Kuala Terengganu

Sutra Beach Resort

Kuala Lumpur

Malezja - kwiecień 2006

Chcemy do Azji, ale dokąd? Możliwości było wiele, ale wybralismy Malezję. Dlaczego? To miały być nasze pierwsze zagraniczne wakacje z Bartkiem naszym 4letnim synkiem. Musiało być egzotycznie, ciepło, wygodnie i bezpiecznie. Malezja to kraj muzułmański, ale bynajmniej nie fanatyczny. Jest to kraj nowoczesny, bogaty i tolerancyjny. Zróznicowany kulturowo, populacje tworzą Malajowie, Chińczycy i Hindusi i jak widać dogaduja się swietnie.
Do Malezji polecieliśmy z jednodniowym zatrzymaniem w Wiedniu. Przylecieliśmy do stolicy Austrii przed południem, zwiedziliśmy stare miasto, zrobiliśmy sobie obowiązkowo zdjęcie pod katedrą św. Szczepana, pod pałacem Hofburg i pod pomnikiem Mozarta, zjedliśmy pyszny obiad w knajpie i lody od, jak się okazało , polskiej sprzedawczyni. Następnego ranka liniami Austrian Airlines dolecieliśmy bez większych problemów do Kuala Lumpur. Wylądowalismy na miejscu we wczesnych godzinach porannych, około 4rano czasu miejscowego. Troche sie obawialiśmy jak nasz Bartek zniesie taką długą, pierwszą w życiu podróż samolotem, ale zaskoczył nas swoim wigorem. My padaliśmy ze zmęczenia a ten szalał po opustoszałym lotnisku, biegał, skakał po fotelach. Budynek lotniska w Kuala Lumpur jest piękny i nowoczesny. Dach budynku w kolorze czerwonym zawieszony jest na ogromnych filarach przypominających nóżki grzybów. Musielismy poczekać dwie godziny aż rozpoczną się poranne odloty i około 6rano pierwszym rejsem lini Malaysian Airlines odlecieliśmy do Kuala Terengganu. Jest to stolica stanu Terengganu, który położony jest we wschodnio-północnej części kraju. Nie robiliśmy wcześniej żadnej rezerwacji hoteli, nie mieliśmy żadnego planu działania. Liczyliśmy że na miejscu znajdziemy sobie coś na pierwsza noc a później poszukamy jakiegoś miłego miejsca nad morzem gdzie będziemy mogli spędzic najbliższy tydzień wakacji. Bartek w końcu nam padł. Na szczęście mieliśmy ze sobą składany wózek parasolkę, który bardzo się przydał na w tym wyjeździe. Wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do hoteliku wybranego z przewodnika Lonely Planet. Nie było żadnych problemów z miejscami. Hotel nazywał sie Seri Indah Resort i pokój deluxe z widokiem na morze kosztował MYR109 czyli niecałe 30USD. Miejsce to jest oddalone od ścisłego centrum miasta, ale dzieki temu jest tu zielono, cicho i przuyjemnie. Padliśmy nieprzytomni na łóżka i kilka następnych godzin odsypialiśmy trudy podróży. Po południu popływaliśmy sobie w basenie,  z czego najwieksza frajdę mieli Bartek i Justyna i  wyszliśmy się przejśc po plaży i do miasteczka. Niewiele tam było do zobaczenia. Niedaleko nas był duży kompleks straganów, sklepików i lokalnych jadłodajni a poza tym nic ciekawego. Typowe azjatyckie miasteczko, całkiem schludne miejscami, z zadbanymi chodnikami a miejscami znowu bałagan i brud. Normalka. Idąc wzdłuż wybrzeża, niedaleko przystani promowej znaleźliśmy świetną restaurację wybudowaną na palach na wodzie. Nazywała się Terapung Putri i choć była malajską restauracją to był też szeroki wybór potraw chińskich i hinduskich. Zjedliśmy świetny posiłek, nawet sie nie spodziewając że był to nasz ostatni tak smaczny obiad przez następne kilka dni. A wszystko dlatego, że przez następny tydzień mieszkaliśmy w resorcie nadmorskim w Merang, który był oddalony od najbliższych większych skupisk ludzkich o kilka kilometrów i wszystko byłoby fajnie gdyby nie fakt, że na terenie hotelu była tylko jedna restauracja malajska z dość ograniczonym menu. Dość powiedzieć, że po tygodniowym pobycie znaliśmy już 90% pozycji z menu a kuchnia malajska nie należy do najsmaczniejszych. Ale po kolei. W Kuala Terengganu poszliśmy do biura podróży żeby wykupić sobie pobyt na wyspach Perhentian. Tam docelowo na jednej z przepięknych wysp z białym drobniutkim piaseczkiem w drewnianych chatkach nad samą wodą wymarzyliśmy sobie spędzić błogi tydzień. Mieliśmy jednak pecha. Okazało sie że trafiliśmy na jakieś lokalne święta i  przedłużony tydzień urlopowy. Wszystkie hotele na wyspach były zajęte. Urocza i pomocna  Chinka z biura podróży wydzwaniała wszędzie, ale słyszała tą samą odpowiedź brak miejsc. Zaproponowała nam jednak ośrodek na wybrzeżu niedaleko tych wysp, w miejscowości Merang. Hotel nazywał się Sutra Beach Resort. Zgodzilismy się i taksówką za 30MYR tam pojechaliśmy. Resort piękny, ale najpiękniejsze było to, że o dziwo ale było tam niewielu turystów. Jak się okazało następnego dnia przy śniadaniu to oprócz nas zajęte były jeszcze tylko dwa domki przez zagranicznych turystów. Poza tym było kilkanaście osób mieszkających w dwupiętrowych pawilonach. Byli to jednak miejscowi turyści, wyznania islamskiego bądź hindusistycznego. Co za tym idzie nie opalali się, nie kąpali, większość czasu spędzali w pokojach hotelowych a jeśli już na dworzu to na plaży. Cały, duży, piękny i komfortowy ośrodek był praktycznie dla nas. I o to chodziło. Mieliśmy własny bungalow z widokiem na morze, wychodziło się na werandę i 5metrów od nas był murek z kamieni a pod nim plaża. Niezbyt szeroka, ale piaszczysta i czysta. Basen był cudowny, obłożony naturalnym kamieniem w owalnym kształcie z róznymi zatoczkami. Od strony morza ścianka basenu była wysokości poziomu wody, co powodowało, że woda z basenu się przelewala i nie widac było murku. Powstawało wrażenie, że woda z basenu zlewa się z wodą z morza mimo że przedzielało je kilkanaście metrów plaży.
Spędzaliśmy nad basenem całe dnie, opalając się, kąpiąc, czytając książki. Dla Bartka to był raj. Pluskał się w wodzie, poznał małych Malajczyków, chłopca i dziewczynkę i razem sie bawili w małym baseniku dla dzieci. Pan ogrodnik przycinał liście palm i ściął kilka kokosów, które nastepnie rozłupał i podal ze słomką nam do wypicia. Fajnie :-) Jedyny mankament, o którym wspominałem to monotematyczna restauracja malajska, jedyna na jaką byliśmy skazani. Dominował ryż w różnych postaciach, ryby i kurczaki. Owoców morza jak na lekarstwo. Coś jest nie tak z przyprawami w tej ich kuchni narodowej. Używają chyba przypraw bardziej arabskich i hinduskich niż tych z kuchni chińskiej. Ogólnie rzecz biorąc dawało sie zjeść i najeść ale nic specjalnego. Osobny kłopot był z Bartkiem. Oprócz słoiczków, ktorych nabraliśmy wypadało zjeść coś konkretnego, świeżego. Jedyne na co mial ochotę to byla pizza. Więc ją zamawialiśmy bo o dziwo takowa figurowała w menu. Pizza w wykonaniu malajskim miała takie składniki jak marchewka pokrojona w kosteczkę i zielony groszek... cóż, co kraj to obyczaj. Po trzech dniach nie wytrzymaliśmy i mieliśmy ochotę coś zjeść porządnego a przede wszystkim napić się piwa. Jako że Malezja to kraj muzułmański, alkoholu się tu nie pije. Stan Terengganu jest dość rygorystyczny pod tym względem. Oczywiście w naszym hotelu piwo był, ale drogie i tylko w restauracji. Tak więc któregoś dnia z kolei wzieliśmy taksówkę i za MYR80 taksówkarz zawiózł nas przed południem do Kuala Terengganu, najpierw na bazar po zakupy pamiątek, potem zaś do chińskiej dzielnicy żeby zjeść i zaopatrzyć się w plecak pełen piwa. Na bazarku, który mieścił się przy porcie w dwupiętrowym budynku znalezliśmy sie w tłumie kolorowych, szeroko gestykulujących ludzi. Kupić można było tu wszystko od suszonych ryb, solonych oreszków ziemnych, po podróby ubrań. Ale najpiękniejsze były materiały na sukienki, obrusy, firany oraz piekne batiki, z których słynie Malezja. W Chinatown w końcu mogliśmy zasiąść w restauracji chińskiej i zamówić pyszną zupę, gęstą od kawałków kurczaka, pędów bamusa, makaronu sojowego i grzybków moon. Do tego azjatyckie butelki piwa Carlsberg, czyli 0,6litra. Sympatyczna właścicielka tego małego lokaliku osobiście nam wybierała zupę i składniki a syna wysłala po świeżą dostawę piwa do sklepu obok. Tak się nam podobało w tym hoteliku, że przedłużyliśmy sobie jeszcze pobyt o kolejne dwie noce. Na ostatnie dwa a jak się pozniej okazalo przymusowe 3 dni wróciliśmy do Kuala Lumpur. Lecieliśmy low-costem Asia Air, na którego bilety kupiliśmy w Kuala Terengganu. Bardzo przyzwoity serwis, porządny samolot, fajne stewardesy ubrane w czerwone seksowne mundurki. Sprzedawali na pokładzie gadżety lotnicze i kupiliśmy sobie z Bartkiem po czapce z logo Air Asia.
Powróciliśmy więc do Kuala Lumpur, stolicy Malezji i zatrzymaliśmy sie w Malaysia Hotel przy dość ruchliwej ulicy Bukit Bintang. Hotel ma dwa plusy. Znajduje się w centrum miasta w tzw. Złotym trójkącie w którym koncentruje się życie miasta, znajdują się liczne restauracje, wielkie centra handlowe, najlepsze hotele itp. Drugi plus to fakt, że jest przystępny cenowo, płaciliśmy MYR80 za pokój deluxe. Na tym kończą się jego zalety. Pokoje są małe, dawno nieodnawiane, hotel jest mało schludny, elewacje ma fatalną, jakies dziwne ekrany dzwiękoszczelne na oknach. Zalecałbym trochę dopłacić i zatrzymać się w czymś przytulniejszym. Stolica Malezji jest bardzo międzynarodowa. Widać tu dużo obcokrajowców, nie ma problemów żeby pojść do pubu w stylu szkockim, zjeść obiad w tawernie greckiej, czy rozkoszować się stekiem wołowym w stylu argentyńskim. Kuala Lumpur jest nowoczesne. Zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Miejscami wygląda jak futurystyczna metropolia z 2100 roku. Przez centrum miasta przebiega naziemna jednoszynowa kolej Monorail, którą w szybki i sprawny sposób można sie przemieszczac. Pojechaliśmy ją zobaczyć oczywiście słynne Petronas Towers, czyli najwyższy budynek świata. Są to dwie wieże połączone tzw. Skybridge na 41piętrze. To mniej więcej w 1/3 wysokości (około 146metrów) zaś wieże liczą sobie 88pięter i mają wysokość 451,9 metrów. Piorunujące wrażenie, przepiękna konstrukcja, iskrząca się metalem i szkłem w słońcu. Nie wjeżdzaliśmy na Skybridge, gdzie wstęp jest limitowany do 1500wejściówek dziennie. Zamiast tego wzięliśmy taksówkę i pojechalismy do Menara Tower (wstęp kosztował MYR20, dziecko MYR10) - wieży telewizyjnej wznoszącej się na wysokość 421metrów. To ponoć 4 najwyższa wieża telewizyjna na świecie, miano najwyższej dzierży nadal CN Tower w Toronto o wysokości 553metrów, gdzie miałem okazję też stanąć obutą nogą. Tutaj skydeck dla turystów mieści sie na wysokości 276metrów, dzięki czemu można podziwiać z góry w całej krasie piękny budynek Petronas Towers znajdujący się nieopodal. Petronas Towers mają przepiękne otoczenie. Znajduje się pośrodku rozległego parku, którego najfajniejszym elementem na który natrafiliśmy był system fontann i basenów. Zwiedzaliśmy KL w upalny dzień, żar lał się z nieba i wyłożone błekitnymi kafelkami sadzawki i tryskajacą orzeźwiającą wodę z fontann powitaliśmy jak zbawienie. Bartek rozebrał się do slipek i poszedł hasać z dzieciarnią. Nad nami górowały dwa futurystyczne szczyty Petronas Tower. Wokół ściana nowczesnych wieżowców. High Tech w pięknym wydaniu. Tak jak można zachwycać się darami natury, wodospadami, kanionami, drzewami, tak w tym miejscu można zachwycić się kreacjami ludzkiej wyobraźni architektonicznej. Naprawdę robi wrażenie. Do Petronas Towers weszliśmy tylko żeby rzucić okiem na słynne Suria KLCC czyli kompleks handlowy, który mieści sklepy i butiki najlepszych i najbardziej znanych marek światowych. Pełen przepych i blichtr. Turyści z zasobnymi portfelami napewno docenią tego typu atrakcje. My musieliśmy się wycofać. Obiad jedliśmy w jednej z licznych restauracji w systemie buffetowym, których jest pełno w centrach handlowych. Jedzenie śmiesznie tanie, do wyboru do koloru różne narodowe kuchnie, wszystkie smaki. Smacznie i dobrze. Następnego dnia wzięliśmy taksówkę (po mieście kosztują okolo MYR15 za kurs) i pojechaliśmy do KL Bird Park. Reklamowany jest jako największy na świecie Ogród dla ptaków. Chodzi o to, że ptaki w tym ogrodzie latają na wolności. No niezupełnie, ponieważ tą wolność oczywiście ogranicza gigantyczna siatka rozpięta na słupach wielkości słupów do reflektorów na stadionach piłkarskich. Ptaki więc naprawdę mają przestrzeń gdzie mogą się wzbić w powietrze i szybować. Ale uciec nie mogą. Nie znam się na ptakach i nie będę opisywać wszystkich gatunków, które widzieliśmy. Ograniczę się do tego że były różnorodne, egzotyczne, kolorowe i było ich sporo ( z ulotki wynika że ponad 160 gatunków) Tak jak większość tego typu parków rozczarowuje, tak to miejsce mogę polecić ze spokojnym sumieniem. Warto. Bartkowi też się podobało. Skorzystaliśmy z oferty pawilonu z papugami i za opłatą zrobiliśmy Bartkowi zdjęcia z ptakami, które na nim usiadły. Pan się go spytał którą papugę sobie wybiera i Bartek sobie wybrał największą, więc Malajczyk się zaśmiał, że nie da rady jej udzwignąć. Zamiast tego posadził mu na ramionach dwie mniejsze, niemniej piękne. Bartek jest bardzo dumny z tych zdjęć do dziś. Na terenie parku zjedliśmy obiad w chińskiej restauracyjce w trzypiętrowym drewnianym pawilonie z pięknym widokiem na ścianę drzew i kolorowe ptaki fruwające z gałęzi na gałąź. Na szczęscie w Kuala Lumpur piwo jest dostępne na każdym kroku, bez niego trudno byłoby znieść trudy zwiedzania w takim upale. W planach mieliśmy też zwiedzanie Taman Orkid - parku orchidei, ale jak na złość był zamknięty na czas renowacji. Zamiast tego zrobiliśmy sobie trasę przez Chinatown. Zaczęliśmy od Chan See Shu Yuen Temple, małej świątyni położonej na niewielkim wzniesieniu obudowanym kamieniami. Sąsiaduje z kaskadami kolejki monorail, czym tworzy zaskakujące połączenie nowoczesności z tradycją i przeszłością. Potem przeszliśmy się wąskimi uliczkami wypełnionymi chińskimi sklepikami, w większosci z zabawkami, co wielce cieszyło Bartka. Minęliśmy tez hinduistyczną świątynie Sri Mahamariamman z bardzo kolorową elewacją. Niemal naprzeciw znajduje się chińska Guandi Temple, świątynia poświęcona taoistycznemu bogowi wojny - Guandi. Wejścia strzegą dwaj wojownicy w rynsztunku bojowym, w złoconych zbrojach z mieczami i halabardami. Środek świątyni był obwieszony dziesiątkami czerwonych lampionów, zresztą cały wystrój był w kolorach złota i czerwieni. Niezwykłe wrażenie robiły kadzidełka zwieszające się z łuku przy wejściu. Wyglądały jak sprężynka zwinięta w kształt dzwonka. Dolny koniec trocika był zapalony i się tlił. Powoli spalając się powodował obrót kadzidełka. Wewnątrz była wetknięta czerwona karteczka, prawdopodobnie z jakimś życzeniem. Potem doszliśmy do ogromnego bazaru mieszczącego się wzdłuż Jalan Petaling. Kupić można tu wszystko. Skończyliśmy naszą trasę przy Masjid Jamek - najważniejszym i najpiękniejszym meczecie w Kuala Lumpur. Budynkiem który nam jeszcze bardzo zapadł w pamięci podczas zwiedzania miasta jest Sultan Abdul Samad. Budynek wygląda jak pałac z baśni tysiąca i jednej nocy i jest w nocy podświetlany na zielono co dodatkowo dodaje mu uroku. A mieści się tam jedynie tak proziczna instytucja jak Sąd Najwyższy. Na zakończenie tego wyczerpującego dnia Justyna najpierw zafundowała sobie śliczną czarną sukienkę w chińskim stylu w srebrne ornamenty, smoki i kwiaty a później w ramach relaksu skorzystała z masażu stóp w salonie na parterze naszego hotelu. Wróciła do pokoju wniebowzięta. Tej nocy mieliśmy wracać do Europy. Wylot z KL mieliśmy zaplanowany na kilka minut po północy. Lotnisko w KL znajduje się 75km na południe od miasta i jedzie się tam nawet 1,5h (koszt taksówki to około MYR70). Jakież więc było nasze rozczarowanie kiedy stanęlismy do check-in z padłym z wyczerpania, śpiącym dzieckiem na bagażach i okazało się że nie ma miejsc. Była pierwsza w nocy, z hotelu się wyczekowaliśmy, do miasta jest 75km drogi, wszystkie biura na lotnisku zamknięte, nie ma co marzyć o zmianie biletów itp. Ci co mieli szczęście polecieli, reszta została. Nie powiem ciężka to była chwila ale podjęliśmy decyzję i wsiedliśmy do taksówki i wróciliśmy do tego samego hotelu w którym kilka godzin wcześniej zwróciliśmy klucze. Recepcjonista był totalnie zaskoczony, ale ponieważ zapłaciliśmy za tą noc zażądałem ponownie kluczy do pokoju i je otrzymałem. Następnego dnia biegałem w deszczu po biurach linii lotniczych i szukałem mozliwości wydostania się z Malezji. Musiałem zrezygnować z darmowego biletu na Austrian Airlines bo Pani w ich biurze powiedziała, że nie ma szans się wydostać przez najbliższy tydzień. Udało się załatwić bilet na Malaysian Airlines i kolejnej nocy już bez problemów wróciliśmy komfortowo przez Amsterdam do domu.