Hawana

Pinar del Rio

Cienfuegos

Varadero

Cayo Blanco

Trinidad

Kuba - czerwiec 2006

Wyjazd na Kubę wypadł pod koniec maja. Pojechaliśmy w grupie 11 agentów jednego z polskich biur podróży. Lot przebiegł bez zakłóceń, choć 4-godzinny pobyt na betonowym, bezpłciowym lotnisku w Paryżu nie należał do specjalnych atrakcji tej wyprawy. Przez pracowników biur podróży lotnisko zostało przyrównane do dworca PKP w Małkinii.
Do Hawany przylecieliśmy późnym popołudniem i od razu na lotnisku dostaliśmy próbkę możliwości kubańskiej mentalności. Odprawa paszportowa trwała ponad godzinę. Każdy pasażer był obsługiwany przez pracownika służb lotniskowych bite 5minut z zegarkiem w ręku, w tym najdłuższą czynność stanowiło porównywanie zdjęcia z paszportu z oryginałem. Ludzie zdejmowali okulary, poprawiali włosy, robili różne dziwne miny, żeby zadowolić Panią w okienku. W końcu uśmiechała się szeroko ze swojego obskurnego kantorka i można było pójść dalej. Na bagaże czekaliśmy kolejną godzinę i w końcu przyjechały na taśmie z innego lotu. Kiedy już było po wszystkim nasz przewodnik stwierdził, że i tak szybko nam poszło bo takie formalności potrafią trwać i 4 godziny! Trzeba więc uzbroić się w cierpliwość przyjeżdżając do takiego kraju.
Nasz przewodnik Esteban, ochrzczony naprędce Stefan przez jedną z przygłuchych uczestniczek grupy, mówił w języku polskim. 15lat wcześniej studiował w Katowicach, kiedy to nastąpiły przemiany po 1989roku i wszystkim Kubańczykom poza granicami kraju nakazano powrót na Wyspę. Coś co mnie od razu uderzyło w zachowaniu Kubańczyków to fakt, że brak w nich jest jakiegoś oporu, narzekania, dążenia do tego żeby było lepiej. Może nie określiłbym  ich jako super zadowolonych ale wydają się być pogodzeni ze swoim losem i przyjmują to ze spokojem. Powiało też tanią propaganda jak Esteban zaczął opowiadać jak to wspaniale żyje się na Wyspie. Wg. przewodnika miesięczna pensja wynosi USD10, natomiast wg. zapewnień Estebana można zarobić nawet USD500 pracując np. na 2 zmiany i kombinując. Czy tak jest nie wiem, ale większość Kubańczyków, których spotykaliśmy nie śmierdziała groszem, wręcz wyglądała na ubogich a sam kraj wyglądał jak krajobraz po wojnie.


Kuba dzieli się na wszystko co związane z turystyką – która stanowi główne i chyba jedyne źródło dochodu Państwa – oraz całą resztę. Turystyka to przede wszystkim miasto Varadero, enklawa wielkich, pięknych 5-cio gwiazdkowych hoteli i resortów typu all-inclusive oraz stolica Hawana. My pojechaliśmy z lotniska do hotelu Tryp Hawana Libre. Kiedyś w latach 50-tych jeszcze przed Wielka rewolucja był to hotel Hilton. Po rewolucji jak łatwo się domyślić został przejęty i znacjonalizowany przez nowy rząd i od tamtego czasu nic w zasadzie z hotelem nie zrobiono. Po prostu sobie stał. W ten mniej więcej sposób wygląda zarządzanie wszystkim na Kubie. Kiedyś w czasach świetności, czyli przed rewolucją oraz krótko po niej przy współudziale ZSRR wybudowano infrastrukturę, taką jak osiedla, hotele, drogi i mosty. Teraz z biegiem czasu wszystko niszczeje i popada w ruinę. Stara Hawana to istne cudo. Tworzą ją rozliczne dzielnice pełne urokliwych kamienic i pałacyków, wspaniałe marmurowe fasady, klatki schodowe, dziedzińce, przepiękne podwórka z fontannami, katolickie kościoły, ręcznie kute poręcze balustrad, kraty w oknach w przecudne wzory, kolorowe okiennice. Długo by wymieniać bo miasto jest jak z bajki. Serce się jednak kraje z rozpaczy bo to wszystko co opisałem jest potwornie zniszczone. Miejscami wygląda jak Warszawa po Powstaniu w 1944r. Brakuje ścian albo stoją same szkielety domów. Są też lepiej zachowane dzielnice, gdzie można w całej krasie podziwiać wspaniałe perełki kolonialnej architektury, ale to naprawdę rzadkość. Szkoda. Jeszcze tej samej nocy co przyjechaliśmy do miasta, poszliśmy z kolegą Czarkiem na nocną eskapadę po starej Hawanie. Taksówkarz zawiózł nas do jakiejś knajpy ale zrezygnowaliśmy bo wyglądała jak typowa turystyczna pułapka. Przeszliśmy się nocą po zakątkach Hawany zachodząc co chwila do różnych knajpek na piwo. Zupełnie jak na filmie Buena Vista Social Club trafiliśmy do jednego z setek podobnych barów w starej zniszczonej kamienicy, gdzie pod jedną ze ścian przygrywał lokalny band Kubańczyków wzbudzający aplauz klientów. Sufit lokalu był pokryty stiukami i piękną mozaiką. W oknach nie było szyb, wchodziło się przez obrotowe, drewniane drzwi jak w westernie a jedną całą ścianę zajmował długi drewniany bar. Nie musze dodawać że wewnątrz panował wspaniały klimat, ludzie klaskali, śpiewali, pili rum i piwo, palili cygara. Po drodze do Malecon – czyli słynnej kilkukilometrowej promenady nad zatoką mijaliśmy ciemno oświetlone uliczki, w których w każdej bramie czaiły się sylwetki ludzi. Wielokrotnie byliśmy zaczepiani przez wesołe dziewczynki oferujące swoje wdzięki za przystępną cenę. Kubanki są piękne. Prawie bez wyjątku. Spotkanie brzydkiej kobiety na Kubie jest równie prawdopodobne jak spotkanie ładnej np. w Nowej ZelandiiZ wszystkich nacji, które udało mi się dotychczas poznać mogę śmiało zakwalifikować Kubanki do pierwszej trójki najpiękniejszych kobiet na świecie. Kubanki mogą być albo czarne z wystającymi pupami i mocnymi długimi nogami – w ich żyłach płynie krew czarnych niewolników. Mogą też być prawie białe z blond włosami i rysami Europejczyków – w ich żyłach prawdopodobnie płynie krew hiszpańskich kolonizatorów. I do tego wszelkie mieszanki obu powyższych typów. Raj dla mężczyzn.
Kończąc krótki opis Hawany mogę powiedzieć tylko, że można się po tym mieście włóczyć cały dzień fotografując piękne budynki, stare amerykańskie samochody z lat 50-tych – ciągle na chodzie i ludzi. Miasto jest cudowne i żal że dogorywa i się rozpada. Trzeba się spieszyć żeby je zobaczyć w przeciwnym razie runie niedługo w gruzach, chyba że Fidel – El Komendante odejdzie i pomoc z Europy i USA pozwoli odrestaurować to miasto.


Następnego dnia zwiedzaliśmy trochę miasto za dnia z resztą grupy a wieczorem pojechaliśmy na słynną rewię Tropicana. Jest to rewia szczycąca się przynależnością do 10 najlepszych tego typu miejsc na świecie. Na wstępie Panowie dostali po cygarze a Panie po kwiatku. Na stół podano szampana i rum i rozpoczął się piękny kolorowy show w amfiteatrze wśród drzew. Ten kolorowy spektakl, bogaty w pióra, suknie, fraki był zgoła odmienny i jakiś abstrakcyjny od szarej rzeczywistości, która widzieliśmy do tej pory. Z tego co mówił Esteban to nawet El Komendante kiedy był jeszcze młodszy zaszczycał swoją obecnością to miejsce.
Kolejnego dnia pojechaliśmy do miasteczka Pinar del Rio położonego w głębi kraju. Widoki zza okien autokaru mało ciekawe, ciągnące się równiny, pola rzadko uprawiane. Ale w końcu czym mają być uprawiane jak głównym narzędziem pracy na roli nie jest traktor tylko osiołek lub wychudła szkapa. Wioski składają się z parterowych murowanych lub betonowych jednakowych domków z płaskim dachem, Często są niewykończone i bardziej przypominają slumsy niż domostwa. Charakterystyczna dla dróg na Kubie jest duża ilość autostopowiczów. Oczywiście podróżuje się w ten sposób nie dla funu czy z oszczędności ale dlatego, że innego środka transportu nie ma. W mieście Hawana jeżdżą tzw. wielbłądy – są to ciągniki siodłowe z naczepą pasażerską – wygląda to trochę jak nasz Ikarus przełamany w 2 miejscach, 2 zewnętrzne części autobusu są wysoko a środkowa zwisa między osiami. Oficjalnie nazywa się to metrobusem i zastępuje metro, które kiedyś zaczęto budować przy pomocy ZSRR, ale oczywiście po 1989r. inwestycja padła.


Pinar del Rio zaskoczyło nas bardzo pozytywnie. Jest to małe miasteczko słynące obecnie z produkcji cygar. Taka fabryczka to rzecz jasna największa atrakcja turystyczna. Nie wolno jednak robić zdjęć w żadnym zakładzie produkcyjnym na Kubie (coś w stylu słynnych tabliczek z przekreślonym aparatem fotograficznym za czasów PRLu). Może dlatego, że warunki pracy panują tu jak w manufakturze z początku XIX wieku. W sali fabrycznej siedziały w rzędach po 4 osoby zwijając paluszkami liście tytoniu w grube cygara. Każde cygaro było starannie modelowane palcami, obklejane jakaś lepką substancją żeby nadać krągły kształt zakończenia. Potem cygaro wkładane było do płaskiego pudełka z otworami, żeby sprawdzić czy rozmiar i kształt jest prawidłowy. W rogu sali było nawet stanowisko działu jakości gdzie każde cygaro było wkładane do urządzenia sprawdzającego przepływ powietrza w cygarze. A w pokoju obok pracował specjalista, który dobierał cygara według koloru i układał w oddzielne pojemniki. Podobno istnieje kilkanaście klasyfikacji rodzajów cygar w zależności od koloru. No i na koniec produkt finalny pakowany był w drewniane pudełeczka z nazwą cygara, np. Romeo i Julia, Paragas czy Guantanamera.
Kubańczyk żeby przeżyć kombinuje. Inaczej by nie przeżył za równowartość 10$ miesięcznie. Nam w fabryce na każdym kroku proponowano kupno cygar na lewo po niższej cenie. Ręce wyciągały się z garścią związanych cygar i ofertą 30$ za 10cygar. Proponował każdy – począwszy od zwijacza tytoniu do ochroniarza. Przypominało to czasy PRL-u kiedy wszystko było wspólne, czyli niczyje i każdy kradł na potęgę. Cygara w przyfabrycznym sklepie były droższe, w zależności od rodzaju mogły kosztować od 2$ (te robione mechanicznie) po 15-20$ za sztukę. Na ściennej tablicy wisiały żarty rysunkowe wycięte z gazet, wszystkie dotyczące tego samego czyli zgniłego imperializmu. Amerykanie i zachodni Europejczycy przedstawiani byli jako naziści, bandyci i terroryści. Zresztą wzdłuż dróg, którymi podróżowaliśmy po kraju, jedyne billboardy jakie widzieliśmy były bardzo do siebie podobne – np. zdjęcie Busha i podpis NO TERORISMO. Reklam nie ma żadnych. Chyba żeby wizerunek Fidela i hasła typu „socjalizm albo śmierć” uznać za reklamę.

W okolicach Pinar del Rio zwiedzaliśmy bardzo ładnie umiejscowiony hotel. Wybudowany jest na skarpie z widokiem na olbrzymią dolinę poniżej, pośrodku której wyrastają wielkie kilkuset-metrowe bloki skalne gęsto porośnięte roślinnością. Przypominało mi to trochę widok Wielkiego Rowu Afrykańskiego w Kenii. Widok znakomity i jeśli kogoś interesuje coś więcej niż smażenie się na wątpliwej urody plaży w Varadero to powinien tu koniecznie zawitać na co najmniej 1 noc. Hotel nazywa się Los Jazmines sieci Horizontes.
Z hotelu zjeżdża się droga do doliny i jedzie w cieniu olbrzymich bloków skalnych do jednej ze skał, gdzie kubański artysta ludowy ozdobił całą górę wielkim kolorowym freskiem przedstawiającym zwierzęta i inne cuda. Taki kicz, ale z braku ciekawszych rzeczy w okolicy warto rzucić okiem. Okolica ta nazywa się Palenque i jest ponoć świadectwem kultury czarnych niewolników zwożonych na Kubę w 18wieku. Troszkę dalej wzdłuż tej samej drogi w dolinie zajechaliśmy do kolejnej atrakcji, mianowicie groty skalnej, idąc wewnątrz której doszliśmy do przystani wykutej wewnątrz góry. Stamtąd popłynęliśmy podziemną rzeką wijącą się wzdłuż wysokich formacji skalnych, stalaktytów, nacieków i tarasów. Wszystko wewnątrz góry. Zakończyliśmy wycieczkę obiadem u podnóża gór. Przyjemnie. Była to trochę inna Kuba niż znamy na codzień z telewizji i gazet. Zielona, historyczna, zadbana i przygotowana pod turystykę. To był nasz ostatni dzień w Hawanie i wieczorem udaliśmy się do Hawana Club – jest to odpowiednik Hard Rock Cafe na Kubie. Lokal pierwsza klasa, stoją duże Cadillaci, stoliczki wokół sceny, przyciemnione światła, chyba kultowe miejsce dla bardziej majętnych Kubańczyków zapatrzonych w Amerykę. Pod barem rząd pięknych dziewczyn gotowych umilić samotnym panom wieczór. No i bardzo przystępne ceny czego nie da się powiedzieć o innych knajpach w Hawanie przygotowanych specjalnie pod turystów. Należy się np. wystrzegać knajpy na dachu hotelu, gdzie mieszkał Hemingway – niby fajnie ale cholernie drogo.

Z Hawany do Varadero udaliśmy się zahaczając o miejscowość Cienfuegos na południowym wybrzeżu Kuby. Miasteczko urokliwe, podobne do Pinar del Rio. Jest tam ładny, duży rynek z kolonialną zabudową i uliczkami rozchodzącymi się prostopadle do rynku. Wzdłuż głównej alei miasta większość budynków miała kolumienki, balkoniki, tralki. Kolory fasad były pastelowe, pomarańczowe, żółte, niebieskie. W centrum miasta polecam gorąco hotel La Union. Umiejscowiony w starej 2 piętrowej kolonialnej kamienicy tchnie atmosferą z końca IX wieku. Drewniane okiennice otwierają się wprost na gwarną, kolorową uliczkę poniżej. Znajduje się tam ładny dziedziniec z fontanna, wyłożony na ścianach błękitnymi porcelanowymi kafelkami, meble w pokojach utrzymane są w stylistyce z epoki.

Z Cienfuegos udaliśmy się do Varadero – mekki turystów z całego świata. O drodze nie da się nic ciekawego powiedzieć. Szosa nie najlepszej jakości ciągnie się wzdłuż pól, na których rzadko widać jakieś uprawy. Wsie wyglądają biednie, domostwa są nie zadbane, wszędzie budynki betonowe, parterowe. Ludzie na każdym skrzyżowaniu czekają na transport. Co jakiś czas billboard ze zdjęciem Fidela. Samochodów na szosie na szczęście jak na lekarstwo, w przeciwnym razie czas jazdy by się bardzo wydłużył, bo pas asfaltu jest wąski i niezmiernie trudno jest kogoś wyprzedzić. Raz na 50km znajduje się oficjalny postój dla samochodów – toaleta, restauracja i sklepik z pamiątkami. W czerwcu 2006r, kiedy byłem na Kubie litr oleju napędowego kosztował 0.75$ (wtedy 1$=3PLN). Dla porównania piwo 0.33l kosztowało od 1CUC (1CUC=1EUR) w sklepie czy barze do 2CUC w dobrej restauracji czy hotelu 5-cio gwiazdkowym. Obiad w Hawanie można zjeść za 10CUC, butelka litrowego rumu białego kosztowała 6CUC a czarnego około 12CUC. Cena 1cygara to około 3CUC wzwyż. Taksówka w Hawanie 5CUC. Z pamiątek niewiele jest do przywiezienia – oprócz rumu i cygar mieli jakieś tandetne t-shirty np. z Che Guevara, badziewne bębenki czy skórzane ozdoby, trochę figurek z drewna niespecjalnie ciekawych. W Hawanie i innych miastach, które zwiedzaliśmy mijaliśmy kilka galerii z malarstwem – zazwyczaj sa to bardzo barwne, kubistyczne portrety. Dla wybitnych znawców sztuki.

Pod wieczór zajechaliśmy w końcu do Varadero. Jak dla mnie mocno przereklamowane. Przypomina mi Cancun. Podobnie jak tam, na długim i wąskim pasku lądu pobudowano rząd ekskluzywnych 4 i 5-cio gwiazdkowych hoteli all-inclusive. Może w odróżnieniu  od Meksyku nie rzucają się one tak w oczy, bo dominuje niższa zabudowa i są schowane wśród roślinności.
Ale największe rozczarowanie budzi plaża. Spodziewałem się pięknych rozłożystych palm wyrastających z białego piasku nad szmaragdową woda . Nic z tego. Plaża średniej szerokości, owszem z ładnym piaskiem i długim zejściem do wody. Ale palm żadnych. Jakieś drobne karakany jak z doniczki. Kilka krytych strzechą parasolików. Woda wcale nie w kolorze szmaragdowym, chyba żeby wypić kilka drinków i mocno popracować wyobraźnią. Ogólnie rzecz biorąc gdyby nie to, że żar lał się z nieba i popijałem mochito to bym nie odczuwał różnicy między Varadero a Łebą. Ogólne wrażenie o Varadero poprawił tylko fakt, że 2dni później popłynęliśmy na małą wysepkę w pobliżu – Cayo Blanco. Wynajęliśmy 60-metrowy jacht z 3-osobową załogą i niczym rosyjska mafia w 6 osób popłynęliśmy sobie na  naprawdę piękną wycieczkę. W połowie drogi na wyspę zatrzymaliśmy się  a kapitan łodzi wskoczył do wody i na naszych oczach po kilkuminutowych poszukiwaniach wyciągnął z dna morza  sześć dorodnych homarów. Każdy pstryknął sobie zdjęcie ze skorupiakiem, poczym zostały kilkoma uderzeniami noża pozbawione czułek i rozłupane na 2 części. Kiedy kilka minut później zatrzymaliśmy się przy rafie koralowej żeby trochę ponurkować jeden z członków załogi smażył już homary na kuchence pod pokładem. Rafa do niczego. Miło sobie popływać na otwartym morzu i popatrzeć na rybki, ale rafy nie było tam żadnej ciekawej do oglądania. Za to jak weszliśmy na pokład dostaliśmy talerz z przepołowionym, upieczonym homarem w sosie limonkowym. Palce lizać, niebo w gębie. Do tego mieliśmy nielimitowaną ilość zimnego piwa. Pół godziny później dopłynęliśmy do wyspy Cayo Blanco – a właściwie na plażę wydzieloną dla turystów przypływających tu jachtami czy katamaranami. Plaża rzeczywiście ładna, piasek biały i drobny jak mąka i wreszcie ten słynny turkusowy kolor wody wokół plaży. Kolor taki utrzymuje się tam gdzie dno oceanu jest bardzo płytkie. Na plaży w Cayo Blanco można było brodzić po pas w wodzie na odległość jakichś 100metrów od plaży. Widok iście jak z katalogu biura podróży. Ale to tyle dobrego co mogę powiedzieć o Varadero. Delfinarium, które jeszcze odwiedziliśmy było bardzo słabe i nie polecam. Jeśli chodzi o hotel, w którym mieszkaliśmy – Tryp Penisula - to owszem obiekt ładny i ekskluzywny. Jeśli ktoś lubi takie klimaty lukrowanych, pastelowych kolorów, kopułek, wieżyczek altanek w ogrodach to będzie się tu dobrze czuł. Jak na warunki kubańskie  obiekt utrzymany był w naprawdę  dobrym stanie technicznym, czego nie zawsze da się powiedzieć o innych obiektach, które widzieliśmy podczas wyjazdu. Jak już wspominałem wcześniej hotel w HawanieTryp Hawana Libre wygląda jakby popadał w ruinę. Od zapomnienia ratują go tylko duże pokoje, dobre usytuowanie w centrum miasta  i fantastyczny widok z okien. Ale technicznie się rozpada, śruby np. w łazience odpadają, rdzewieją, woda się lała z sufitu w moim pokoju. Wygląda na bardzo mocno wyeksploatowany. Wspólna cechą dla wszystkich obiektów - hoteli i restauracji, które widzieliśmy na Kubie jest jakość obsługi. Mało zadowalająca łagodnie mówiąc. Kelnerzy, barmani, kucharze ruszają się jak muchy w smole. Ignorują gości, maja wszystko gdzieś, Fidel i tak zapewni im minimum socjalne – garść fasoli i ryżu na miesiąc. Tak było i w tym 5-gwiazdkowym hotelu w Varadero. Dla przykładu gość w restauracji smażył kotlety, Choć w kolejce stało chyba z 15osób on na dużym ruszcie położył zaledwie kilka kawałków mięsa i sobie chodził gadać z innymi kucharzami olewając ludzi w kolejce. Mięsa starczało dla pierwszych 5-ciu osób, reszta musiała czekać kolejny kwadrans, choć przecież można było wrzucić na ruszt mięsa dla całego pułku. W knajpach wybór koktajli i drinków był ograniczony. Oprócz Mochito i Cuba Libre mało co innego chcą robić. Tak więc ten all-inclusive był w dość słabym wydaniu. Jeśli ktoś nastawia się na ten typ usług niech nie będzie rozczarowany. Może w innych miejscach na Kubie jest lepiej, ja mówię tylko o tych, które widziałem na własne oczy.

Varadero było to nasz ostatnie miejsce pobytu na Kubie. Zrobiliśmy jeszcze tylko jednego dnia wycieczkę całodniową do Trinidadu. Gdyby było bliżej to okay, ale tłuc się cały dzień w obie strony po to, żeby tylko obejrzeć starówkę w Trinidadzie to lekka przesada. Owszem jest tam bardzo ładny kościół, plac, uliczki takie same jak wszędzie, kolorowe fasady domów, drewniane okiennice, kute, żelazne zdobienia w oknach i balustrady  - bardzo to wszystko urokliwe, ale zwiedza się szybko – w 30minut można obejść wszystko co tam jest warte do zobaczenia. Po drodze z Trinidadu wstąpiliśmy jeszcze do miasteczka Santa Clara żeby zobaczyć muzeum Che Guevary. Mauzoleum to olbrzymi monument przedstawiający kubańskiego rewolucjonistę z karabinem w ręku. Pod obeliskiem są 2 pomieszczenia, które się zwiedza. Sala z prochami Che i jego przyjaciół bojowników, którzy z nim walczyli i zginęli. 2 sala to muzeum z pamiątkami po tym największym bohaterze Kuby. Zdjęcia z dzieciństwa, dyplomy szkół, narzędzia których używał w pracy (był lekarzem) oraz mundury, pistolety, karabiny i dużo zdjęć. Kilka lat temu nakręcony został bardzo dobry film biograficzny o Che pt. „Dzienniki Motocyklowe”. Polecam.
No cóż. To tyle co widziałem i doświadczyłem na Kubie. Warto wrócić, żeby móc zwiedzić Hawanę bardziej szczegółowo i polecieć na wschód do Santiago. Najbardziej życzę sobie i wszystkim, którzy kiedyś będą chcieli tu przyjechać, żeby sytuacja na Kubie zmieniła się na tyle by możliwe stało się odrestaurowanie Hawany i wielu innych lokalnych miasteczek na Kubie, żeby sytuacja gospodarcza poprawiła się i zagospodarowano olbrzymie połacie ziemi, naprawiono drogi i by kraj mógł funkcjonować normalnie. Żeby ludzie docenili własność prywatną i zaczęli szanować i dbać o swój kraj. Takie rewolucyjne myśli mogły mnie najść chyba tylko na Kubie.

Polecam do przeczytania książkę "To właśnie Kuba", której autorką jest Lea Aschkenas. Przeczytałem ją 2 lata po pobycie na wyspie i jest doskonałym uzupełnieniem wrażeń z tego miejsca. Ciepła, radosna, optymistyczna opowieść o życiu i miłości, której można doświadczyć na Kubie.