Rezerwat Aberdare

Rezerwat Nakuru

Rezerwat Masai Mara

Mombasa

Kenia - listopad 1999

Trudno pisze się o podróżach, które miały miejsce wiele lat temu a w głowie zostały tylko coraz bardziej dziurawe wspomnienia. Do Kenii miałem okazję polecieć 10lat temu. Zamiast od razu spisać wrażenia na bieżąco, ociągałem się z tym i dziś muszę się posiłkować albumem pełnym zdjęć oraz różnymi ulotkami i folderami z tego wyjazdu. To była moja pierwsza tak egzotyczna wyprawa. Emocje zaczęły się już przed wylotem. Kenia to przecież Czarny Ląd, zatem trzeba się było profilaktycznie zaszczepić na zółtaczkę pokarmową, dur brzuszny oraz wziąć lekarstwo przeciw malarii. Szczepionki niestety na to nie ma, a wszystkie lekarstwa mają ponoć jakieś skutki uboczne. Niemniej jednak po wizycie w Przychodni Chorób Tropikalnych w Warszawie zastosowałem się do zaleceń i zacząłem brać tabletki o nazwie Lariam. Był to wyjazd studyjny dla agentów jednego z polskich biur podróży. Polecieliśmy do Nairobi liniami KLM przez Amsterdam. Na lotnisku w stolicy Kenii wykupiliśmy wizy, podstęplowaliśmy paszporty i podstawionymi dwoma busikami udaliśmy sie do hotelu. Przejazd trwał około 20minut i zapamiętałem z niego całkiem niezłe drogi, kilka salonów sprzedaży zachodnich samochodów w tym Subaru i dość nowoczesne centrum miasta z wysokimi budynkami. No i dużo czarnych. Hotel Stanley gdzie się zatrzymaliśmy to chyba jeden z najbardziej eleganckich hoteli w Nairobi. Wybudowany w 1902 roku tchnie atmosferą kolonialnych czasów. To nie jakieś plastikowe, tandetne wnętrza współczesnych hoteli typu Novotel. Po przekroczeniu progu recepcji, wpuszczony przez odźwiernego we wspaniałym fraku, turysta się czuje jak angielski lord. Zapamiętałem wygodne pokoje, drewniane meble, boazerie z ciemnego drewna, wygodne łożka i materace oraz grube dywany. Taka elegancka, dostojna wygoda bez cienia tandety. Naprawdę świetny hotel. Nie mieliśmy okazji wyjść tego dnia na miasto bo plan był dość napięty, ale też nie bardzo się paliłem na jakieś samotne przechadzki akurat po stolicy Kenii. Nasłuchałem się dość nieciekawych historii o bezpieczeństwie na ulicach i nawet Kenijczycy przestrzegali przez robieniem tego typu wyjść. Zalecali nam używać taksówek hotelowych i poruszać sie grupą. Następnego dnia rano zapakowaliśmy się do naszych dwóch białych busików i pojechaliśmy do miejscowości Nyeri, która znajduje się na północ od Nairobi. Kraj poza stolicą wygląda biednie. Niska zabudowa parterowa skromnych budynków przy drodze, w każdej wiosce targ przy szosie i kolorowo ubrana ludność. Przez Nyeri tylko przejechaliśmy żeby dotrzeć do granic Parku Narodowego Aberdare. Zatrzymaliśmy się tam na obiad w Golf and Country Club - The Outspan. To klub położony w pięknie utrzymanym wielohektarowym ogrodzie. Budynek wybudowany na początku wieku XX, oczywiście przez angielskich kolonizatorów. Wnętrza ozdobione trofeami myśliwskimi, saloniki z kominkami, weranda przy ogrodzie, skąd można dostrzec w oddali ośnieżone szczyty Mount Kenya. The Outspan to nie tylko wygodny klub golfowy i hotel, ale też punkt wyjściowy i recepcja Treetops. Tam właśnie udawaliśmy się żeby spędzić wieczór. To miało być nasze pierwsze spotkanie z dzikimi zwierzętami Afryki. Treetops, jak można się trochę domyślić z nazwy znajduje się poza wierzchołkami drzew. Jak można przeczytać w przewodnikach Treetops to jedno z najsłynniejszych na świecie miejsc widokowych - tzw. game viewing lodge, do podglądania zwierzyny w ich naturalnym środowisku. Część drogi z klubu golfowego, około 10mil, przebyliśmy samochodami a potem już wewnątrz parku narodowego szliśmy pieszo w otoczeniu przewodników z naładowanymi sztucerami. Wyszliśmy z niezbyt gęstego lasku i przez niskie suche krzaki ujrzeliśmy miejsce naszego noclegu. Treetops to drewniana budowla wzniesiona na palach na dużej otwartej przestrzeni przy sadzawce i solance. Codziennie, zazwyczaj wieczorem i w nocy do wodopoju schodzą się dzikie zwierzęta z okolicznej sawanny. Budynek jest maksymalnie wtopiony w otoczenie, jeżeli to wogóle możliwe. Obity jest starymi spękanymi dechami, wypłowiałymi od słońca i z zewnątrz sprawia wrażenie rudery. Jest to jednak duża solidna budowla, mieści 50 podwójnych pokoi hotelowych, jadalnie, bar i 4 pokłady widokowe, oraz platformę widokową na dachu. W środku jest dość ciasno, ale klimat jest niepowtarzalny. Turysta czuje się jak rasowy podróżnik, myśliwy krwawy czy tylko z aparatem fotograficznym w ręku. Warto wspomnieć, że park Aberdare jest położony na wyżynie a sam hotel Treetops znajduje sie na wysokości 1966 metrów n.p.m. Pod wieczór zaczęły schodzić się zwierzęta, najpierw takie najbardziej popularne jak różnego rodzaju antylopy, bawoły, sarny, buszboki. Potem pojawił się guziec, czyli dzika afrykańska świnia. Wzbudziła poruszenie w naszej grupie Polaków, ponieważ akurat na dniach miał miejsce w Warszawie przypadek, że z zoo uciekł właśnie guziec i się ukrywał podobno w puszczy kampinoskiej. Cała Polska kibicowała biednej świni, że wybrała wolność i trzymała kciuki, żeby nie dała się złapać. W międzyczasie zjedliśmy kolację w jadalni, przez podłogę której wychodziły drzewa i znikały w suficie. Jadalnia była wąska, siedziało się na ławach, zupełnie jak w naszych schroniskach w górach. Tylko jedzenie było zgoła inne. Kiedy zapadła noc, zapalono reflektory oświetlające solankę i ludzie zasiedli na tarasach owinięci w koce z lornetkami w ręku i szklaneczką czegoś mocniejszego w drugiej. Dla zmęczonych była opcja, że kładli się spać a jeżeli tylko pojawiała się jakieś ciekawe zwierzę przy solance, brzęczyk przy łożku ich o tym informował. Tej nocy przyszedł jeszcze do wodopoju nosorożec a na koniec rodzina słoni. Wszystko w absolutnej ciszy. Nieustannie towarzyszyły nam olbrzymie ptaki marabuty, które obsiadły wszystkie dachy Treetops i olbrzymimi dziobami stukały w drewno. Był tez obowiązkowo szaman, dziko wymalowany i w futrzanym nakryciu głowy z grzywy lwa, pozował do zdjęć. Ciekawostką jest, że własnie w Treetops w lutym 1952r. przebywała na safari Elżbieta II, do której dotarły wieści o śmierci jej ojca króla Jerzego VI i powróciła do Anglii aby zostać królową. Treetops to niezapomniane miejsce, żeby spędzić noc w sercu afrykańskiego buszu. Następnego dnia po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę na północ kraju w stronę miasta Nyahururu. Po części dlatego, że musieliśmy objechać wyżynę Aberdare ale również dlatego żeby postawić jedną nogę na półkuli północnej a drugą na południowej. Kilkanaście bowiem kilometrów przed Nyahururu przebiega równik. Zatrzymaliśmy się w jakiejś miejscowości, której nazwy nie pamiętam. Wielki znak informował - Jambo, jesteś na równiku, na wysokości 692 metry n.p.m. Sympatyczny murzyn w ogrodniczkach zademonstrował oczywiście kilka sztuczek związanych z tym faktem. Czyli np. przelewanie wody przez lejek, na jednej pólkuli woda kręci się prawostronnie spływajac w dół, na drugiej lewostronnie, jest to tzw. oddziaływanie siły Coriolisa. Podobno, bo trudno mi w to uwierzyć, ale zobaczyć znaczy uwierzyć, prawda? No wiec to widziałem na własne oczy. W samym mieście Nyahururu się nie zatrzymywaliśmy, zrobiliśmy to natomiast na przedmieściach przy wodospadach Thomson przy rzece Ole Ngare Naro. To kolejny tzw. lodge, których jest dużo w Kenii i Tanzanii, czyli hotel w buszu, bądź nad jeziorem, wygodny, elegancki, zazwyczaj zlokalizowany przy parkach narodowych. Nyahuru Lodge, oczywiście zbudowany został przez angielskich kolonizatorów w latach 30tych XXwieku. My zrobiliśmy sobie zdjęcie przy wodospadzie, który znajduje się na wysokości 2377 m. n.p.m. Jak wysoki jest sam wodospad Thomson, nie wiem, ale tak na oko niezbyt wysoki, może kilkadziesiąt metrów. Atrakcją było zrobienie sobie zdjęcia z kameleonem. Wziałem taką małą jaszczurkę na kijku, ale nijak nie chciała się upodobnić kolorem do mojego różowego t-shirtu. Kolejną atrakcją była grupa wojowników w strojach iście bojowych. Wysmarowani byli sadzą i farbami a ich pióropusze i skórzane odzienie robiły niesamowite wrażenie. Dostałem do potrzymania włócznię i tarczę i od razu zapragnąłem też takie posiadać. Taki komplet wisi dziś u mnie w domu, choć mało brakowało a robaki by mi go zjadły. Kilka tygodni po przywiezieniu do Polski patrzę na skórzaną tarczę z frędzelkami a tam aż się roi od robactwa i much, które wyjadają naturalne włosie. Musiałem wszystko umyć detergentami i spryskać lakierem bezbarwnym w sprayu żeby uratowac pamiątki. Pamiętam że kolega z wycieczki kupił sobie jeszcze większą dzidę i mimo, że to się odbywało jeszcze przez zamachami terrorystycznymi 11września i regulacje bezpieczeństwa na lotniskach były dużo bardziej liberalne, to tylko postukali sie w głowy jak chciał zabrac tą dzidę na pokład samolotu. Nawet mimo tego, że przekonywał dziewczyny z check-inu, że jest wielkim łowcą i zabojcą lwów. A może właśnie dlatego... Z wododspadów Thomson zapamiętałem jeszcze gromadkę dzieci na wycieczce szkolnej. Ładnie ubrane w pasiaste mundurki, schludne, czyste. Jakiż kontrast w stosunku do wiosek, które mijaliśmy po drodze i widzieliśmy biedne, brudne dzieci wałęsające się bez celu po ulicach. Ruszyliśmy w dalszą drogę w stronę jeziora Nakuru. Po drodze nad jezioro zatrzymaliśmy się przy plantacji herbaty. Wśród falujących pól herbacianych krzewów, soczyście zielonych, poruszały się czarne głowy zbieraczy, z olbrzymimi plecionymi koszami na plecach, do których wrzucali listki. Kenia słynie z plantacji kawy i plantacji herbaty. To jedno z jej niewielu znanych na całym świecie towarów eksportowych. Zapowiadał się długi dzień a to było dopiero południe. Przed bramą wjazdową do Parku Narodowego Lake Nakuru zatrzymaliśmy się żeby kupić bilety i dopełnić formalności. Pozowałem do zdjęć na tle czaszki bawoła z zakupioną chwilę przedtem w przydrożnym sklepie włócznią i tarczą, używaną i pobrudzoną a nie jakąś nowiutką sztuką made in china. Zanim ruszyliśmy na safari, zatrzymaliśmy się na drinka i zwiedzanie w Sarova Lion hill Lodge. Hotel składa sie z kilkudziesięciu wygodnych domków rozrzuconych na wzgórzu z pięknym widokiem na jezioro. Należy pamietać, że jest to teren parku, więc dzikie zwierzęta swobodnie poruszają się po okolicy i siłą rzeczy cały kompleks jest otoczony ogrodzeniem i chroniony przez uzbrojonych strażników. Jak powiedział nam dyrektor Lion Hill Lodge, w roku poprzedzającym nasz przyjazd wakacje w tym miejscu spędzał nasz prezydent Lech Wałęsa. Przywitał nas tańczący zespół mężczyzn i kobiet przybranych w folklorystyczne stroje, posługujący się długimi bębnami zawieszonymi na ramieniu i fujarkami w kształcie dmuchawek. Mogliśmy podziwiać dzikie pląsy bardzo ładnych, zgrabnych murzynek. I po poczęstunku załadowaliśmy się ponownie do naszych samochodów, sześć osób do jednego i sześć do drugiego. Były to busiki z przystosowanym odkrytym dachem, który unosił się do góry na wspornikach i dawał schronienie w razie deszczu. W czasie jazdy mogło stać w samochodzie kilka osób i swobodnie fotografować zwierzęta. A w parku Nakuru było ich w bród. Najpierw napotkaliśmy na drodze małpy. Nie potrafię napisać jakie, nie znam się na tym, miały jasne futerko, czarne pyski i ...seledynowe jądra. Niezwykłe połączenie kolorów. Potem napotkaliśmy stado małp mandryli. Były jednak szare, więc to pewnie były samiczki a nie piękne kolorowe samce, takie jak czarownik z Króla Lwa. Mimo, że parki narodowe to w zasadzie bezkresne przestrzenie to jednak samochody poruszają się drogami, z czasem wytyczonymi przez koła samochodów terenowych. Zbliżaliśmy się do jeziora. Mijaliśmy wielkie stada czerwono brązowych antylop. Były tam impale, gazele, adaksy i antylopy kudu. Samce z pięknymi czarnymi rogami sterczącymi w góre jak szpady. Na polanach przy samej wodzie pasły się bawoły z zakręconymi do środka rogami. No i stada zebr, pasących się w zagajnikach. Wszystkie te zwierzęta nie będąc dla siebie zagrożeniem pasły się jedne obok drugich. Wyglądało to jak jedno wielkie zoo, gdzie zgromadzono dziesiątki rodzajów zwierząt żeby się pasły obok siebie. Można było podjechać do nich na odległość kilkunastu metrów i nie uciekały. W zaroślach napotkaliśmy naraz nosorożca. W takich sytuacjach kierowca zazwyczaj zatrzymywał samochód i w ciszy pozwalaliśmy zwierzęciu przejść. Nosorożców spotkaliśmy jeszcze po drodze kilka. Najczęściej z charakterystycznym małym ptaszkiem, który żyje w symbiozie z tym wielkim zwierzem, siedzi mu na plecach i żywi się robakami i owadami które fruną do nozorożca. Dojechaliśmy wreszcie nad wodę. Jezioro Nakuru zwane jest tez różowym jeziorem a to z uwagi na tysiące różowych flamingów, które zamieszkują ten akwen wodny. Kiedy olbrzymie stado kilku tysięcy sztuk flamingów usiądzie na wodzie to z oddali wydaje się jakby to był różowy, mieniący się dywan. Było tez dużo innego ptactwa, przede wszystkim białych czapli. W parku narodowym Nakuru widzieliśmy tego popołudnia jeszcze duże żółwie o średnicy conajmniej metra, żyrafy i co najważniejsze zobaczyliśmy lwa. Samiec z wielką grzywą wyszedł na chwilę z szuwarów, majestatycznym krokiem przeszedł się w odległości kilkudziesięciu metrów od naszych samochodów i położył w trawie. Największe jednak wrażenie robiły stada bawołów afrykańskich, wielkich zwierząt, ważących po 600-700kg, które poruszały się powoli skubiąc trawę. Wokół nich poruszały się białe ptaszki. Stada bawołów z oddali, zwłaszcza w ruchu, przypominały sceny przebiegu bizonów z amerykańskich westernów. Wrażeń było co niemiara. Opuściliśmy Park Narodowy Nakuru i ruszyliśmy w drogę powrotną do Nairobi. Jeszcze tylko po drodze krótki przystanek w punkcie widokowym, ponieważ jechaliśmy wzdłuż Wielkiego Rowu Afrykańskiego. Punkt widokowy na Great Rift Valley mieścił się na wysokości 652m. n.p.m. a przed naszymi oczami rozpościerała się olbrzymia dolina. Kilkadziesiąt kilometrów dalej teren znów się unosił. Jak okiem sięgnąć w lewo i w prawo ciągnęła się zielona sawanna. Na wieczór powróciliśmy do hotelu Stanley w Nairobi. A nie był to jeszcze koniec atrakcji na ten dzień. Czekała nas kolacja w słynnej restauracji Carnivore w Nairobi, słynącej z podawania do jedzenia mięs dzikich zwierzat z rusztu. I rzeczywiście miejsce jest niezwykłe. Niemniej jednak wegetarianie oraz miłośnicy zwierząt nie mają tam czego szukać. Restauracja położona jest w ogrodzie i siedzi się na świeżym powietrzu. Powietrzu przesyconym zapachem węgla i pieczonego mięsa. Na początek powitał nas wielki, gruby murzyn o uśmiechniętej od ucha do ucha gębie serwujący bardzo popularny drink kenijski - Dawa. Przepis jest bardzo prosty. Do szklanki wrzucamy kruszony lód, ćwiartki limonek, miód i wlewamy wódkę. Wszystko mieszamy energicznie. Na upalny wieczór, przed kolacją nie ma nic lepszego. Zapomniałem powiedzieć, że restauracja jest typu all you can eat. No i zaczęło się. Pośrodku stołu stała taka piramidka z różnymi sosami do mięs a na szczycie była flaga. Otóż dopóki stała, kelnerzy co jakiś czas podchodzili i zsuwali na talerze ze szpad mięso z rusztu. Jeśli flagę położyło się na boku oznaczało to chwilową przerwę a kiedy już się miało serdecznie dosyć należało flagę wyjąć z podstawki i położyć obok. Oznaczało to kapitulację. I my oczywiście skapitulowaliśmy, ale dopiero jak spróbowaliśmy wszystkiego co kuchnia dała. A było mięso tradycyjnie na poczatek z kurczaka, wieprzowe, wołowe, jakieś kiełbaski, potem coraz bardziej egzotycznie, mięso ze strusia i z zebry. Przy kolejnej dokładce mięso z antylopy, z bawoła i na finał z krokodyla. Koszt kolacji wynosił wtedy około 30USD. Jak można wyczytać restauracja Carnivore jest uznawana przez różne kulinarne autorytety jako jedna z 50 najlepszych restauracji na świecie. Zeby przyjemnie zakończyć wieczór, wstaliśmy od stołów i przeszliśmy zaledwie kilkanaście metrów dalej przez ogród żeby znaleźć się na dyskotece. Był środek nocy pod rozgwieżdżonym niebem Nairobi a my tanczyliśmy wśród pięknych kenijskich dziewczyn, błyskających w mroku szerokimi uśmiechami i ruszających biodrami jak księżniczki z tysiąca i jednej nocy. Niezapomnianie chwile. Następnego ranka znowu wsiedliśmy do naszych autobusików i ruszyliśmy w drogę na zachód, w kierunku Tanzanii. Naszym celem był Park Narodowy Masai Mara. Droga asfaltowa wiła się sennie wzdłuż afrykańskiej sawanny porośniętej drobnym krzaczkami. Co jakiś czas pojawiało się pojedyńcze drzewo i nic więcej jeśli chodzi o urozmaicenie roślinności. Szosa była pusta. W pewnym momencie minęła nas niebieska Subaru Impreza i z pięknym pomrukiem silnika pomknęła dalej. Jak ja zazdrościłem temu kierowcy wtedy jazdy w takich warunkach. Po kilku godzinach drogi zaczęło pojawiać się coraz więcej stad kóz i krów po obu stronach drogi, wypasanych przez szczupłych długonogich chłopców ubranych w czerwone stroje. Byliśmy na terytorium Masajów. W pewnym momencie zjechaliśmy z głównej drogi i pojechaliśmy w głąb sawanny aby zatrzymać się przy częstokole stworzonym z gałęzi, małych dzew i zaostrzonych pali. Była to wioska Masajów. Po krótkiej negocjacji z przewodnikiem i uiszczeniu zapłaty pozwolono nam wejść do środka. Wyszła nam na spotkanie większość mieszkańców. Nie mam pewności czy oni tu mieszkali na stałe, czy tylko służą jako atrakcja turystyczna. Wioska wyglądałą na zamieszkałą, przy wejściu jedna starowinka właśnie budowała ścianę domu. Na rusztowanie z gałęzi posplatanych razem, nakładałą masę z gliny i łajna krowiego i klepiąc rękami formowała płaską scianę. Otoczyły nas dzieci i matki z małymi na rękach i porobiliśmy sobie zdjęcia pod drzewem rosnącym pośrodku wioski. Mężczyźni trzymali się osobno. Wiadomo, oni są stworzeni do polowań a kobiety do codziennej pracy. Trzeba przyznać, że wszyscy byli ubrani niezwykle kolorowo, z dominującym i wszechobecnym kolorem czerownym pod każdą postacią, ale były u kobiet i jaskrawo żółte chusty i niebieskie bluzki. Do tego korale i całe naręcza kolorowych bransoletek. Mężczyżni występowali np. w czerwonej tunice przepasanej kolorowym paskiem, materiał np. szkocka krata jak u nas popularne swego czasu koszule flanelowe, do tego na nogach klapki typu japonki a na ręku plastykowy japoński zegarek elektroniczny Seiko. Cywilizacja dotarła tu już dawno. Zartowaliśmy sobie, że Masajowie za pieniądze uzyskiwane od turystów pewnie wygodnie mieszkają sobie w jakimś miasteczku w domach, a do wioski przyjeżdżają jak do pracy codziennie rano. W sumie nic nie wiadomo. Zaproszono nas do jednej z chat i weszliśmy do małej chatynki zbudowanej z gliny i łajna. Śmierdziało okropnie. Siedzieliśmy w kilkanaście osób wewnątrz a przywódca przy pomocy przewodnika opowiadał, że Masajowie trudnią się wypasem krów. Krowa daje mleko, daje ciepło, daje mięso i daje krew. Jest zatem największym skarbem Masajów. Największym zagrożeniem są lwy i dlatego Masajowie uzbrojeni we włócznie i tarcze muszą pilnować stad. Napojem, który daje im siłę jest mieszanina krwi upuszczonej z szyi krowy i jej mleko. I tak jak mówił zmieszał w bulwiastej tykwie ciepłą jeszcze krew z mlekiem i zaproponował czy ktoś z nas nie chciałby spróbować. Przyznam , że lekko się wzdrygnąłem. Nikt nie dał się namówić na poczestunek i czym prędzej wynieśliśmy się z chaty. Potem jeszcze było szybkie przedstawienie, jak mężczyźni rozpalają ogień przy pomocy patyków i mogliśmy sie pożegnać i pojechać w dalszą drogę. W busie dla odkażenia wypiliśmy szybko butelkę whisky. Jak wspominałem na początku, w obawie przed ugryzieniem komara i malarią brałem lek o nazwie Lariam. Takie było zresztą zalecenie dla uczestników wyjazdu. Niemniej jednak nie wszyscy się zastosowali, lecz stosowali swoje własne lekarstwo. Codziennie w samochodzie krążyła butelka whisky, dzięki czemu i odstraszaliśmy komary i poprawialiśmy sobie humor. Dojechaliśmy do bramy wjazdowej, załatwiliśmy formalności z władzami rezerwatu i oto byliśmy w Parku Narodowym Masai Mara, który leży na granicy z Tanzanią, gdzie przechodzi w Park Narodowy Serengeti. To największe skupisko dzikich zwierząt żyjących na wolności we wschodniej Afryce. Najpierw pojechaliśmy się rozlokować w miejscu naszego noclegu do Sarova Mara Camp. Jest to obóz wewnątrz rezerwatu otoczony drewnianą palisadą, chroniącą przed niezapowiedzianymi wizytami zwierząt, w którym śpi się w namiotach. Nie, nie chodzi o chińskie dwójki. Wyglądało to mniej więcej tak, betonowa wylewka a na niej duży namiot z zielonego ciężkiego nieprzemakalnego brezentu. W ścianach namiotu wklejone okna z przezroczystej folii. W środku przestrzennie, wygodnie, dwa wygodne, normalne łóżka, stoliki nocne, skrzynie na bagaże i ubrania, dywan. Z tyłu namiotu wymurowana łazienka z prysznicem i umywalką. Ciepła woda, elektryka, jednym słowem luksus na safari pełną gębą. Z frontu namiotu mieliśmy werandę wykładaną kamieniami, z wygodnymi fotelami. Takich namiotów 2-osobowych na terenie obozu było 75. Główny murowany, obkładany kamieniami budynek mieścił recepcję i jadalnię, wysoką z pięknym drewnianym dachem. Na terenie ośrodka był nawet basen, ale nie mieliśmy okazji z niego skorzystać. Między namiotami biegły schludne ścieżki, teren był zarośnięty krzakami, z pomiędzy których dochodziły odgłosy ptaków. Zostawiliśmy bagaże w namiotach i od razu pojechaliśmy na popołudniowe safari. Jak już wspomniałem Masai Mara to najbogatszy w faunę rezerwat w Kenii. Nie jest to jednak największy rezerwat Kenii, ma obszar 1510 km2 a największy pod względem wielkości jest rezerwat Tsavo o powierzchni 20800km2. W Masai Mara można spotkać większość dzikich zwierzat w tym Wielką Piątkę Afryki czyli pięć najbardziej niebezpiecznych i najtrudniejszych do upolowania zwierząt. My widzieliśmy dotychczas cztery z nich, czyli lwa, słonia afrykańskiego, bawoła afrykańskiego i nosorożca. Brakowało nam do kolekcji lamparta. Zaraz po wyjeżdzie z obozu przywitało nas stado żyraf. Podchodziły bardzo blisko samochodów zaglądając z góry przez otwarty dach. Kilkanaście minut drogi dalej i trafiliśmy na stado lwów. Było ich około 8miu, same samice. Staliśmy od nich może z 10 metrów a one spokojnie wylegiwały się w suchej trawie nic sobie nie robiąc z naszej obecności. Charakterystycznym elementem krajobrazu sawanny w Masai Mara były często spotykane rozłożyste akacje, wśród których kręciły się stadka słoni oraz rzadziej widywane baobaby. Widzieliśmy tego popołudnia jeszcze strusie, hieny, zebry, oczywiście pełno wszechobecnych gazeli i antylop gnu aż w końcu udało nam się również spotkać lamparta. Nie wiem czy nie przeszkodziliśmy mu w polowaniu, ponieważ leżał za kępą krzewów, podczas gdy w oddali pasły sie nie przeczuwające niebezpieczeństwa zebry. Wracaliśmy do Sarova Mara Camp po zapadnięciu zmroku. Słońce dugo zachodziło za linią horyzontu, niebo nad sawanną afrykańską przybierało odcienie żółci, pomarańczy w końcu czerwieni i fioletu. W obozie zjedliśmy znakomitą kolację a`la bufet i usiedliśmy w ogrodzie ze szklaneczkami rudej na myszach żeby powspominać wrażenia z minionego dnia. Zupełnie nieoczekiwanie podeszła do nas kobieta, turystka z jednego z namiotów i przemówiła do nas po polsku. Okazało się , że jest tu na wakacjach z mężem, obcokrajowcem a mieszkają na stałe w Szwajcarii. I tak na końcu świata, na granicy Kenii z Tanzanią dane nam było spotkać rodaczkę. Noc minęła spokojnie mimo różnych dziwnych odgłosów dochodzących gdzieś z oddali, zza palisady. Słychać było co pewien czas kroki strażników obchodzących obóz i porykiwania drapieżników. Rano zerwaliśmy się skoro świt. Serio, ledwo co się rozwidniło a już byliśmy na nogach i bez śniadania zapakowaliśmy się do samochodów i ponownie ruszyliśmy na step na poranne safari. Był to poranek pełen niespodzianek. Kiedy leniwym i znudzonym a w zasadzie niedospanym wzrokiem patrzyliśmy na kolejne mijane stada antylop i żyraf naraz samochody zatrzymały się na polanie. Nie byliśmy sami. Stał tam duży podłużny namiot i dwa stoły z pełnym nakryciem. Wysiedliśmy pod czujnym okiem strażników uzbrojonych w sztucery. Czekało dla nas śniadanie, podane elegancko, na gorąco jak w dobrym hotelu, z tą różnica że siedzieliśmy pośrodku sawanny w rezerwacie Masai Mara. Kelnerzy podali szampana w kieliszkach a potem wzięliśmy się za jajecznicę i smażony bekon. To jeszcze nie koniec atrakcji. Kiedy już zjedliśmy i popiliśmy i zaczęliśmy rozprostowywać kości naraz dały się słyszeć pokrzykiwania. Zza odległych krzaków wyskoczyła grupa dziesięciu Masajów, wysokich , chudych mężczyzn obowiązkowo ubranych w czerwone tuniki. Mieli w dłoniach kijki, którymi uderzali o inne kijki tworząc harmider. Coś pokrzykiwali. Odtańczyli jakiś swój taniec rytualny, poczym ustawili się w rządku i rozpoczęli popisy skoków w górę. To ulubiony numer tego plemienia. Szczycą się tym, że potrafią bardzo wysoko wybić się w górę skacząc z miejsca. I tak przez kilka minut meżczyźni przy okrzykach zachęty swoich współtowarzyszy skakali pionowo w górę. I to był koniec atrakcji w Masai Mara. Wróciliśmy do obozu i przed południem ruszylismy w drogę do Nairobi. Popołudniu zaś, samolotem Kenya Airways polecieliśmy do Mombasy, portowego miasta nad Oceanem Indyjskim. Czekał tu na nas zasłużony wypoczynek, piękne białe plaże i wygodne hotele. Samo miasto Mombasa widzieliśmy tylko przejazdem z okien mikrobusu oraz podczas krótkiej wycieczki po starówce. Nie bardzo więc mogę powiedzieć coś więcej, ot zatłoczone, ruchliwe, afrykańskie miasto. Mombasa żyje z turystyki. Posiada piękną linię brzegową, wzdłuż której rozlokowały się hotele. W Mombasie lądują codziennie samoloty czarterowe zwożące tysiące turystów. My mieszkaliśmy na początku na północ od miasta, w hotelu Whitesands, jednym z największych w Mombasie, pięć basenów, pięć restauracji. Cóż mogę więcej napisać niż to, że było przyjemnie. Nasz kontrahent postanowił kolejnego dnia zaprosić nas na niezwykły wieczór do pływającej restauracji Tamarind Dhow. Mombasa słynie z tej atrakcji. Dojeżdza się do przystani, gdzie jest swego rodzaju recepcja, gdzie pije się aperitif i czeka na wypłynięcie statku. Wtedy kiedy ja miałem przyjemność być w Kenii, statków Tamarind Dhow było dwa, "Nawalilkher" oraz "Babulkheri". Oryginalnie były to statki handlowe, żaglowe z charakterystycznym trójkątnym żaglem i drewnianym kadłubem. Po przeróbkach służą jako pływające restauracje specjalizujące sie w owocach morza z rusztu. Wszystko odbywa się w sposób niezwykle elegancki, są kelnerzy, menu, gra kapela, po kolacji można potańczyć na pokładzie. Statek odbija od brzegu, płynie wzdłuż linii brzegowej, gdzie można podziwiać podświetlone mury starego miasta i fortu Jesus. Jedzenie jest pyszne. Tak przynajmniej twierdzili pozostali uczestnicy naszej wycieczki pałaszujący homary wielkie jak kury i krewetki królewskie wielkie jak moje dłonie. Ja niestety nie wspominam tego rejsu szcześliwie. Zatrułem się czymś w południe i akurat jak weszliśmy na pokład żołądek zaczął mi dokuczać. Do tego dołączyło się kołysanie statku i zapach grillowanych owoców morza. Byłem jak nieżywy i tylko latałem do ciasnego kibla pod pokładem. Podczas gdy inni się świetnie bawili ja leżałem z mokrym ręcznikiem na głowie. Całe szczęście, że następnego dnia przeszło mi jak ręką odjął. Na ostatnie dwa dni pobytu w Kenii pojechaliśmy na południe Mombasy do hotelu Safari Beach. Podobał mi sie zdecydowanie bardziej od poprzedniego, ponieważ mieszkało się w okrągłych bielonych domkach ulokowanych w ogrodzie. Domki były dwupiętrowe, jeden apartament u góry i jeden na parterze. Reszta pobytu minęła nam na błogim nic nierobieniu, opalaniu się nad basenem. Co prawda woda była gorąca jak zupa, ale przynajmniej czysta, czego nie da się powiedzieć o wodzie w oceanie, która była pełna wodorostów. Pożegnalną kolację mieliśmy zorganizowaną właśnie w tym hotelu w osobnej sali gdzie czułem się jak na przyjęciu królewskim. Za każdym z nas siedzących przy stole stał z tyłu kelner i na każde skinienie głowy rzucał się żeby cos podać. Strasznie krępujące. Były homary z grilla i tym razem byłem w pełni sił i z spałaszowałem je z wielkim smakiem. Kenia bardzo mi się spodobała i wiem, że chciałbym kiedyś pojechać w podobne miejsce, gdzie z jednej strony można poobcować z naturą i zajrzec dzikim zwierzętom w ślepia a potem zrelaksować się na piaszczystej plaży w wygodnym hotelu. Po cichu marzy mi się wyprawa do Tanzanii i parku Serengeti a potem tydzień na Zanzibarze.