Panama

San Jose

Monteverde

Guanacaste

Arenal

Rio Sarapiqui

Volcano Irazu

Volcano Poas

La Paz Waterfalls

Panama City

Panama Canal

Kostaryka - luty 2011

spisane z bloga, pisanego podczas podróży http://www.smakipodrozy.blogspot.com

Przed Wyjazdem
Byliśmy na północnym krańcu Ameryki na Alasce, byliśmy też na przeciwległym końcu kontynentu w Tierra del Fuego. Nadszedł czas aby zawitać w sam środek Ameryki. Tym razem celem naszej wędrówki będzie Kostaryka. Costa Rica czyli tlumacząc z hiszpańskiego bogate wybrzeże uchodzi za kwintesencję obu Ameryk pod względem bogactwa flory i fauny. Postaramy się przynajmniej część walorów tego niewielkiego państwa obejrzeć na własne oczy. W podróż wybieramy się z wypróbowanym składzie, w którym podróżowaliśmy w 2008 roku po Peru - dos Martines i Justyna. Trudno uwierzyć, że minęło już 2 lata od ostatniego wspólnego wyjazdu, wciąż mam przed oczami widok Machu Picchu skąpanego we wschodzącym słońcu. Będzie okazja posłuchać znów hiszpańskiego, którego nadal ni w ząb nie rozumiem, ale Martinez będzie miał okazję się pochwalić kilkoma wyuczonymi przed laty zdaniami i słówkami :-) Do Kostaryki chcemy dostać się przez Panamę, do której wrócimy na 2 dni na koniec naszej wyprawy, żeby rzucić okiem na słynny kanał dzielący oba kontynenty. Początek podróży jutro o 7 rano na lotnisku w Warszawie. Oby zdrowie, szczęście i pogoda nam dopisały. Kolejne wpisy już ze szlaku w miarę możliwości dostępu do internetu...

Panama City by Night
Towarzystwo się pospało, choć dopiero 8 godzina wieczorem miejscowego czasu. Ale organizmy mamy przystosowane jeszcze do czasu warszawskiego, gdzie teraz jest 2 w nocy. Chętnie bym coś wrzucił na bloga, ale z oszczędności tego dziś nie zrobię, bo okazało się, że w hotelu, w którym najtańszy pokój oficjalnie kosztuje $190 za dobę, trzeba jeszcze dodatkowo płacic za internet okolo $15. Zdzierstwo totalne. Zresztą w tym kraju do wszystkich cen doliczają jeszcze conajmniej dwa lub trzy podatki extra i końcowa cena nie jest już tak atrakcyjna jak ta, która przyciągneła uwagę. Może z wyjątkiem taksówek. Te w obrębie miasta są tanie, $3-5 za kurs, ale już na lotnisko trzeba wysupłać $30. 11-godzinny przelot z Amsterdamu do Panamy City przebiegł bezproblemowo i w bardzo komfortowych warunkach. Menu co prawda musieli podmienić z rejsem do Den Passar, bo królowały dania indonezyjskie a ciekawostką była informacja w karcie win, że oferują również wina ... holenderskie. Jadąc z lotniska widać jakieś pola, sady, bagna i lasy. I naraz zza tych lasów wyrasta ...też las, ale wieżowców. Robią wrażenie strzeliste drapacze chmur wyrastające zza ściany zieleni. Do centrum wjeżdża się wiaduktem pośrodku zatoki, daleko w morzu widać statki stojące na redzie czekające na wpłynięcie do Kanału Panamskiego. Centrum zabudowane jest wieżowcami, ale nie biurowymi tylko mieszkalnymi, pierwszych kilka kondygnacji stanowią parkingi a wyżej to apartamenty. Wzdłuż wąskich uliczek knajpy, sklepiki, butiki. Dużo sieciowych międzynarodowych sklepów, fastfoodów, stacji benzynowych. Ogólnie wygląda to wszystko całkiem przyjemnie i porządnie na pierwszy rzut oka, dość nowocześnie. Pojechaliśmy sobie wieczorem na starówkę, do dzielnicy San Felipe. To taki półwysep w mieście gdzie pozostała stara zabudowa kolonialna, urocze kamienice z długimi balkonami na szerokość fasad i kryte czerwoną dachówką, oczywiście jak w każdym południowo i centralno amerykańskim państwie Katedra z placem i mniejsze kościółki w sąsiedztwie. Jest tu też imponujący gmach Pałacu Sprawiedliwości, Teatr Narodowy i nadmorski krótki deptak z fantastycznym widokiem na skyline nowoczesnego centrum po drugiej stronie zatoki. Co się rzuciło nam w oczy to mała ilość turystów ale również tubylczej ludności. Niektóre mijane knajpki świeciły pustkami a słabo oświetlone uliczki wyglądały jak wymarłe. Niestety im dalej od atrakcji turystycznych to stare budowle przypominał swoim wyglądemy ruiny, zupełnie jak na starówce w Hawanie. Na przywitanie z Panamą wypiliśmy po lokalnym piwie Atlas, ale smakowało jak siki i będziemy próbować dalej, żeby odnaleźć lepszy smak Panamy. Przysmaków lokalnej kuchni jeszcze nie próbowaliśmy bo KLM nakarmił nas tak dobrze, że nie chce się nam jeść. Jest ciepło, ale bez przesady, kiedy wylądowaliśmy około 5-tej po południu było 30 stopni ciepła ale nie było tego czuć aż tak bardzo jak np. w Azji. Wieczorem może spadła temperatura o kilka stopni, ale myślę, że bliskości morza a w zasadzie bliskości dwóch Oceanów, Pacyfiku i Atlantyku sprawia, że nie czuć upałów i pogoda jest jak dotąd komfortowa. Jutro znów zrywamy się wcześnie rano, bo o ósmej lecimy do San Jose. Może będą mieli tańszy internet?


Tu nas jeszcze nie było
Rano przemkneliśmy przez zaspane miasto na lotnisko Tocumen. Ruch na ulicach niewielki, na lotnisku też spokojnie. Do San Jose lecieliśmy liniami TACA i po raz kolejny zostaliśmy mile zaskoczeni południowo- amerykańskimi liniami. Dotychczas zachwycaliśmy się Lan Chile a teraz Taca pokazała klasę. Niespełna godzinny rejs wykonywany jest samolotem Embraer 190, ale w przeciwieństwie do naszych maszyn ma przedział business class, a w klasie ekonomicznej są monitorki w każdym siedzeniu. Stewardesy podają ciepłą kanapkę i wszelkie napoje, w tym alkohole. No ale dość o tym. Samolot zatoczył łuk nad miastem Panama, minął kanał i skierował się w stronę Kostaryki. Kilkadziesiąt minut później już zniżał się do lądowania w San Jose. Widoki z okien samolotu przepiękne. Miasto położone jest w dolinie otoczonej pokrytymi zielenią górami. Mimo że mamy suchy sezon, zieleń jest dominująca i wszechobecna. Lotnisko małe, kameralne, pierwsza klasa, czyściutkie, odprawa bezproblemowa. Pan w wymianie walut polecił nam piwo Imperial i poinformował, że kosztuje średnio około 700 kolonów (na nasze około 5PLN, ale w knajpie). W sklepie kosztowało około 500 kolonów. Przed lotniskiem czekał na nas już gość z wypożyczalni samochodów, zawiózł nas do biura, po przydługich formalnościach wyjechaliśmy naszym wozem w końcu na kostarykańską szosę. Jak dotąd wszystko wygląda porządnie, organizacja sprawna, kraj bardzo przychylny turystycznie. No i pogoda nas rozpieszcza, 30 stopni gorąca, błękitne niebo z niewielką ilością chmurek. Krótkie zakupy w supermarkecie zapasu wody i piwa i pełni entuzjazmu ruszyliśmy w głąb kraju. Trasa do Monteverde wynosi okolo 130 km, ale na przejechanie jej musieliśmy poświęcić około 3h. Szosy są jednopasmowe, średniej jakości, jak się utknie za ciężarówką można się wlec bardzo powoli. Ale są też autostrady, płatne a jakże, na których komfort jazdy jest trochę lepszy, ale też bez rewelacji. Wieś kostarykańska jak to wieś, zielone pola, przy drodze stragany pełne kolorowych owoców, melony, arbuzy, mango. Ale staranne ogrodzenia, kwiaty, ładne domy co jakiś czas. Znaki drogowe nieliczne, trafić jest tu trudno, my polegamy na GPSie przywiezionym z Polski i jak dotychczas trafiamy bezbłędnie. Trzydzieści kilometrów przed Monteverde, zatankowaliśmy na ostatniej stacji benzynowej, skończyła się droga asfaltowa i zaczęliśmy się piąć w górę po górzystej, kamienistej drodze. Z poziomu morza wjechaliśmy na wysokość 1430m. rozpętując wokół siebie chmurę pyłu spod kół. Widoki bajeczne, wszędzie zadrzewione góry, zielone doliny a w oddali błękit morza. Im wyżej się wspinaliśmy tym bardziej spadała temperatura i mogliśmy wyłączyć klimatyzację i otworzyć okna. W końcu dojechaliśmy do miasteczka. Nic wcześniej nie rezerwowaliśmy, więc zaczęliśmy krótki rekonesans po miejscach noclegowych i w końcu jak w przysłowiu, za trzecim razem trafiliśmy idealnie. Nasz hotelik nazywa się Heliconia, mamy apartament na najwyższym piętrze trzypiętrowego drewnianego budynku położonego na zboczu wgórza. Z naszej werandy mamy piękny widok na otaczające góry, zewsząd słychać świergot ptaków. Właśnie wybiła czwarta popołudniu i zaczął padać ożywczy deszczyk. Wzgórze zasnuło się mgłą, zrobiło się chłodno. Miejscowość Monteverde, w której się zatrzymaliśmy to górska wioska turystyczna rozłożona wzdluż kawałka asfaltowej drogi. Same hoteliki, kilka knajpek i wiele punktow tzw. information center. Miejscowość żyje z rezerwatów lasów chmurowych, do których wpuszczana jest określona ilość turystów dziennie. Atrakcją są tu podniebne kładki rozwieszone na drzewach, tzw. canopy tour, czyli zjazdy po linach z drzew, farma motyli i inne rezerwaty przyrodnicze. Wykorzystaliśmy chwilę, kiedy przestało mocno padać i skoczyliśmy na dinner do pobliskiego steakhouse’u. Zamówione przez nas jedzenie miało mało wspólnego z kostarykańską kuchnią, grecka sałatka i stek. Uczciwie ? Stek był do niczego. Najwyraźniej z chudego, żylastego bawoła, który pasł się na zboczu góry. Powoli przyzwyczajamy się już do zmiany czasu, zeszło z nas zmęczenie a widoki i okolica cieszą oczy. Damn I’m feeling good ! :-)


Małpi Gaj
Dziś rano byliśmy wysoko w górach a wieczorem moczyliśmy się w jaccuzi nad Pacyfikiem. Ale wszystko zaczęło się od olbrzymiej wichury wczorajszej nocy. Jak wspominałem w poprzednim poście, zaczęło padać około czwartej po południu. No cóż jesteśmy w górach w rezerwacie lasów deszczowych więc to w sumie normalne. Ale deszczyk nie był tymczasowy, padał i padał i padał aż nastała noc. Nie myślałem, że na tym wyjeździe będziemy marznąć, a jeśli już to najwyżej z powodu klimy. Tymczasem zrobiło się chłodno, wyciągnęliśmy wszystkie koce z szafy,
żeby nakryć kołdry. Zaczęło wiać, deszcz lał jak z cebra, drzewa szumiały, woda ściekała potokami z dachu. Wichura się nasilała a my staraliśmy się zasnąć. Czułem się jakbym był uczestnikiem wyprawy na Mount Everest i spał w namiocie w bazie na 5 tysiącach metrach a wokół szalała śnieżna wichura. Najgorzej, że na 8:30 rano mieliśmy zarezerwowane atrakcje w parku Selvatura a z godziny na godzinę wichura wcale nie cichła. Nastał poranek, zjedliśmy śniadanie i pełni obaw pojechaliśmy kilkanaście kilometrów za miasteczko do rezerwatu lasów chmurowych w Santa Elena. Mieści się tam kilka prywatnych parków natury, które oferują zjazdy na linach – tzw zipline, wedrówki po wiszących mostach, przejażdżki wagonikami na wysokości koron drzew i inne atrakcje typu terraria z owadami, klatki z motylami itp. Dojechaliśmy do parku Selvatura i z niepewnością spytaliśmy się czy aby pogoda, czyli deszcz i silny wiatr nie są przeszkodą, ale obsługa się tylko uśmiechnęła, mówiąc, że to przecież normalne w lasach deszczowych. Było nas w grupie około 10 osób, dostaliśmy kaski i uprząż wiązaną wokół bioder. Towarzyszyło nam 6 przewodników. Krótki instruktaż w lesie i pierwsza wspinaczka po metalowej konstrukcji, przypięli nas do liny, chwila strachu i niepewności i pomknęliśmy kolejno po stalowej linie z jednej platformy na drugą gdzieś w głębi lasu. Wow! Ale frajda. Justyna była przestraszona przed pierwszym zjazdem, ale jak tylko dojechała na platformę była uśmiechnięta od ucha do ucha. Łącznie wszystkich lin i zjazdów było trzynaście, z czego najkrótszy odcinek mierzył 72 metry a najdłuższy równo 1000 metrów, czyli jechaliśmy aż kilometr, w dodatku na wysokości 150 metrów. Pod naszymi nogami rozpościerał się las. Padał deszcz co było uciążliwe bo byliśmy przemoczeni ale równocześnie cała okolica była osnuta mgłą. Niesamowite było wrażenie kiedy jechaliśmy na linie i nie było widać celu. Lina ginęła w gęstej jak śmietana mgle i jechało się w nieznane. Roślinność wokół nas genialna, gęsta, intensywnie zielona, olbrzymie drzewa porośnięte mchami, liany zwisające z konarów, duże rozłożyste paprocie, po prostu wiecznie mokra dżungla. Widoki trochę jak w filmie Avatar, z tym że przebywanie tu na żywo bije na głowę każdy film 3D. Po dwugodzinnym canopy tour, czyli zjazdach na linach po wierzchołkach drzew, zrobiliśmy sobie jeszcze trzy-kilometrowy treking po rezerwacie, po trasie zawierającej 8 wiszących mostów, z których najdłuższy miał 157 metrów. Totalnie przemoczeni wrociliśmy do hotelu i chwile potem opuszczaliśmy już rezerwat lasów chmurowych i rozpoczęliśmy podróż na wybrzeże Pacyfiku do prowincji Guanacaste. Wystarczyło odjechać może z 5 kilometrów i opuściliśmy rejon nisko wiszących chmur i deszczu. Od razu pojawiło się błękitne niebo a im niżej zjeżdżaliśmy w dół zaczęło robić się coraz goręcej. Do Monteverde nie ma dojazdu asfaltową drogą. Można się tam dostać jedynie dwoma górskimi, kamiennymi , nieutwardzonymi drogami wijącymi się po zboczach gór. Jedną trasą wjeżdżaliśmy wczoraj od strony San Jose a drugą trasą opuściliśmy dziś Monteverde. To około 30 km wyboistej stromej drogi, ale zapierające dech widoki są warte tego wysiłku. Doszliśmy z Martinezem do wniosku, że krajobraz bardzo nam przypomina widoki z północnej wyspy Nowej Zelandii, z tym, że na pastwiskach na zboczach gór pasły się bawoły zamiast owiec a zamiast upraw kiwi są tu plantacje kawy. Drogi w Kostaryce nie są najlepszej jakości, czasem są połatane dziura na dziurze, czasem asfalt jest gładki jak stół, czasem droga zamienia się w żwirową, piaszczystą trasę. Jakieś 75% mijanych przez nas samochodów to terenowe wozy z napędem 4x4. Jest to nieodzowne aby dojechać w niektóre regiony kraju. Raj dla miłośników tego typu samochodów, zwłaszcza w porze deszczowej, kiedy niektóre drogi zamieniają się w bagniste, rwące potoki. W prowincji Guanacaste, przez którą przejeżdżaliśmy dominują wielkie rancza z bydłem. Otoczone białymi palisadami, płaskie, przystrzyżone, wyczyszone z chwastów z zagajnikami drzew. Charakterystyczne dla krajobrazów są tu drzewa obsypane różowym kwiatem, przypomina to kwitnącą wiśnię. Widoki przywodziły nam na myśl pejzaże z Kenii czy Tanzanii, rozłożysta sawanna z pojedyńczymi, mocno rozłożystymi kopułami drzew a w tle góry. Muszę przyznać, że krajobrazowo Kostaryka jest przepiękna i bardzo zadbana. Po spożyciu żeberek wieprzowych w sosie bbq z ryżem i wszechobecną fasolą w zajeździe Tres Hermanas, kilka godzin później dojechaliśmy do Hacienda Pinilla na wybrzeżu Pacyfiku. To kilkusethektarowa posiadlość, dawne rancho wlaścicieli ziemskich. Od wjazdu do hotelu jedzie się jeszcze ponad 6 km. Hotel marzenie, wybudowany w stylu hiszpańskich posiadłości, elegancja i smak, dbalość o szczegóły, fontanny, dzbany, hamaki, lustra, wewnętrzne podwórka, dachy kryte ceramiczną dachówką, palmy a po drugiej stronie budynku olbrzymi basen o pofałdowanym kształcie wśród wysepek trawników i leżaków a w oddali fale Pacyfiku osiadające na piaszczystej plaży. Tu liźniemy trochę luksusu, naładujemy akumulatory zanim powrócimy znów do serca kraju pod wulkan Arenal.


Zasłużony odpoczynek
Dziś byczyliśmy się na plaży i nad basenem. Po prostu zasłużony i długo oczekiwany odpoczynek. Każdemu się należy, prawda ? :-) A z internetu skorzystaliśmy w miejscowości Tamarindo, pod sklepem spożywczym. Bo w hotelu jest, ale za 15$, ehhhh. Słońce nas rozpieszcza, jesteśmy już czerwoni jak raki, fale w oceanie całkiem przyjemne i wysokie. W Tamarindo jest dużo surferów, ale plaża nic specjalnego. Na basenie hotelowym slyszeliśmy mowę polską, to nasi rodacy urodzeni w Kielcach ale od lat będący już mieszkańcami Kanady. Martinez podarował im polską prasę, z czego bardzo się ucieszyli. Powoli zapada zmrok, więc musimy wracać na imprezę walentynkową... To był bardzo męczący dzień na plaży, ale to przecież jeszcze nie koniec...


Zwierzyniec
Kostaryka to kraj słynący z żółwi, tukanów i kwezali. Oczywiście żadnych z tych okazów fauny nie dane było nam zobaczyć. Jeszcze, rzecz jasna. Zawsze są ogrody zoologiczne. Na codzień widujemy psy, koty, bawoły. Iguany spotyka się pośrodku drogi jak wylegują się na gorącym asfalcie i kilka razy musiałem ostro hamować żeby ich nie przejechać. W okolicach jeziora Arenal spotkaliśmy ostronosa białonosego (popularnie zwanego coati), który wykazał się nadzwyczajną aktywnością i podbiegł do naszego samochodu, żeby pozować do zdjęć. Natomiast w ogrodzie hotelowym spotkaliśmy koniki polne wielkości dłoni...brrr, gdyby taki wskoczył mi na plecy miałbym stracha. Ponad naszymi głowami krążą drapieżniki, nad kwiatkami fruwają motyle. Dziś o poranku opuściliśmy Guanacaste i udaliśmy się w podróż do Arenal, jednej z najbardziej popularnych destynacji w Kostaryce, z uwagi na aktywny wulkan Arenal. U podnóża wulkanu znajduje się olbrzymie jezioro a całą okolicę porastają lasy deszczowe. I podobnie jak było w Monteverde, pada tu deszcz. Wulkanu jeszcze nie udało się nam zobaczyć, mimo że mamy widok z naszego bungalowu prosto na wyrzucającą lawę górę. Jest pokryta mgłą. Co więcej spotkaliśmy w recepcji wyraźnie rozczarowaną, starszą Amerykankę, która przyznała się, że spędziła tu 3 dni i ...nie udało jej się zobaczyć całego wulkanu. Cały czas bowiem pada i góry są osnute mgłą. Cóż, z naturą się nie wygra. Jutro rano ruszamy na całodniowy rafting na Rio Toro a potem liczymy na łut szczęścia i łaskawość góry.


Humming Bird
Podczas kąpieli  w naszym prywatnym jaccuzi przy wejściu do bungalowu towarzyszą nam niezwykle ruchliwe i kolorowe kolibry. Na śniadaniu były też dwa małe tukany, ale nie zdążyłem ich uchwycić. Rano wywieszają koło jadalni kiść bananów i przylatuje do nich sfora kolorowych ptaków. Postaramy się jutro zrobić kilka fotek. Wróciliśmy właśnie z raftingu po rzecze Sarapiqui. Musimy jeszcze ochłonąć, bobyło ostro i mieliśmy wywrotkę na jednej z katarakt, ale jednym słowem było ZAJEBIŚCIE :-)


Get Down !
Zapadł wieczór. Otacza nas kostarykańska cisza, która jest głośna jak Marszałkowska w godzinach szczytu, z tym, że w tym przypadku hałas ten jest przyjemny. To odgłosy lasu, owadów i ptaków, świerszczy i wszelkiej innej fauny w otaczających nas roślinach, świergotanie, ćwierkanie, szczebiotanie. Kakofonia dzwięków świdrująca uszy. Dziś rano obudził nas już o 6-tej śpiew ptaków. Zresztą nie da się tu długo spać, robi się jasno przed piątą rano a zmierzch zapada rownież wcześniej bo około szóstej. Chodzimy więc wcześnie spać i wstajemy wcześnie rano. Dziś raniutko podjechał pod nas minibus z firmy Desafio, gdzie wczoraj wykupiliśmy rafting na Rio Toro. Dołączyly do nas pod drodze jeszcze dwie pary oraz dwie podróżujące samotnie dziewczyny, a na koniec wsiadło jeszcze 5 dwudziestoletnich
Szwedek. Brzmi nieźle prawda? Było jeszcze lepiej. Dojechaliśmy nad rzekę Toro a tam okazało się, że z powodu suchego sezonu i niskiego poziomu wody, spływ Rio Toro jest niemożliwy, bo wystające skały są zbyt niebezpieczne. Miejscowa elektrownia, która kontroluje tamę i spuszcza od czasu do czasu wodę, z której korzystają miłośnicy górskiego raftingu, nie była dziś skora do współpracy. W tej sytuacji zapakowaliśmy się do minibusa i pojechaliśmy kolejne 30 minut dalej na rzekę Sarapiqui – rzekę trudniejszą, dłuższą, wycieczka na niej kosztowała więcej niż ta, którą wykupiliśmy. Zresztą mamy na tym wyjeździe szczeście do takich darmowych upgrade’ow. W Marriocie w Guanacaste nie płaciliśmy za śniadania warte 25$ od łebka a w La Fortunie, gdzie obecnie śpimy dostaliśmy na wejściu upgrade do master suite, domku z dwoma sypialniami, kuchnią, dwoma łazienkami oraz z zewnętrznym prywatnym jaccuzi. Cóż, głupi ma szczęście :-) Wracając do spływu, razem z Martinezem zrobiliśmy taki w Rotorua w Nowej Zelandii na rzece Kaituna. Miał stopień 5-ty , więc skoro dziś spływ miał mieć stopień 3-4 ty spodziewaliśmy się łatwej przeprawy. Jakże się miło zaskoczyliśmy. Odcinek po którym płynęliśmy miał łącznie około 16 kilometrów, w tym 45 spadków, tzw. katarakt. Różnił się tym od nowozelandzkiego, że był szybki , gwałtowny, techniczny z dużą ilością wystających kamieni. Zupełnie inny i śmiało można powiedzieć o wiele fajniejszy. Już na pierwszym uskoku byliśmy z Martinezem, bo siedzieliśmy razem z przodu pontonu, przemoczeni do suchej nitki. Nie było czasu na chwilę odpoczynku, nasz opiekun Louis, który kierował z tyłu pontonu komenderował co chwilę forward, get down, back to position, paddle backward. Adrenalina non stop. Na którymś z kolejnych spadków zderzyliśmy się z innym poprzedzającym nas pontonem, odbiło nas na dużą skałę i wywróciło nasz ponton. Poszliśmy pod wodę ale szybko wszyscy wypłynęli i się odnaleźli. Spływ był profesjonalnie zorganizowany, pływało wokół nas 3 gości w kajakach górskich, którzy ruszyli na pomoc, pozostałe dwa pontony nas wyłowiły i wszystko dobrze się skończyło. Wręcz dodało to smaczku do naszej przygody. Justyna, która bała się dzisiejszej wyprawy i do końca nie była pewna czy dobrze, że się dała nam namówić, pod koniec spływu po pokonaniu wszystkich wodospadów była z siebie bardzo zadowolona. Cała trasa zajęła nam około 1,5h, widoki po obu stronach rwącej rzeki to olśniewające piękne krajobrazy, gęsta dżungla i różnokolorowe ptaki przelatujące nad nami. Definitywnie godna polecenia rozrywka dla przyjeżdżających do Kostaryki poszukiwaczy aktywnego wypoczynku. Jedyny minus i to poważny to fakt, że gość, który miał robić dziś zdjęcia, miał zepsuty aparat i nie mieliśmy możliwości zrobić sobie zdjęć. Tak więc nie mamy żadnej niestety pamiątki w formie zdjęć, wszystkie wrażenia i wspomnienia z dzisiejszego spływu musimy zachować w naszej pamięci. Firma, z usług której korzystaliśmy, ma swoją siedzibę pośrodku miasteczka La Fortuna, zaraz za kościołem. Tak też się ogłaszają, bo okazuje się, że w Kostaryce nie występuje coś takiego jak numeryczny adres. Zazwyczaj podaje się skrzyżowanie dwóch ulic, albo przedział między jedną ulicą a drugą i trzeba mieć trochę szczęścia żeby znaleźć właściwy adres. Pogodę podczas spływu mieliśmy przepiękną, błękitne niebo i palące słońce. Własciwie wystarczyło odjechać rano 15 kilometrów od wulkanu Arenal żeby pogoda zmieniła się nie do poznania. Zniknęły ciężkie deszczowe chmury, przestało siąpić i wróciła tropikalna pogoda. Trochę tej dobrej aury udało nam się przywieźć spowrotem znad spływu a piękny wulkan był na tyle łaskawy, że odsłonił nam około 5/6 swojej wysokości. Niestety sam czubek nadal pozostał schowany za gęstą, białą mgłą. Ale przynajmniej popołudniu już nie padało, tylko świeciło słońce. Ponieważ tego dnia nie mieliśmy jeszcze dość wody a nasza skóra spieczona w Guanacaste domagała się nawodnienia postanowiliśmy tylko zmienić nieco temperaturę z chłodnej zimnej górskiej na gorące termalne źródła u stop wulkanu Arenal. Popołudnie i wieczór spędziliśmy w Baldi Hot Springs, kompleksie 25 basenów wypełnionych wodami o zakresie temperatur od 30 do prawie 50 stopni Celciusza. W tych ostatnich trudno było wytrzymać dłużej niż kilkanaście minut. To był emocjonujący i długi dzień a liczymy jeszcze na podobne wrażenia w następnych dniach, choć półmetek już za nami i koniec wyjazdu nieuchronnie coraz bliżej...

Another day in paradise
Dzis byl dzien mniej obfitujacy we wrazenia, ale i tak jestesmy wykonczeni. Wstalismy rano zeby pojechac do Parku narodowego Arenal Volcano zeby zrobic kilkukilometrowy trekking u podnoza gory. Wulkan nadal nie jest dla nas laskawy, nie chce pokazac czubeczka. Kiedy weszlismy na szlak swiecilo slonce i mielismy nadzieje, ze wiatr rozwieje chmury, ale kiedy konczylismy niestety cala gora byla zakryta i padal deszcz. A co na szlaku? Najpierw wysokie na trzy metry trawy, potem doszlismy do strefy, gdzie w 1992 roku wylala lawa i chodzilismy po skalach powulkanicznych. Na koniec wracalismy przez lasy desczowe pomiedzy wulkanem a Lago Arenal. Imponujace wrazenie robia olbrzymie drzewa Ceiba rosnace w dzungli. Najwyzsze maja po 40metrow wysokosci i licza sobie ponad 100lat. Cala trasa zajela nam ponad 2 godziny i miejscami brodzilismy po niezlym blotku posrod wilgotnej, zielonej sciany roslinnosci. Popoludniu pojechalismy do Butterfly Conservatory gdzie sympatyczna Pani pokazala nam caly cykl zycia motyli, od jajeczek wielkosci glowki od szpilki i kokonu przez etap larwy zielonej przyczepionej do liscia, prawie niewidocznej az po dlugie jak palec czarne poczwarki. A potem oczywiscie motyle we wszystkich kolorach. Jednym slowem - piekne. Tak wiec spedzilismy dzisiejszy dzien w aktywny i zgodny z natura sposob. Wieczorem moczylismy sie w naszych hotelowych goracych zrodlach i jest to nasze pozegnanie z woda na tym wyjezdzie. Zrewidowalismy nasze plany i z uwagi na mikroklimat deszczowy panujacy w okolicach Arenal rezygnujemy z wycieczki konnej do wodospadu i zamiast tego sprobujemy jutro dotrzec do wulkanu Irazu, ktorego nie mielismy wogole w planach.
Mam nadzieje, ze do czasu naszego powrotu do Polski juz sie tam ociepli:-)


Churrasco
Tak wygląda kawałek wołowego steka zwany Churrasco w kostarykańskim stylu. Gruby na dwa palce 400g plaster mięsa otoczony jest grubą warstwą tłuszczu. Natomiast w środku mięso jest miękkie i soczyste. Posypane tylko solą wydziela samo z siebie wspaniały sok. Palce lizać. A do tego smażona yuka i sos chimichurri. Ehh takie danie w połączeniu z zimnym piwem chciałoby się spożywać conajmniej raz w tygodniu.
A tak wygląda zadowolony gość, który właśnie zjadł churrasco. Kto wie czy to nie ostatni nasz post z Kostaryki, bo jutro znów śpimy w Marriocie w San Jose a tam każą sobie pewnie słono placić za internet, a my płacić nie lubimy. Przecież internetowi nie płacą :-)

Pura Vida
Pura Vida to najczesciej wypowiadane zdanie przez zadowolonych z zycia Kostarykanczykow. Mowia to kiedy sa zadowoleni, kiedy sie cos uda, kiedy sie witaja i zegnaja. Powodow do zadowolenia maja chyba duzo, bo trzeba przyznac ze kraj maja piekny. Przejechalismy dzis z Arenal do San Jose a nawet kilkadziesiat kilometrow dalej bo az do wulkanu Irazu. Kostaryka to mieszanina roznych regionow i klimatow. Przy tym jest to niewielki kraj, 6 razy mniejszy od Polski i mimo sredniej jakosci drog i wysokich gor mozna bez trudu w ciagu jednego dnia przejechac na drugi kraniec Kostaryki. My opuscilismy wiecznie zachmurzone okolice wulkanu Arenal, zeby jechac przez tereny uprawne ananasa, yuki i bananow. Potem zyzne tarasy uprawne sie skonczyly i zaczely sie gory, w ktorych panowala gesta jak smietana mgla i musielismy jechac 20km/h po kretych gorskich zawijasach. Potem skonczyly sie gory i wiechalismy w aglomeracje miejska wokol San Jose. Sama stolica i sasiadujace miasteczka sa bardzo rozlegle. Polozone jest w dolinie miedzy gorami i w zasadzie zajmuje kazda wolna przestrzen w dole. Przejechanie przez San Jose to meczarnia. Panuja tu niesamowite korki. A potem wspinalismy sie kreta droga az na wysokosc 3339 metrow n.p.m. zeby dotrzec do Parku Narodowego Irazu. Niezwykle, ze na tej wysokosci nadal wystepuje zielona roslinnosc, co prawda jest mniej bujna i bardziej rachityczna, niemniej jednak prawie az po sam szczyt rozciagaja sie pola uprawne, glownie warzyw. Temperatura jest tu rzeska, a w samym parku przy kraterze wrecz zimna. Sniegu sie tu jednak nie doswiadczy. To duza ulga w porownaniu z 30 stopniowym goracem panujacym na dole w San Jose. Juz od polowy wzniesienia czuc bylo zapach siarki a nasz samochod coraz ciezej sobie radzil pnac sie po gore w rozrzedzonym powietrzu. W parku mozna w zasadzie przejsc sie krotka, moze kilometrowa sciezka wzdluz dwoch kraterow. Wypelnione sa one zielono- turkusowa woda. Trzeba miec duzo szczescia zeby miec czyste niebo. Nam oczywiscie towarzyszyly chmury i mgly. Coz taka karma. Na szczycie spotkalismy Czecha, ktory dojechal tu na rowerze - prawdziwy kozak. Oddycha sie na tej wysokosci ciezko a do tego dochodza wyziewy siarkowodorowe z wulkanu. Zrobilismy wiec kilka zdjec i czym predzej wynieslismy sie do slonecznej doliny. Jutra przed nami wyprawa na kolejny wulkan Poas. Wiadomo, dzien bez wulkanu w Kostaryce to dzien stracony...
p.s. Tyle sie nagadalem, ze w Marriotach internet drogi jak cholera a tu sie okazalo, ze w najtanszym ich hotelu w SJO jest za free.

Do trzech razy sztuka
Zgodnie ze starą rzymską maksymą - do trzech razy sztuka - i właśnie przy trzecim podejściu w końcu udało nam się zobaczyć kostarykański wulkan w pełnej krasie, przy błękitnym niebie, w słońcu, dymiący i zapierający dech w piersiach. Wulkan Poas bo o nim mowa, wznosi się na wysokość 2560m. n.p.m. Mimo że sąsiaduje w odległości mniejszej niż 100km. od Irazu, oglądanego wczoraj, to różni się szatą roślinną, która porasta jego zbocza. Pobocza Poas przypominają roślinność śródziemnomorską z dominującymi sosnami, a główne uprawy to kawa i truskawki. Nie omieszkaliśmy kupić sobie siatki świeżutkich truskawek zebranych prosto z pola i sprzedawanych przez rolnika przy drodze. Nie ma to jak świeżo zerwane z krzaków truskawki w lutym :-) W Parku Narodowym Poas są w zasadzie dwie atrakcje - wielki dymiący krater wypełniony turkusową wodą, oraz odległa o 30-minutowy treking pod gorę laguna, czyli jezioro powstałe w starym niekatywnym kraterze. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy plantacji kawy, gdzie w przydrożnej kafejce można było się napić kawy z własnej uprawy. Kawa kosztowała 1$ i w zasadzie była to jedyna tania rzecz, jaką udało nam się spotkać w Kostaryce. Kraj jest piękny i pełen atrakcji, ale jest też drogi a chwilami niesamowicie drogi. Nie spodziewaliśmy się tak wysokich cen, okay hotele rezerwowaliśmy wcześniej i znaliśmy poziom cen, ale koszty jedzenia nas zaskoczyły. Nawet w supermarkecie, gdzie zaopatruje się lokalna ludność ceny większości produktów są porównywalne lub wyższe niż u nas w Polsce. A w restauracjach za dobry posiłek można zostawić majątek. Opłaty za wstęp do parków narodowych też są wysokie i dla turystów zagranicznych wyższe niż dla tubylców. Większość parków to prywatne inwestycje, dobrze prosperujące biznesy, zrobione na światowym poziomie, ale za taki standard trzeba płacić. Dla przykładu pojechaliśmy dziś przed południem do La Paz Waterfalls. To rodzaj rezerwatu, położony około 50km od San Jose w zalesionej dolinie. Przez park przepływa rzeka, która ma 5 wodospadów, największy ma około 85metrów wysokości. Znajdują sie tu też ptaszarnia, motylarnia, piękny ogród z orchideami, terrarium z wężami i z żabami, olbrzymie zasiatkowane pomieszczenie z małpami. Wszystko jest znakomicie rozplanowane, zbudowane, pełne smaku i atrakcji. Całe zwiedzanie zajmuje około 3h i nie można się nudzić a raczej każdy chodzi z uśmiechniętą gębą i szeroko otwartymi oczami. Za taką przyjemność trzeba zapłacić wstęp 35$. Pojechaliśmy jeszcze popołudniu do centrum San Jose rzucić okiem na tzw. "stare miasto". Zgodnie jednak z tym co przeczytaliśmy wcześniej w przewodniku, coś takiego w stolicy Kostaryki nie istnieje. Stare budynki zostały zniszczone na początku ubiegłego wieku i zastąpione przez brzydką, betonową zabudowę. To chyba najmniej atrakcyjna stolica państwa, jakąkolwiek kiedyś widziałem. Z czystym sumieniem można ją sobie odpuścić. Kostaryki jednak nie należy odpuszczać. Gdybyśmy mogli zostać dłużej, z chęcią spędzilbym tu jeszcze conajmniej tydzień. Zostało nam do zobaczenia karaibskie wybrzeże z plażami Tortugero, które słynie z żółwi składających jaja, warto byłoby wybrać się na południe od SJO, na plaże parku Manuel Antonio gdzie las tropikalny spotyka się z Pacyfikem. I pewnie jest jeszcze wiele innych ciekawych miejsc. Kostaryka to rewelacyjna destynacja dla tych poszukujących bliskiego kontaktu z naturą, dla miłośników sportów, dla fotografów, dla wielbicieli wakacji zarówno na plaży, w górach jak i dżungli. To wszystko jest tutaj na wyciągnięcie ręki. Gdzie indziej, jadąc drogą, wychodzą pod koła samochodu iguany, na kablu telefonicznym przy drodze kołysze się leniwiec a przy śniadaniu towarzyszą ci tukany... Pura Vida !

Panama Revisited
Opuściliśmy nad ranem San Jose. Odbyło się bez żadnych problemów, jako że dziś jest niedziela, ominęły nas korki na drogach w drodze na lotnisko. Zdaliśmy samochód w wypożyczalni i po komfortowym godzinnym locie byliśmy znowu w Panama City. Po zakwaterowaniu w hotelu, nazwy którego nie wspomnę, bo naprawdę nie warto, pojechaliśmy ponownie na stare miasto do dzielnicy San Felipe. Tydzień wcześniej zwiedzaliśmy je nocą a teraz mieliśmy okazję podziwiać je w pełnym słońcu. A warto się tu poszwędać po wąskich uliczkach i placach. Widoki przypominają trochę Hawanę, stare ruiny, fasady budynków, wiele zniszczonych kompletnie kamienic, ale wśród nich całkiem sporo prawdziwych perełek, odrestaurowanych ze smakiem i polotem pięknych budynków kolonialnych, dużo restauracji, klubów, sklepików. Nad brzegiem morza biegnie piękna promenada, częściowo osłonięta pergolą z kwiatami a później biegnie szczytem murów obronnych. Zdjęcia przez nas robione oddają tylko te piękne fragmenty starego miasta, niestety jak się odejdzie dwie, trzy przecznice dalej od plaza Cathedral zaczynają dominować obskurne, zniszczone kwartały miasta. Jeździliśmy taksówkami przez różne dzielnice Panama City. W niektórych sami taksówkarze zamykali drzwi i kazali podnosić szyby. Widoki betonowych odrapanych bloków i chaotycznych podwórek przed nimi oraz stojących w grupkach wyrostków w podkoszulkach mógł powodować pewne obawy. Również policja spotkana na starym mieście ostrzegała przed wychodzeniem poza kwartał starego miasta i pilnowanie aparatów fotograficznych i toreb. Dominującym i charakterystycznym elementem Panama City są jednak wieżowce. Można podziwiać przepiękny skyline miasta właśnie z San Felipe a jeszcze lepiej z wyspy Flamenco, do której prowadzi wąski przesmyk – Ave Amodar. Na tym wąskim pasku ziemi o długości kilku kilometrów, obsadzonym palmami, wiedzie droga z jednym pasem w każdą stronę, oraz ścieżka rowerowa i to wszystko. Natomiast na wyspie jest miejsce na parking, kilka restauracji i marine z jachtami. W knajpie polecanej z uwagi na najlepszy seafood w Panamie zjedliśmy dinner i podziwialiśmy zachód słońca nad stolicą Panamy. W Panamie nie jest już tak drogo jak w sąsiedniej Kostaryce, taksówki i jedzenie w knajpie są w przystępnych, lub wręcz atrakcyjnych dla nas cenach. Wydawało się, że całe życie towarzyskie w niedzielny wieczor koncentruje się właśnie na wyspie Flamenco. Knajpy były pełne, tak, że ustawiały się do nich kolejki chętnych, na ścieżce rowerowej było gęsto od ludzi na rolkach i rowerach. Zauważyliśmy, że w Panamie istnieje moda na rasowe psy. Wiele osób przechadza się z zupełnie jak na ten kontynent egzotycznymi psami typu terriery szkockie, wyżły, dogi, beagle i co zgroza w tych warunkach klimatycznych psami huskie. Dziś ostatni nocleg, jutro ruszamy z samego rana na wycieczkę wzdłuż Kanału Panamskiego aż do miasta Colon na wybrzeżu karaibskim i zwiedzamy kilka towarzyszących miejsc po drodze a wieczorem mamy rejs powrotny do Europy.

Kanał Panamski
Nadszedł ostatni dzień naszej podróży, którego nie zamierzaliśmy spędzać bezczynnie. Ostatecznie do Panamy przyjeżdża się po to, żeby zobaczyć przede wszystkim kanał panamski. Jak powszechnie wiadomo łączy on Pacyfik z morzem Karaibskim. Postanowiliśmy mu się przyjrzeć z obu końców. Poprzedniego dnia jechaliśmy taksówką na stare miasto i dogadaliśmy się z kierowcą, że w dniu dzisiejszym wynajmiemy go na cały dzień. Jak często bywa podczas podróży po świecie, język rozwiązuje i serce otwiera postać dwóch wielkich Polaków – Jana Pawła II i Lecha Wałęsy. W tym przypadku to papież stanowił obiekt zachwytu naszego taksówkarza, dziwnym trafem gdziekolwiek jechaliśmy, trasa zawsze przebiegała aleją imienia Jana Pawla II w Panamie i mijaliśmy też jego pomnik przy krajowym lotnisku. Byliśmy drugimi Polakami, z którymi nasz kierowca miał coś wspólnego, pierwszym był rzecz jasna Papież Pielgrzym, który przed laty odprawiał msze na panamskim lotnisku. O siódmej rano, pół godziny przed czasem, nasza taksówka już czekała pod obskurnym hotelem, w którym dane nam było nocować. W pierwszej kolejności pojechaliśmy autostradą w stronę Colon, na karaibskim wybrzeżu – miasta owianego bardzo złą sławą ze względu na przestępczość, biedę i bezrobocie. To portowe miasto stanowi wejście do kanału od strony karaibskiej. Dzieli je od Panama City 85km dobrą betonową autostradą, wybudowaną przypuszczalnie przez Amerykanów, w czasach kiedy do nich faktycznie należał sam kanał jak i pas szerokości 10 mil ciągnący się wzdłuż kanału. Dopiero w 1999 roku kanał, jak i sąsiadujące tereny wraz z całą infrastrukturą, w tym osiedlami mieszkaniowymi przeszedł w ręce Panamczyków. Naszym pierwszym przystankiem był Gatun Locks – zespół śluz, w które wpływa statek i gdzie dostosowywany jest poziom wysokości wody. Byliśmy tam o 9 rano i mogliśmy obserwować pierwszy handlowy statek , który przepływał tego dnia przez kanał. Był to statek o chińskiej nazwie ale pod panamską banderą. Ten konkretny egzemplarz placił za możliwość przepłynięcia kanałem 119 tysięcy dolarów. Cena zależy od wyporności i stopnia załadowania statku. Największe jednostki płacą ponad 300 tysięcy dolarów. Co ciekawe płatność odbywa się gotówką w kapitanacie portu. Cała operacja wpłynięcia do śluzy, ciągnięcia przez holowniki po obu stronach burty, zamykania wielkich stalowych bram powstrzymujących napór wody, odpompowania wody w jednym przedziale i wypełnienia w drugim trwa około 30 – 45 minut. Natomiast średni czas przepłynięcia przez caly kanał z Pacyfiku na morze Karaibskie lub na odwrót trwa około 8h. W dniu, w którym byliśmy zwiedzać, przewidzianych było do przepłynięcia 43 statki. Zapomniałem dodać, że Kanał Panamski zbliża się do okrągłej swojej rocznicy, ponieważ został wybudowany i oddany do użytku w 1914 roku. W Gatun Locks można wejść na taras widokowy i obserwować przepływający statek na wyciągnięcie ręki. Trzeba przyznać, że wrażenie jest niesamowite. Kiedy już nasz statek przepłynął, otwarto na chwilę przeprawę i mogliśmy samochodem przejechać na drugą stronę kanału i pojechać w głąb lądu na cypel do San Lorenzo. Cały teren jest zalesiony gęstą roślinnością, po drodze mijaliśmy nieczynną już i opustoszałą bazę wojskową, nad samym morzem. Przypominała bardziej ośrodek wypoczynkowy niż obiekt wojskowy. Teraz koszary, boiska, wewnętrzne drogi porastają palmy i trawa. W końcu dojechaliśmy do fortu San Lorenzo, fortyfikacji z XVIw, wybudowanej na polecenie hiszpańskiego króla. Trzeba przyznać, że miejsce na fort zostało wybrane starannie i znakomicie. Znajduje się na końcu naturalnego cypla, na wzniesieniu u ujścia rzeki Chagres. Rozpościera się stąd piękny widok na turkusowe wody morza Karaibskiego. Z fortu pozostały mury, fosa, most oraz rozległe piwnice a także wiele pordzewiałych armat. Fort ma swoją burzliwą przeszłość, bo został zdobyty i złupiony przez piratów, pod wodzą słynnego Henry Morgana, który przez pewien czas używał go jako swojej bazy podczas wypraw na łupienie Panamy a później wysadził go w powietrze. Oprócz nas nie było w forcie żywej duszy, nie licząc kolorowych ptaków z żółtymi piórami na ogonie, które na pobliskim drzewie zbudowały swoje wiszące i powiewające na wietrze gniazda. Ciche, urokliwe, romantyczne i przywołujące na myśl burzliwe pirackie historie miejsce. Mimo złej sławy postanowiliśmy pojechać do Colon rzucić okiem na miasto. Kierowca zamknął drzwi, zasunął okna i kazał uważać. Faktycznie miasto nie zachwyca. Różni się od Panama City diametralnie. Niska zabudowa, betonowe bloki w wypłowiałych pastelowych kolorach, brud, syf, bałagan. Strach wysiadać i wchodzić między podejrzanie wyglądających tubylców. Zresztą do zwiedzania nie ma tu nic, koloryt stanowi właśnie kolorowe, biedne, niebezpieczne miasto. Niezwykle barwnym elementem codziennego życia Panamczyków są kolorowe autobusy komunikacyjne. Jeżdżą podobno jak chcą, nie mają ściśle wytyczonych tras ani rozkładów, idzie się dogadać z kierowcą. Są własnością prywatną kierowców, którzy tworzą z nich małe arcydzieła. Pokolorowane są w najdziksze kolory i malowidła, może być na nich rozebrana kobieta o krągłych kształtach, wizerunek swojego dziecka, jakieś postacie z fantastycznych komiksów czy Chrystus. Niektóre mają podorabiane elementy dodatkowe jak płetwy rekina lub inne wypustki, są oświetlone w setki migających żarówek, w środku gra głośno muzyka, czasem jest telewizor i bardziej przypominają dyskotekę na kółkach niż autobus miejski. Autobusy takie jeżdżą po całej Panamie ale te w Colon były najbardziej szalone. Było około pierwszej popołudniu kiedy ruszyliśmy w drogę powrotną do Panama City. Początkowo planowaliśmy odbyć całą podróż pociągiem pasażerskim, który kursuje na trasie wzdłuż kanału raz dziennie, wyrusza o 7 rano i wraca o 17 wieczorem. Doszliśmy jednak do wniosku, że z pociągu niewiele zobaczymy a i tak w Colon musielibyśmy wynajmować taksówkę, więc taniej wyszło nas wzięcie taryfy na cały dzień z Panama City. Ostatnim punktem programu była wizyta w Miraflores Locks czyli bliźniaczych śluzach jak w Gatun, tyle że przy wejściu od strony Pacyfiku. Ten punkt obserwacyjny z uwagi na obecność w stolicy Panamy jest profesjonalnie przygotowany na przyjmowanie turystów. 11 lat temu wybudowano duży, kilkupiętrowy budynek z salą kinową, gdzie wyświetlają filmy o historii kanału, są tu restauracje i bary, gdzie można siedzieć na tarasie jedząc lunch i obserwując przepływające statki. My wjechaliśmy na czwarte piętro na deck obserwacyjny gdzie mogliśmy podziwiać ten sam proces wpuszczania statków do kanału, otwierania i zamykania śluz, jaki widzieliśmy rano w Gatun. Jedyna różnica jest taka, że w Miraflores są dwa równoległe kanały i jednocześnie mogą wpłynąć dwa statki i niezależnie od siebie być przepuszczone przez mechanizmy śluz. Jedno jest pewne, będąc w Panamie trzeba koniecznie wybrać się, żeby obejrzeć taki proces odprawiania statków, bo jest to zjawisko fascynujące. Turyści robią zdjęcia statkom, załoga statków wychodzi na pokład i robią zdjecia sobie oraz turystom. Zrobiła się trzecia popołudniu, wróciliśmy do hotelu, szybki prysznic, ostatnie piwo Balboa w hotelowej restauracji i pojechaliśmy na lotnisko. Lot do Amsterdamu przebiegł bezproblemowo, choć wysiadł system rozrywki, co nam akurat nie przeszkadzało bo przespaliśmy cały rejs, aczkolwiek po wylądowaniu w AMS dostaliśmy jeszcze w ramach przeprosin vouchery. I w ten sposób dotarliśmy do domu. To byl fantastyczny wyjazd, szkoda, ze tak krótki w Kostaryce. Program był napięty, wiele zobaczyliśmy, mało wypoczęliśmy. Czas na jakieś porządne wakacje....