpami i sklepami -Queens Street biegnąca do zatoki i kilka pobocznych. Z braku ciekawszych atrakcji popłynęliśmy promem do Devenport- dzielnicy AKL, położonego na cyplu. Znajduje się tam kilkadziesiąt uroczych domków położonych na wzgórzu ...i tyle. To co nas zaskoczyło w mieście to niezliczona ilość azjatów na ulicach. Chińska knajpa znajduje sie na każdym rogu, japońskie sushi na co drugim...podczas gdy pubów i steakhousów jak na lekarstwo. Chińczycy są wszędzie. Natomiast jak już wyjechaliśmy z AKL to imigrantów widzi się mniej. Wynajęliśmy samochód (z kierownicą po prawej stronie) i lewostronnym ruchem ruszyliśmy w trasę na Przylądek Coromandel. Widoki są przepiękne. Nowa Zelandia jest pofałdowana, same górki i doliny i bardzo zielona. Zieleń występuje we wszystkich odcieniach, roslinność jest bardzo urozmaicona, obok siebie rosną sosny i palmy. Kiedy wjechaliśmy w góry, zieleń aż biła po oczach. NZ bardzo przypomina Australię, to co ją odróżnia to górzysty teren i wszechobecna zielona roślinność. Powietrze jest bardzo czyste, pod koniec dnia wzrok sie nam tak wyostrzył jak w Matrixie. Widzieliśmy wszystko w high definition, patrząc na odległe wzgórza potrafiliśmy dostrzec każdy szczegół. Niesamowite!

Zatrzymaliśmy się na nocleg w Hahei na campingu przy uroczej plaży. Pogoda dopisuje nam jak na zamówienie, słońce świeciło wczoraj nonstop, dzięki czemu mogliśmy się poopalać i wykąpać w morzu! Cholernie zimnym, trzeba dodać :-) Ale zatoka wygląda jak z pocztówek, biały piasek, wydmy a przed nami z morza wystają olbrzymie skały.

Wieczorem pożyczyliśmy z recepcji szpadel i pojechaliśmy 10km dalej do Hot Water Beach (jedyne takie miejsce na świecie) gdzie wykopaliśmy sobie własne jaccuzi na plaży. (temp. wody ponad 60stopni) Można to zrobić tylko podczas odpływu, wtedy w niektórych miejscach na piasku zaczyna unosić się para i tam należy zacząć kopać. Wystarczy kilka ruchów łopatą i wypływa prawie wrząca woda!!! Zabawa gwarantowana, było nas na plaży około 30 osób, każdy w swoim "baseniku".

So far so good, dziś ruszamy dalej.

05 listopada 2007 kia ora

Trochę zapeszyliśmy z tą dobrą pogodą, bo wczoraj się popsuła. Na szczeście dopiero popołudniu, kiedy już wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w dalszą podróż niesamowitą drogą wśród porośniętych lasem wzgórz do Rotorua. Rano, kiedy jeszcze świeciło słoneczko zwiedziliśmy Cathedral Cove. To zatoka niedaleko Hahei, słynna z olbrzymiej skały, w której woda wyżłobiła tunel. Wszyscy mogli zobaczyć to miejsce w filmie "Opowieści z Narnii", który był tu kręcony. Trasa trwa około 1,5 godziny i idzie się urwiskiem skalnym w lesie przypominającym obrazki z filmu Jurrasic Park. Nigdy jeszcze nie widzieliśmy tak wysokich paproci! W deszczu przejechaliśmy około 150km, mijając m.in. sady z uprawami kiwi. Ciągną się wśród szosy odgrodzone żywopłotami wysokimi na kilkanaście metrów. Niesamowity widok, ale jako że padało nie zatrzymywaliśmy się robić zdjęć :-( W Rotorua znaleźliśmy fajne lokum na nocleg, ale o szczegółach opowiemy po powrocie, żebyście nie zgrzytali zębami z zazdrości :-) Dziś mieliśmy dzień pełen atrakcji. Na początek wizyta w Rainbow Springs - ekopark gdzie można m.in obejrzeć ptaka kiwi. Niestety pokazuje się tylko w nocy, więc widzieliśmy go w ciemnej sali, ale jak łatwo się domyślić niewiele było widać. Planujemy wrócić wieczorem z kolejną wizytą. Poza tym było dużo fantastycznych, wielkich pstrągów, bez przesady można rozciągnąć ręce jak czyni to niejeden wędkarz i nie będzie żadnej w tym przesady. Ponad  metr na bank! Inne atrakcje...kury, koguty, owce, barany, kaczki...:-)

A popołudniu największa dzisiejsza atrakcja- Whitewater Rafting na Kaituna River. Plynęliśmy pontonem rzeką w kanionie wśród olśniewających widoków. Trasa miała najwyższy stopień trudności, w tym 7metrowy wodospad, największy wsród komercyjnych tras na świecie. Było super, zwlaszcza że na tym najwyższym stopniu wodospadu znaleźliśmy się nagle wszyscy w rwącej rzece bo nie utrzymaliśmy równowagi i ponton wywrócił się do góry dnem.

W Rotorua na każdym kroku można napotkać parki, w których znajdują się otwory w ziemi i bucha siarczany dym. Większość moteli oferuje prywatne spa zasilane właśnie geotermalną wodą. Nad miastem rozciaga się smród siarkowodoru. Ale jest to do zaakceptowania, po pewnym czasie człowiek się przyzwyczaja.

To tyle, jutro czeka nas kolejny dzień atrakcji. Teraz spieszymy się zobaczyć kiwi bo właśnie zapadł zmrok, a na kolację smażymy dziś steki:-)))

7 listopada 2007 jump, jump, jump

Pogoda znowu nam dopisuje, od dwoch dni swieci ponownie slonce i jest cieplo. Wczoraj zawartosc siarki w naszych organizmach przekroczyla wszelkie dopuszczalne normy. I to nie z powodu nadmiernego spozycia wina Made in NewZealand:-) ktore jesli mamy byc szczerzy jest fatalne. Fakt, ze nie degustowalismy najwyzszych polek, ale jesli wziac pod uwage, ze przez 3 kolejne dni probowalismy nowozelandzkich win i kazde przypominalo w smaku nasz rodzimy Tur czy Kwiat Jabloni to chyba cos jest nie tak!! Nawet wczorajszy australijski Shiraz z 2litrowego kartonu, kupiony w akcie desperacji okazal sie o niebo lepszy:-)

Jesli chodzi o siarke to nawdychalismy sie jej w parku WAI-O-TAPU - Thermal Wonderland, polozonego miedzy Rotorua a Taupo. Na kilku hektarach znajduje sie tam kilkadziesiat gejzerow i kraterow wypelnionych bulgoczacym blotem, parujaca woda w najrozniejszych odcieniach, zieleni, blekitu, pomaranczy i zolci. Znajduje sie tu slynny Champagne Pool, ktory charakteryzuje sie tym, ze na powierzchni wody pojawiaja sie babelki i slychac charakterystyczny szumiacy odglos szampana. Calosc jest niezwykle kolorowa i strasznie...cuchnaca siarka. Warto zajrzec do google earth i odnalezc to miejsce, musi swietnie wygladac na zdjeciach z satelity. Zwiedzalismy to miejsce do poludnia a na wieczor zajechalismy do Taupo nad najwiekszym w NZ jeziorem o tej samej nazwie. Znalezlismy nocleg w motelu, z pieknym widokiem na jezioro i osniezone szczyty 3 wulkanow, Tongariro, Ruapehu i Ngaruhoe.

Jestesmy caly czas pod wrazeniem bujnej roslinnosci na polnocnej wyspie. Praktycznie kazdy skrawek ziemi jest pokryty roslinnoscia. Trawa porasta nawet skaly wzdluz szosy, lasy sa tak geste ze wygladaja jak grubo tkane dywany. Nawet kanion, ktorym plynelismy 2 dni temu na pontonach podczas raftingu tonal w zieleni, pokryty byl od gory do dolu krzaczkami, drzewami, lianiami i innymi pnaczami. Martinez jest caly czas pod wrazeniem tego splywu, ale wydarzenia dzisiejszego poranka przyniosly nowe emocje:-)

...Stalo sie. Dzis rano zajechalismy na lotnisko w Taupo. Pol godziny pozniej na wysokosci 12tysiecy stop (okolo 3760metrow) wyskoczylismy z malego zoltego samolotu i poszybowalismy w dol z predkoscia ponad 200km/h !!! To dopiero byl zastrzyk adrenaliny. Najgorsze bylo kilka sekund, kiedy drzwi w samolocie sie otworzyly (Martinez siedzial bezposrednio przy nich), zobaczylismy przed soba wielka przestrzen i wyskoczylismy na zewnatrz spadajac w dol jak kamien. Skakalismy rzecz jasna w tandemach z instruktorami. Na wysokosci 4 tysiecy stop otworzyly sie spadochrony i szarpnelo nami w gore. Potem opadalismy juz powoli podziwiajac widoki. To bylo cos wspanialego. Zrobilo sie naraz przerazliwie cicho w porownaniu z tym hukiem pedzacego powietrza kilka sekund wczesniej podczas freefall skydive. Cos genialnego, na co zawsze z Martinezem mielismy ochote. Dobrze ze dalem sie mu namowic, thanx mate!

Jesli chodzi o luzne spostrzezenia dotyczace NZ to wiele krajow, ktore dotychczas widzielismy rozwija sie, buduje, caly czas tworzy cos nowego. Tymczasem NZ wyglada jakby miala juz wszystko gotowe. Drogi sa znakomite, jest swietna baza dla turystow, noclegi, restauracje, szlaki turystyczne, to wszystko jest przygotowane w najmniejszych detalach. Tyle ze to wszystko wyglada jakby czas zatrzymal sie jakies 20-10lat temu. Nikt tu nie goni za nowosciami, nie widuje sie najnowszych modeli samochodow, komorek czy komputerow. Ludzie zyja sobie spokojnie i powoli. W Nowej Zelandii w kazdym miasteczku obowiazkowo musi byc pole golfowe i conajmniej 3 stacje benzynowe. Jak latwo sie domyslic na pastwiskach pasa sie setki tysiecy owiec. Martinez chce sprobowac ich strzyzenia, ale programy oferuja tylko karmienie z butelki malych owieczek:-)

09 listopada 2007 poludniowa wyspa

Dotarlismy na wyspe poludniowa. Promem w piekny sloneczny dzien. Polaczenie pozytecznego z przyjemnym, poniewaz i tak musielismy sie tam dostac a przy okazji moglismy podziwiac piekne widoki.

Wiele osob mowi ze wyspa poludniowa jest piekniejsza od polnocnej. Nie wiem po co ten podzial, ale jesli juz musimy sie go trzymac, to szczerze mowiac jak narazie wyspa pln. zrobila na nas lepsze wrazenie niz poludniowa. Wyspa poludniowa jest jakas wyplowiala, mniej kolorowa. Przynajmniej te pierwsze kilkaset kilometrow od Picton gdzie przybil prom. Piekna jest szosa wzdluz wybrzeza do Kaikoura, ciagnaca sie u podnoza osniezonych gor. Fale blekitnego morza rozbijaja sie o skalisty brzeg a na niektorych wiekszych wysepkach skalnych mozna podziwiac kolonie fok. Pani z wypozyczalni samochodow w Picton powiedziala ze miejscowosc Kaikorua jest "absolutely lovely" ale okazalo sie to zwykla drewniana wioska, owszem ladnie polozona nad zatoka, ale naprawde nie ma tam nic interesujacego. Jedyna ciekawa rzecz to mozliwosc wykupienia wycieczki Whale Watching. Uczynilismy to i dzis rano poplynelismy na 1,5 godziny w rejs na otwarte morze. Mielismy szczescie i widzielismy na zywo dwa wieloryby z gatunku Sperm Whale:-) (dla zainteresowanych wyklad na temat tych ssakow po powrocie :-) To ogromne potwory wazace kilkadziesiat ton i coraz rzadziej spotykane. Widzielismy tez stado delfinow, ktore otoczyly nasz statek. Kolonia fok byla juz mniej ciekawa, lepsze widzielismy sami po drodze jadac szosa nad morzem. Na statku polowa pasazerow sie pochorowala i rzygala w papierowe torebki. Prym wiodla hinduska rodzina, ktora widocznie musial zjesc obfite sniadanie (tandoori chicken, mutton massala i chapati :-)) Nam dopisalo przyslowiowe szczescie (wiadomo glupi ma szczescie:-) bo nie zdazylismy sobie nic kupic do jedzenia poprzedniego dnia a wycieczka byla rano i zdjedlismy tylko gruszke i pomarancze. Dzieki temu nic nam sie nie cofalo i przezylismy ten rejs bez rzygania:-) Popoludniu dotarlismy do Christchurch - to chyba ulubione miasto Mary, pamietam jak pieknie wymawiala nazwe tego miasta (nie wiem czy czyta tego bloga, choc powinna). Miasto w sumie jak miasto, ale z tych widzianych dotychczas podobalo nam sie najbardziej. Ma ladny plac w centrum z katedra, tramwaj ktory kursuje po ciekawszych zakatkach miasta i wogole sprawia wrazenia przyjemnego.

Dzis zajechalismy do jakiegos miasta 150km za Christchurch i wlasnie przygotowujemy sie do noclegu na kempingu.

Aha, zapomnialem jeszcze wspomniec ze w drodze z Kaikoura do Christchurch jechalismy droga ktora wila sie wsrod zoltych gor. Olbrzymie stoki gorskie sa pokryte zoltymi krzaczkami i z oddali wygladaja jak jaskrawo zolte wzory geometryczne. Przepiekny widok, jeszcze nigdy nie widzielismy wzgorz w takich kolorach. Nie bylo tam ani jednego zielonego krzaczka, tylko zolty kolor.

W Kaikoura spalismy w prywatnym domu u Toniego, ktory wynajmowal dwa pokoje w swoim domu. Jak sam policzyl mial od 2002 roku juz przeszlo 2000 gosci, w tym 6 z Polski.
... musze konczyc ...konczy sie nam wykupiony czas w internecie.

Jutro przeprawiamy sie promem na wyspe poludniowa.

Bye, bye

11 listopada 2007 Imieniny

Sunny goodafternoon from New Zealand! Wiemy, wiemy u Was zimno, ciemno, pada snieg z deszczem, depresja jesienna...a u nas? Dzis w Queenstown temperatura w sloncu wynosila 32 stopnie. Na blekitnym niebie mielismy zaledwie kilka chmurek, slonce palilo niemilosiernie:-) Ain`t life beatiful? Dzis sa nasze imieniny a przy okazji Dzien Niepodleglosci. Dlatego ubrani w koszulki z bialym orlem dumnie reprezentowalismy nasz kraj na Nevis Highwire Bungy Jump! Ale o tym za chwile...

Ostatni raz pisalismy kilka dni temu, kiedy opuszczalismy Kaikorua, gdzie podziwialismy wieloryby i podazalismy na poludnie w strone Christchurch. Okolice Christchurch sa malo ciekawe, duzo rownin, pastwisk, zakladow zupelnie nie jak w NZ, bardziej przypomina to Turcje czy Krete. Ale jak juz zblizalismy sie do Queenstown widoki zrobily sie naprawde ciekawe. Bardziej zielono, wieksze gory, osniezone szczyty. Tak wogole z naszych obserwacji wynika, ze wyspa pld. jest bardziej skalista, surowa, mniej zyzna, bardziej europejska. Sami mieszkancy mowia ze przypomina im Szwajcarie (oczywiscie tylko ci co byli tam moga tak powiedziec:-) Pola sa regularnie nawadniane, podczas gdy na pln. wyspie tego nie bylo widac. Na plus poludniowej wyspy trzeba dodac, ze mieszkaja tam ladniejsze dziewczyny. Widac to w Christchurch, ale Queenstown to juz prawdziwy raj:-) Zaczac trzebaby od tego, ze Queenstown jest jak z bajki, miasteczko niczym kurort osadzone na lagodnych pagorkach, za ktorymi wyrastaja olbrzymie gory mieniace sie na szczytach snieznymi czapami. W dole duze jezioro Wakatipu w kolorze turkusu. Woda w jeziorze jest idealnie czysta, widac dno na kilka metrow, do molo podplywaja sumy i lososie teczowe. Duzo knajpek, hotelikow, prywatnych apartamentow. Takie Aspen, jakie mozna zobaczyc na filmach.

Zanim wjechalismy do miasteczka zatrzymalismy sie kilka km. wczesniej zeby poplynac lodzia motorowa po gorskiej rzece Shotover. Nazywa sie to Shotover Jet. Motorowka o mocy 540KM ma plaskie dno co pozwala jej plynac nawet po 10cm plyciznie. Plynie z predkoscia 90km/h i robi zwrot o 360stopni. Frajda z takiej przejazdki jest ogromna, zwlaszcza ze plynie sie gorska rzeka w kanionie mijajac wystajace skaly z odleglosci pol metra.

Jak juz wspomnielismy, dzis rano zjedlismy przezornie lekkie sniadanie (fruit platter:-) i busikiem 4WD pojechalismy kilka km. za Queenstown wysoko w gory. Miedzy dwoma gorami rozpieta nad rzeka Nevis na wysokosci 134metrow wisi gondola, z ktorej mozna skoczyc na najwyzszej w NZ bungy. Byl to nasz zelazny punkt programu tegorocznej wyprawy i wstyd bylby nie skoczyc skoro sie tyle o tym nagadalismy. Powiemy tak, poki sie samemu czegos nie zrobi, mozna by dlugo gadac i rozwazac czy cos jest latwe czy trudne. Kiedy rezerwowalismy skok w miescie smialismy sie z tego, ale kiedy wysiedlismy z samochodu na szczycie gory, podeszlismy do barierki i spojrzelismy w dol to nogi nam sie lekko ugiely i wymienilismy niepewne spojrzenia. 134metry to chyba tyle co ma mniej wiecej Palac Kultury w Warszawie. Wyobrazcie sobie skoczyc z iglicy w dol z gumowa linka okrecona wokol nog. Do gondoli wjechalismy wagonikiem przypieci karabinczykami. W gondoli na podlodze byla przezroczysta szklana plyta i strach byla tam postawic noge. Pod nami byla tylko przepasc i cienki pasek wijacej sie leniwie rzeki. Najgorszym momentem bylo podejscie z podpieta lina na skraj platformy, spojrzec przed siebie, potem w dol, uslyszec z tylu, three, two, one i podjac w ulamku sekundy decyzje, skakac. Uczucie kiedy leci sie w dol bezwladnie i ziemia sie zbliza blyskawicznie to cos niezapomnianego. Darlismy sie wnieboglosy, a potem lina delikatnie sie naprezyla, czlowiek przestaje spadac i wraca do gory. Pozostaje uczucie satysfakcji, ze przelamalo sie strach i zrobilo sie cos niesamowitego. Jak glosi napis na certyfikacie, ktos ktos skoczyl  z bungy w Nevis, nie jest juz zwyklym smiertelnikiem:-) Dla scislosci dodamy ze skok trwal 8,5 sekundy, spada sie z predkoscia 130km/h...zalezy od wagi, Martinez lecial szybciej:-)

Teraz jestesmy w miejscowosci Te Anau, nad kolejnym, pieknym, malowniczym jeziorem w gorach. Opalamy sie na lakefroncie, popijajac nowozelandzkie piwo Eksport Gold. Nazwa sugeruje, ze to piwo eksportowe, ale jak sie wczytac w etykiete to mozna przeczytac, ze nowozelandczycy z wlasciwym dla siebie poczuciem humoru napisali "export yourself".

NZ jest piekne, az zal pomyslec, ze za kilka dni bedziemy musieli stad wyjechac. Trzymajcie sie tam w zimnej, mroznej Polsce. Niedlugo wrocimy i przywieziemy Wam troche slonca. Wasze sloneczka wroca wkrotce:-))

13 listopada 2007 Zachodnie wybrzeze

Wczoraj pojechalismy do Milford Sound. Zwracamy honor poludniowej wyspie jesli chodzi o atrakcje. Rzeczywiscie zachodnie wybrzeze jest piekne. Zielone, gorzyste z pieknymi jeziorami. Roslinnosc jest typowa dla lasow deszczowych, zielen ciemna, zgnila, brunatna, odcienie pomaranczy i brazu. Na rejs wybralismy sie katamaranem, ktory zabiera do 250pasazerow. Na naszym vipowskim rejsie pasazerowie byli starannie dobrani i bylo nas lacznie 6osob. Do tego 4 osoby obslugi:-) Martinez zamiast zachwycac sie fauna i flora oczywiscie konwersowal z obsluga i dowiedzial sie ze jedna dziewczyna byla z Argentyny a chlopak z Malezji i w ten sposob dorabiaja sobie obslugujac kursy, zeby potem zwiedzac NZ. Fakt, ze pogoda nie byla najlepsza, siapil drobny deszczyk a szczyty wzgorz otulone byly mgla. Sam rejs nie powalil nas na nogi. Na plus zaliczylbym darmowa herbate i kawe:-) Plynie sie 1,5h wsrod fiordow, zielonych, zalesionych gor. Okay, warto to zobaczyc, ale czasem po drodze szosa wijaca sie wzdluz zachodniego wybrzeza widzielismy lepsze widoki. Zwlaszcza dzis jadac z miejscowosci Haast, w ktorej spalismy do Franz Josef Glacier. Widoki genialne. Geste lasy, gdzie trudno bylo wsadzic noge, bo roslina rosnie przy roslinie. Lasy sa mokre, pokryte mchem , nie widac kory drzew, bo sa cale oblozone roslinami i pnaczami. Jest tu tak wilgotno, ze mech rosnie na wszystkim, na slupach telefonicznych, na plotach, slupkach przy drodze. Wogole roslinnosc wyglada jakby sprzed kilku tysiecy lat, jak z epoki dinozaurow. Widzielismy dzis 2 lodowce, najpierw Fox a potem Franz Josef. W porownaniu z Perito Moreno, ktory ogladalismy zeszlego roku w Argentynie sa mniejsze i brudne. Miejscami wrecz czarne. Ale mielismy mozliwosc podejsc dzis do lodowca Franz Josef i go dotknac a potem wdrapac sie kilkanascie metrow na niego. Normalnie chodza tam wycieczki turystow w rakach i z czekanami, ale my zrobilismy to po polsku:-)

W dolinie nad lodowcem co chwila pada deszcze, przez moment nawet padal grad, gory sa spowite mgla, natomiast w wiosce 4 km dalej, gdzie mieszkamy na kempingu swieci piekne slonce.

Zostaly nam juz tylko 2 dni w Nowej Zelandii. Powoli konczy sie nasza wyprawa. Dzis mamy troche wiecej czasu wolnego, bo jak dotad kazdy dzien wypelniony byl po brzegi atrakcjami. Wracamy na kemping i smazymy steki:-)

14 listopada 2007 Bye bye NZ

Dzis spozylismy nasz last supper na kempingu w Akaroa. Malownicza miejscowosc na polwyspie Banks 90km od Christchurch. Mielismy spac w Arthurs Pass w gorach, ale kiedy sie tam zjawilismy stwierdzilismy, ze lazenie po gorach nie lezy w naszej naturze:-) i postanowilismy skoczyc troche dalej (jakies 230km). Tak wiec zupelnie przez przypadek znalezlismy sie w Akaroa, na tym miedzy innym polega cala przyjemnosc tego wyjazdu, ze mimo iz mamy nakreslone jakies glowne punkty zwiedzania, to kiedy trzeba mozemy je zmieniac o 180stopni. Jest tutaj po prostu cudnie,  w nocy (jest 10:30pm) z kempingu widzimy w dole zatoke upstrzona swiatlami domow i zacumowanych na marinie jachtow.

Wyjazd byl super udany, zobaczylismy wszystko co mielismy w planach, troche nam przeszkodzila miejscami pogoda, bo lalo, ale i tak jestesmy zachwyceni. Martinez jest np. zachwycony tym, ze dzis jak kupowalimy wino w Pak` n`save (nasza ulubiona siec supermarketow w NZ, powinnismy byli sobie wyrobic na samym poczatku karte stalego klienta) to podbiegla kierowniczka zmiany i spytala sie o dowod tozsamosci...w NZ mozna kupic alkohol od 25lat:-))) Martinez byl zachwycony. Mnie zachwycily drogi. Zrobilismy ponad 3500ty km i widzielismy moze 2 dziury po drodze. Drogi sa krete, strome, dobrze wyprofilowane. Jezdzilo sie znakomicie po NZ.

Tak wiec na koniec kilka charakterystycznych, zupelnie prozaicznych rzeczy ktore utkwily nam w pamieci: zielen, zielen zielen bijaca po oczach, zolte zbocza gor, miliony owiec, jelenie hodowane jak bydlo, wyludnione miasteczka i pustki na szosach, natomiast w miastach duzy ruch, jednopasmowe mosty, czyste powietrze, idealnie przezroczysta woda w jeziorach i rzekach, brak widocznego przemyslu, duzo niemieckich turystow, wszechobecne osniezone czapy gor, mnogosc hoteli, moteli, kempingow i miejsc dla backpackersow, swietna informacja turystyczna, miliony darmowch ulotek, map, darmowe toalety publiczne w kazdym miescie...no i przede wszystkim piekna przyroda.

Naprawde warto tu przyjechac na wakacje i skoczyc z bungy:-)))

15 listopada 2007 We`ll be back

Jesli ktos myslal, ze to koniec naszej opowiesci to sie mylil:-) Co prawda nie skakalismy wczoraj z bungy (co nie jest wykluczone za 2 dni...ale o tym napiszemy jesli sie uda zeby nie zapeszyc:-) i nie wydarzylo sie nic niezwyklego w naszym zyciu od wczoraj ale nie wypada nie napisac skoro dorwalismy sie do darmowego internetu na lotnisku w Sydney. Za chwile mamy lot do HongKongu i perspektywe 9godzin w samolocie:-( Na wszystkie rejsy się zabralismy bezproblemowo choc Emirates z CHC byl wypelniony po brzegi. To jakis dziwny zbieg okolicznosci, ale podobnie jak w zeszlym roku i tym razem trafilismy na grupe rodakow z biura Logostour (ktore przy okazji pozdrawiamy, zwlaszcza byle pracownice;) Panowie Zygmunci z piastowskimi wasami i Panie Krysie w rozciagnietych dresach i tapirach na glowach byli najbardziej rzucajaca sie grupa turystow na kameralnym lotnisku w Christchurch. Martinez zginal miedzy polkami z kosmetykami, gdzie naciera sie wszystkimi mozliwymi testerami kremow i spryskuje perfumami a ja pisze dalsza kronike....
Nie o wszystkim mielismy czas tu napisac, raz ze brakowalo czasu na dotarcie do internetu, dwa ze nie zawsze dzialal jak powinien, kiedys przez pol godziny pisalismy bloga poczym padl i wszystko stracilismy a Pani w recepcji poinformowala z rozbrajajaca mina, ze satelita sie przemiescil:-( Nie zdazylismy wspomniec w tym blogu o takich drobnostkach, ze np. nocujac w motelu w Rotorua o malo co go nie puscilismy z dymem, bo dziwnym trafem ;) rondel z olejem zajal sie ogniem i probujac go gasic woda ogien rosprzestrzenil sie na tapete, ale wszystko sie dobrze skonczylo. (mam nadzieje, ze wlascicielka Koreanka tego nie czyta). Nie napisalismy tez o tym, ze chcac zrobic dobry uczynek (a wiadomo, ze dobre uczynki do nas kiedys wracaja:-)) namowilem Martineza zeby zabrac autostopowiczow i tak niefortunnie podjechalem ze przejechalem im po plecakach :-)
Bardzo goraco pozdrawiamy nasze rodziny, przyjaciol i znajomych w kraju. Bardzo sie za Wami stesknilismy i niedlugo sie zobaczymy, pa, pa

17 listopada 2007 macau bungy

Skoczylismy dzis w poludnie z bungy na Macau Tower. Skok z 233metrow. Bylo super. Piszemy z lotniska w HKG i zaraz lecimy do Moskwy. Spieszymy sie, wiec to tyle...

Do Macau doplynelismy promem z HongKongu. Wstalismy rano i przeszlismy sie pieszo na przystan gdzie wykupilismy bilety i w komfortowych warunkach eleganckim promem w ciagu godziny dostalismy sie do Macau, bylej kolonii portugalskiej. Enklawa ta jest dwujezyczna, oficjalne jezyki to chinski i portugalski. Akurat odbywaly sie tu wyscigi Grand Prix, tor z trybunami znajduje sie zaraz przy przystani. Panowal nieopisany zgielk, tlum przewalal sie w jedna i druga strone, nad wszystkim wtorowaly odglosy piszczalek i ryk silnikow samochodow. Wsiedlismy w autobus i po wydostaniu sie z korka przy przystani dosc sprawnie przemiescilismy sie pod wieze telewizyjna. Z okazji zawodow GrandPrix komunikacja miejska byla tego dnia bezplatna:-) Wbieglismy do recepcji wiezy na parterze, zobaczylismy stanowisko z napisami AJ Hackett, mowimy ze chcemy skoczyc na bungy a Chinczyk rozklada rece i mowi... sorry ale nie ma wolnych terminow, wszystko na dzis zajete!!! Rece nam opadly. Tlumaczymy, ze przylecielismy na 2dni do HKG, teraz wsiedlismy na prom zeby przyplynac specjalnie do Macau i skoczyc, ze kilka dni wczesniej skakalismy w NZ, ze please, please, please.. Gosc zadzwonil na gore, cos poszelescil w swoim jezyku, usmiechnal sie i mowi, biegnijcie szybko do windy i na gore. I tak oto wjechalismy na szczyt wiezy telewizyjnej w Macau, spojrzelismy przez szyby w dol i nogi sie nam ugiely. Coz bylo robic:-) Zaplacilismy za te przyjemnosc i przekroczylismy szklane drzwi do komory z ktorej odbywaly sie skoki. Musze to opisac bo przygotowanie do skoku bylo samo w sobie mrozace krew w zylach. Cale szczescie ze kilka dni temu zrobilismy to w NZ, bo wiedzielismy przynajmniej czym to sie je. Goscie, jak sie okazalo dwoch kolesi z okolic Queenstown, zapieli nas w uprzeze poczym ja poszedlem na pierwszy ogien. Usiadlem na laweczce na skraju platformy majac przed soba piekna panorame miasta:-) Gosc ukleknal przede mna z recznikiem frotte. Myslalem ze bedzie mnie ocieral z potu:-) on sobie zaczal jakos tak ukladac ten recznik przed moimi stopami, zlozyl go na dwa, i jeszcze raz, poczym wzial ten recznik zlozony w dlugi prostokat i dwa razy obwinal mi zlaczone nogi. Potem wzial taki trok jak do plecakow i dwa razy przewiazal recznik wszerz i dwa razy pomiedzy stopami. Mocno sciagnal i do konca troka podpial karabinczyk z lina. Koniec! Skakalem z najwyzszego bungy na swiecie majac line bungy przypieta do troka obwiazanego wokol recznika frotte! Powiem szczerze, ze gdybym nie byl naladowany adrenalina, gdybym 6dni wczesniej juz nie skakal i gdyby nie zabezpieczal mnie teraz rosly NowoZelandczyk wzbudzajacy zaufanie to bym sie zawinal na piecie i uciekl stamtad. A tak pokustykalem jak gejsza drobiac malymi kroczkami na skraj skoczni, rozlozylem rece jak Chrystus w Rio de Janeiro i otrzymawszy lekkie pukniecie w ramie i uslyszawszy three, two, one bungy runalem w dol. Wooohhh, serce malo co nie wyskoczylo z piersi. W ulamkach sekund minal caly niepokoj, strach, napiecie. przyszlo rozluznienie, relaks, radosc. Zrobilismy to! Skoczylismy z najwyzszego bungy na swiecie. 233metry w dol. Panie prezesie, melduje ze zadanie zostalo wykonane...

20 listopada 2007
koniec...moze oznaczac poczatek czegos nowego:-)

Zimno, szaro, ponuro. Latwo sie domyslic ze jestesmy juz w Polska! Z trudem wzialem sie za napisanie kilku ostatnich zdan z tegorocznego wyjazdu. Niestety szara rzeczywistosc codziennego zycia nie nastraja zbyt optymistycznie. Jeszcze tydzien temu wylegiwalismy sie w sloneczku podziwiajac snieg na szczytach odleglych wulkanow, kreta stroma asfaltowa droga zjezdzalismy z wysokich gor w zielone, buchajace roslinnoscia doliny sluchajac Dody :-) W tym miejscu duze podziekowania dla Kate, ktorej skladanke wzielismy ze soba w ostatniej chwili. Inne zabrane plyty nie dzialaly w odtwarzaczu a w wysokich gorach nie odbieralo radio. Dlatego chcac nie chcac bylismy zmuszeni sluchac Stachurskiego...i z rozkosza wyobrazac sobie wokalistke nucaca "boys, boys,.boys". Taka skladanke przebojow zaserwowalismy rowniez parze autostopowiczow, Amerykanowi i Niemce. Zasneli po kilku minutach , mimo ze wsrod hitow byla rowniez jej krajanka Sandra.
Przegladamy dzis zdjecia, pokazujemy rodzinie i znajomym i z usmiechem z Martinezem wspominamy te ostatnie 3tygodnie. Było fajnie, ale co dalej? Kolezanka z pracy wspomniala, ze gdzies w Polsce tez można skoczyc z bungy, jakies 25metrow:-) Wolne zarty, tak to moglby skoczyc mój kot, gdybym go posiadal…Obiecalismy sobie z Martinezem ze jeśli AJHackett stworzy gdzies wyzsze bungy to pojedziemy tam i skoczymy. Szanse sa duze, bo ponoc skonstruowali line do skokow o dlugosci 1 kilometra! A tak wogole gwoli dokladnosci lina do bungy zbudowana jest z setki malych gumek, takich jak w majtkach. Srednica takiej wiazaniny malych gumek wynosi około 5 cm. Rozciaga się do czterokrotnosci swojej dlugosci. Uogolniajac wiec, jeśli skakalismy z wysokosci 233metrow w Macau, to lina miala około 60metrow dlugosci. Koniec już o skokach. Wywarly na nas duze wrazenie, razem ze skokiem ze spadochronem z 12tys stop ale przede wszystkim pojechalismy do NZ podziwiac przyrode. Nie dziwie się, ze Peter Jackson tu krecil „Wladce Pierscieni”. Przejezdzajac zachodnim wybrzezem wyspy poludniowej przygladalem się wiekowym, starym lasom porosnietym mchem i wiedzialem skad rezyser wzial wyobrazenie Entow z filmu. Jadac po pagorkowatych okolicach polwyspu Coromandel wyobrazalem sobie zielone rowniny Shire. Buchajace dymem i siarka gejzery z Rotorua przywolywaly na mysl otchlanie Mordoru.
Nowa Zelandia oferuje turystom bajeczne atrakcje, wspaniale widoki, roznorodnosc przyrody, lasy deszczowe, skaliste fiordy, wulkany, lodowce, zielone rowniny, gejzery, piaszczyste plaze. Każdy znajdzie tu cos dla siebie. Do tego chyba najbardziej roznorodna i profesjonalna oferta sportow ekstremalnych.
Żeby tu zamieszkac na stale trzebaby jednak zrozumiec i pokochac rugby. Wszyscy nowozelandczycy kochaja bezkrytycznie swoj narodowy zespol All Blacks. Trzebaby pokochac baranine, a niektórych sam zapach potrawki z baranka odstrecza..czyz nie Martinez?:-) Owiec jest tu czterokrotnie wiecej niż mieszkancow. Nadal nie wiemy co tubylcy robia z jeleniami, które hoduja!!! Po co im te jelenie? czyzby sproszkowany rog jelenia mial jakies tajemnicze wlasciwosci:-) Ta zagadka urasta do najwiekszej tajemnicy naszej wyprawy. Trzebaby nauczyc się nie przekraczac predkosci 100km na godzine na drodze, bo groza za to srogie kary:-) A byloby trudno bo Subaru jest jednym z czesciej reprezentowanych aut na drogach. Mieszkajac w jednym z wiekszych miast trzebaby się przyzwyczaic do chinskiej kuchni a mieszkajac w malym miasteczku przyzwyczaic do samotnosci.. Mieszkajac w okolicach Haarst trzebaby przyzwyczaic się, ze deszcz potrafi tam lac tygodniami. Martinez powiedzial, ze gdyby był w Queenstown przynajmniej jeden teatr z prawdziwego zdarzenia to moglby tam zamieszkac. Mi się w NZ bardzo podobalo i podobnie jak do Australii, chetnie jeszcze bym kiedys tam powrocil.
A przeciez jest jeszcze tyle ciekawych miejsc do odwiedzenia na ziemi ;) Koniec naszych tegorocznych wakacji może być przeciez…poczatkiem rozmyslan o kolejnych. Czy to prawda, ze w odleglym Zimbabwe nad rzeka Zambezi przy wodospadzie Victoria Falls można skoczyc na bungy z mostu z wysokosci 111metrow? Czy to prawda, ze na granicy Namibii i Angoli rozciaga się jedna z najstarszych i najpiekniejszych pustyn na swiecie? Stamtad już niedaleko do niedoszlej kolonii zamorskiej Polski – Madagascaru. Może wiec warto juz dzis popuscic wodze fantazji…?