Vancouver

Whistler

Jasper

Banff

Calgary

Kanada - wrzesień 2009

spisane z bloga, pisanego podczas podróży http://www.dosmartines.blogspot.com

Vancouver - miasto marzenie
Przybiliśmy do portu w Vancouver rano o siódmej. Statek wchodził do portu o brzasku i mogliśmy podziwiać podświetlony jeszcze skyline. Miasto jest piękne. Pogodę mamy piękną. Na lotnisku odebraliśmy samochód a ponieważ byliśmy wcześniej nie mieli dla nas gotowego wozu i dali nam upgrade do wyższej klasy. Jest to limuzyna, Chevrolet Impala, silnik V6 - 3,5l która sunie po szosie niczym krążownik. Przy ustawianiu lusterka wstecznego coś nacisnąłem i włączył się telefon i zaczął nas z kimś łączyć. High-tech Ameryka a my bidacy z Polski musimy się z tą techniką teraz zmierzyć. Leżymy sobie teraz przy fontannie na deptaku przy Canada Place pod 28 piętrowym wieżowcem The Vancouver Sun. Przed nami rozpościera się port a w nim cumuje nasz statek Coral Princess. O 4-tej wypływa w swoją dalszą drogę do Los Angeles. Dotrze tam za 3 dni, my tez tam będziemy ale za jakieś 8 dni. Słońce grzeje, turyści i lokale kręcą się leniwie, robią sobie zdjęcia, piją kawę, jedzą lunch, opalają się. Zewsząd dochodzą do naszych uszu języki całego świata, pełno chińczyków, hindusów, włochów... Istna wieża Babel. Miasto jest w budowie, widocznie trwają ostatnie przygotowania do Olimpiady zimowej w 2010r. Przebudowywana jest główna ulica Granville, przy której między innymi jest nasz hotel, a która przecina downtown w połowie i biegnie do portu, do Canada Place. Co się rzuca w oczy po zejściu ze statku to brak ludzi otyłych oraz starszych. Dominuje młodzież wszelkich ras, bardzo dużo jest azjatów. Dziewczyny o skośnych oczach przepiękne. Do tego jest ciepło, więc chodzą w mini spódniczkach i kozakach po kolana... Vancouver we wszystkich swoich aspektach jest piękne ;-) Kilka godzin po południu spędziliśmy w Stanley Park, kilkudziesięciu hektarowym obszarze zieleni zaraz przy downtown. Genialne miejsce, lasy, parki, ogrody kwiatowe, poprzeplatane ścieżkami rowerowymi, chodnikami i uliczkami. Z jednej strony cypla jest widok na zatokę i most Lions Gate z drugiej na lśniące wieżowce z mariną z jachtami u ich stóp. Można było spędzić tu cały dzień. W ramach rehabilitacji po wielkim żarciu zeszliżmy miasto wszerz i wzdłuż wieczorem. Po prostu azjatyckie miasto, na przystankach dziewięć na dziesięć osób ma skośne oczy, w sklepikach dominują hindusi. Zrobiliśmy pieszo chyba z trzydzieści kilometrów. Martinez stwierdził, że Vancouver to najpiękniejsze miasto jakie dotąd widział (po Stęszewie rzecz jasna) i mógłby tu zamieszkać. Zaczął nawet zbierać darmowe gazetki z ofertami pracy. Najciekawsza była oferta dla kucharza w japońskiej restauracji za 17$ za godzinę. Mycie samochodów tylko 11$. Aha dla zainteresowanych sushi jest śmiesznie tanie. Tańsze niż zjedzenie burgera w fastfoodzie i jest tego pełno. Mnie to wogóle nie rusza, ale widzę poruszenie z tego powodu u Martineza. Nie skorzystaliśmy jednak z japońskiej kuchni na kolację, choć pozostaliśmy w kręgu smaków orientalnych. Poszliśmy kilka przecznic od naszego hotelu w stronę dzielnicy West End, gdzie całe ulice składaja się z małych knajpek, barów i restauracji, niektórych tak obleganych, że kolejki czekały na ulicy. Jest już ranek następnego dnia, robi się jasno, trzeba wstawać i jechać dalej...

olimpiada 2010
W naszej nieustajacej podróży po obiektach olimpijskich 2010 z ramienia HTMA (High Tatra Mountain Association) dotarliśmy piękną 110km szosą nad oceanem do miasteczka Whistler. Jest to górski kurort narciarski, który wspólnie z Vancouver będzie gospodarzem Olimpiady w lutym 2010r. Miasteczko jest cudowne, Martinez twierdzi, że jak podobne w Austrii i Włoszech, ale ponieważ nie jeżdżę na nartach i do takich miejsc to nie mam porównania. W każdym bądź razie jestem pod wielkim urokiem tego miejsca. Zgodnie z tradycją naszych wyjazdów zaliczyliśmy już pierwszy mandat za parkowanie bez pozwolenia. Szybko jednak pojechaliśmy na komisariat konnej policji kanadyjskiej (nie widziałem tu żadnego konia) i uprosiliśmy żeby nam darowano karę. Z sukcesem ;-) Wcześniej tego dnia chodziliśmy trochę po drzewach w Capilano Park, który jest słynny z tzw. Suspension Bridge. Jest to drewniany most na stalowych linach, długości 150m. rozwieszony na wysokości 80 metrów. W dole przepływa górska rzeka. W parku jest wiele kładek porozwieszanych na drzewach, świetna atrakcja dla małych chłopców... no i dla nas. W Kanadzie się wszędzie płaci za parkingi, gdziekolwiek się nie zatrzymamy, żeby coś zobaczyć, zawsze stoi automat, gdzie trzeba wrzucić pieniążek i wsadzić papierek za okno. Wszędzie też widujemy ostrzeżenia przed złodziejami, zwłaszcza samochodów. Dziwne, bo czujemy się w miarę bezpiecznie. Chociaż wczoraj wieczorem w Vancouver wałęsając się po mieście zaszliśmy do jakiejś nieciekawej dzielnicy i naraz weszliśmy w zaułek, gdzie stało około trzydziestu chłopa, w basebolówkach, kapturach coś popalając i z nudów kopiąc ściany. Starając się nie sprowokować zaczepki przeszliśmy szybko obok i czym prędzej udaliśmy się w stronę cywilizacji. W Whistler słońce świeci jak w pełni lata. Chodzimy w t-shirtach, Martinez w klapkach, ja się męczę w adidasach. Mamy hotelik z basenem zewnętrznym i nie omieszkaliśmy się wykąpać i poopalać. Wierzę, że w Polsce jest równie ładna pogoda. Zaczęły się pojawiać już trochę pożółkłe drzewa a nawet czerwone, ale narazie jak na lekarstwo. Naprawdę, spodziewałem się czegoś innego...

Robi się bardziej żółto i jesteśmy w Jasper
O wczorajszym dniu nie da się nic ciekawego powiedzieć, oprócz tego że byliśmy w trasie. Mieliśmy dojechać z Whistler do Kamloops, ale po dojechaniu na miejsce nie spodobało nam się i ruszyliśmy dalej. Okolice Kamloops w ogóle przypominają pustynię. Brak drzew a porastające zbocza gór nieliczne krzewy były wyschnięte i brązowe. Nieliczne zielone pola jakie mijaliśmy były sztucznie nawadniane. Bardzo nieciekawa i nudna okolica. Fajne miejsce do którego specjalnie nadrobiliśmy kilkadziesiąt kilometrów drogi to miejsce połączenia dwóch dużych rzek Fraser i Thomson. Ta pierwsza jest mętna i brązowa, ta druga przezroczysta i niebieska. W miejscowości Lynton koryta rzek łączą się w jedną. Potem pojechaliśmy do Clearwater ale znowu bez zachwytów, więc ruszyliśmy dalej. Chcieliśmy skorzystać z river safari, czyli przejażdżki łodzią motorową wzdłuż rzeki w poszukiwaniu niedźwiedzi. Ponoć najlepsze miejsce w okręgu 100 km. W książce gości było pełno wpisów zachwyconych gości, ale właśnie z łodzi wysiadło dwoje Niemców. Okazało się że jedyne co widzieli to ślady łap na brzegu. W ogóle z tą ogólną dostępnością dzikich zwierząt to jakaś dziwna sprawa bo dziewczyna z recepcji w Jasper mowiła, że mieszka tu 3 lata i widziała niedźwiedzia jedynie dwa razy. Ale może przemieszcza się tylko między domem a miejscem pracy? A nam się poszczęściło, ale o tym za chwilę. Wczoraj zamiast zrobić 450 km przejechaliśmy łącznie ponad 800 km. Drogi są piękne, biegną u podnóży wysokich gór, wśród lasów. Im dalej w głąb lądu tym więcej żółtych drzew. W końcu ;-) Choć usłyszeliśmy, że i tak czerwonych drzew nie uświadczymy w okolicy, raz, że większość drzew tu występujących to iglaste a po drugie nawet jeśli są liściaste to klon i dąb tu nie rośnie. Polecono nam, że czerwone klony to możemy sobie obejrzeć... ale na wschodnim wybrzeżu Kanady. W czasie naszej podroży już dwukrotnie zmienialiśmy strefę czasową. Najpierw między Alaską a Vancouver a teraz między stanem British Columbia a Alberta. Tak więc rożnica między Polską zmniejszyła sie już do 8 godzin. Do Jasper zajechaliśmy wczoraj po zmroku zmachani jak psy. Poszukiwania miejsca do spania i czegoś do zjedzenia zajęło nam jeszcze godzinę. Drogo w tej Kanadzie, oj drogo i do tego jeszcze znienacka na koniec jak już człowiek myśli że ustalił cenę to jeszcze dowalą kilka taxów. Za sam wjazd na teren parku narodowego płaci się prawie 10 CAD za dzień od osoby. Czyli za sam fakt możliwości nocowania w okolicy płacimy około 180 zl. za 3 dni. Nocleg to minimum 100 CAD za noc i to też po maksymalnych obniżkach. A nie wszędzie są wolne miejsca. Zorientowaliśmy się tylko, że nie warto kupować żarcia w sklepach i samemu coś robić, bo taniej wychodzi iść do knajpy. Pogoda nas nadal rozpieszcza, jest gorąco w dzień i w nocy. Wczoraj jak szukaliśmy o 9 wieczorem hotelu, termometr na budynku wskazywał 24 stopnie. Wg. prognoz ma się to szybko zmienić w ciągu następnych 3 dni i temperatury mają spaść nawet do 0 stopni. Mamy nadzieję wtedy być już daleko stąd. Zimno było dziś tylko jak wjechaliśmy kolejką linową w Whistlers na szczyt gory w Rocky Mountains na wysokość 2270m. n.p.m Rozpościera się stamtąd piękny widok na dolinę i miasteczko Jasper. Sam szczyt góry jest skalisty, bez drzew i nie dość, że zimno to jeszcze wieje. Ale oplacało się przyjechać bo zobaczyliśmy idącego pod górę czarnego niedźwiedzia. Naczytaliśmy się dziesiątki porad o zachowaniu przy spotkaniu z misiem i teoretycznie jesteśmy przygotowani bez zarzutu. Na szczęście niedźwiedź był na tyle daleko, że nie było konieczności sprawdzenia naszej wiedzy w praktyce. Z innych zwierząt spotkaliśmy jeszcze na wolności samice karibou. Wczoraj, jak już zmierzchało zatrzymaliśmy się na poboczu żeby przeczytać tablicę informacyjną. Było tam napisane, że jest okres rozrodczy tych zwierząt i żeby uważać na samce, bo są szczególnie niebepieczne. I w tym momencie wyszły z krzaków prosto na nasz samochód cztery dorodne samice. Wzięły nas kompletnie z zaskoczenia, nie czekaliśmy aż wyłoni się za nimi samiec i potraktuje nas jako potencjalnych rywali tylko pojechaliśmy dalej. Dziś nad wodospadem Athabasca też spotkaliśmy samotnie wędrującą sarnę. Staliśmy sobie nad brzegiem jeziora na skraju lasu robiąc zdjęcia, odwracamy się a tam skubie sobie listki sarenka. Nawet nie była specjalnie płochliwa i dała sobie zrobić zdjęcie. Dopiero jak Martinez postanowił sobie zrobić sobie z nią wspólne zdjęcie uznała, że tego już za wiele i poszła w las. Wodospad Athabasca i sąsiadujące z nim stare, wyschnięte koryto rzeki jest piękne, to jedno z ładniejszych miejsc w Jasper Park. Byliśmy jeszcze tego ranka w Maligne Canyon, nad Medicine Lake i nad Maligne Lake a później w dolinie 5 stawów. Nie będę tego wszystkiego opisywał, bo się nie da, trzeba to zobaczyć. Może zdjęcia będą w stanie trochę oddać te widoki. Póki co nie mieliśmy jednak jeszcze okazji usiąść do komputera i ściągnąć zdjęcia z aparatu. Fajnie natomiast, że tak jak wspominałem, robi się coraz bardziej kolorowo. O ile lasy są iglaste, to przy szosie rosną liściaste drzewa, które pięknie zmieniają barwy na różne odcienie żółci. Choć muszę przyznać, że nasze józefowskie drzewa w niczym nie ustepują tym kanadyjskim ;-) Podoba mi się sposób zorganizowania parków na przykładzie Jasper. Można wjechać tu trzema szosami, na których płaci się myto. Za te pieniądze utrzymywane są parki. Trzeba przyznać, że są świetnie oznakowane, czysto utrzymane, z wieloma miescami do odpoczynku, do biwakowania itp. Jeśli jest jakaś atrakcja typu punkt widokowy, wodospad, to w pobliże prowadzi droga i jest parking. Oczywiście dla tych co lubią sobie pochodzić po górach są wytyczone dziesiątki tras trekingowych. Trzeba tylko zabrać ze sobą dużo gazu pieprzowego na niedźwiedzie.

Lac Louise i zjazd do Banff
Niektórzy mogą być z nas dumni bo byliśmy dziś aktywni ruchowo jak nigdy wcześniej. Opuściliśmy Jasper wcześnie rano i ruszyliśmy w drogę do Banff. Zatrzymaliśmy się przy wodospadzie Sunwapta ale było potwornie zimno. Ręce nam zgrabiały. Ale na szczęście im słońce wyżej się wznosiło, tym cieplej się robilł. Droga do Banff wiedzie tzw. Icefields Parkway czyli szosą wijącą się w dolinie wśród gór pokrytych lodowcami. Języki lodu spływające w dół do doliny to część lodowca Columbia. Organizowane są nawet wycieczki specjalnym autobusem ze specjalnymi oponami, który wjeżdża na taki lodowiec. A w południe dojechaliśmy do Lake Louise, jeziora określanego jako perły w parku narodowym Banff. Rzeczywiście można powiedzieć, że jest śliczne. Woda jest niesamowicie błękitna, ale nie przezroczysta tylko mleczna. Górują nad jeziorem dwie wysokie zadrzewione góry a między nimi trzecia główna, skalista pokryta lodowcem. Nad to jezioro ściągają setki turystów i kłębił się tam niezły tłumek jak przybiliśmy. Porwaliśmy się na wycieczkę w góry i przez 2 godziny wspinaliśmy się, żeby dotrzeć do tzw. Mirror Lake. Okazało się to małym, na wpół wyschniętym stawem pośrodku lasu wysichich sosen, z górującym nad nim skalistym wzgórzem. Ale to nie był koniec aktywności na dzisiejszy dzień. Kolejnym jeziorem wysoko w górach, do którego dojechaliśmy było Mordine Lake. Wynajęliśmy tam canoe i przez godzinkę przepłynęliśmy je w obie strony. A po południu byliśmy już w miasteczku Banff, górskim kurorcie turystycznym z deptakiem pełnym dobrych knajp, ekskluzywnych hoteli i sklepów z pamiątkami. Miasteczko założono w 1885 roku. Jest ładne, kolorowe, cukierkowe i strasznie skomercjalizowane. W poszukiwaniu miejsca na nocleg w którymś z kolejnych hoteli trafiliśmy na recepcjonistkę mówiącą ze znajomym akcentem. Po wymianie znaczących uśmiechów przeszliśmy na język polski. Joasia jest spod Krakowa i przyjechała do Kanady 2 lata temu nie znając nawet języka. Mówi, że w tej części Kanady nikt nie słyszal o światowym kryzysie, co zresztą widać na ulicach miasteczka tętniącego życiem. Dostaliśmy oczywiście dobry deal na nocleg ;-) Nie mogę się powstrzymać, żeby nie wspomnieć o jednej reklamie jaką przed chwilą widziałem w kanadyjskiej tv. To reklama Knorra, mała solniczka stoi na stole kiedy pani domu przynosi ze sklepu nowe mrożone danie Knorra, które zawiera 25% mniej sodu. Nikt już nie potrzebuje solić. Mała solniczka wychodzi z domu nikomu niepotrzebna, wieje wiatr, jest ciemno, pusta alejka, solniczka jest samotna, zaczyna padać deszcz, z dziurek solniczki imitujących oczy wypływają strumienie łez. Wzruszający słodziak z tej solniczki :-) Na kolację urodzinową mieliśmy dziś nachos z serem, pysznego steka i piliśmy piwo ze słoików w restauracji Tex-Mex. Apropos jedzenia to na plastykowej folii parówek, które na śniadanie jedliśmy gdzieś nad rzeką po drodze do Banff, napisane było - peel before you eat. Czy naprawdę są ludzie w Ameryce, którzy jedzą parówki z folią i nie czują że coś jest nie tak i trzeba im to napisać? Nadal jest u nas ciepło, w dzień bylo 24 stopni i świeciło nonstop słońce. Nieźle się opaliliśmy na kajakach. Jutro chyba zrobimy sobie jakiś wolniejszy dzień, w końcu jesteśmy na wakacjach i wypadałoby wypocząć przed powrotem do Polski. Wszystkim w kraju życzymy udanego weekendu.

omijajcie Calgary
Utknęliśmy na jeden dzien w Calgary. Co za dziura. Nawet nie wyciągnęliśmy aparatu żeby zrobić jakieś zdjęcie. Miasto jest okropne, położone na płaskim terenie, z beznadziejnym downtown wysokich, bezpłciowych budynków bez charakteru. Nie ma tu nic do zobaczenia. Jedyne co jest tu dobre to chiński bufet za 14,99$ all you can eat w centrum Chinatown. Kilka razy napełniałem talerz, zwłaszcza że za oknem rozszalała się przez chwilę burza. Wczoraj jeszcze bylismy w Banff i zwiedzaliśmy jezioro Minnewanka, górę Tunnel Mountain, byliśmy na szlaku Hoodoos skąd rozpościera się piękny widok na Bow Valley. Występują tam formacje skalne podobne do tych w Kapadocji, ale jest tego zaledwie kilka sztuk. Kiedy opuściliśmy park narodowy Banff i zbliżaliśmy się do Calgary zniknęły piękne wysokie góry, zniknęły błękitne górskie rzeki, zaczęła się płaska, brzydka, wyschnięta płaszczyzna. To będzie chyba najkrótszy wpis na blogu, bo Calgary jest nijakie i nie ma o czym pisać. Mam nadzieję, że jutro będziemy już w Vegas.

heritage park
Muszę zwrócić trochę honor Calgary. Pojechaliśmy zwiedzić olimpijski park, bo w 1988 miasto było gospodarzem zimowych igrzysk. Obiekty wyglądają na mocno zniszczone zębem czasu. Nic tu się nowego nie wydarzyło przez te ostatnie 21 lat. Za to potem pojechaliśmy do Heritage Park Historical Village przy jeziorze Glenmore. Fantastyczne miejsce. Jest to odtworzone na kilkudziesięciu hektarach, miasteczko z początku XX wieku. Tak podobno wyglądało Calgary, lub każde inne miasteczko Kanady w 1900 roku. Jest kolej, jeżdżą normalne pociągi z parowymi lokomotywami. Jest cały park kolejowy, można oglądać autentyczne 100 letnie wagony. Są odtworzone ulice z budynkami, można do nich wchodzić wszystkiego dotknąć, są farmy a także fort kolonizatorów i wioska indiańska z tipi. Można się dowiedzić jak kiedyś funkcjonowała poczta, bank, sklep, gazeta, saloon itp. Można popływac statkiem parowym po jeziorze. Wszystko zrobione z dbałością o szczegóły i autentyzm. Taki skansen historyczny a nie jakiś disneyland, choć dzieciaki bawią się tu świetnie. Rewelacyjne jest muzeum starych samochodów i wystawa dystrybutorów paliwa. Jest ich z 50 różnych modeli, kolorowych, w fantazyjnych kształtach, nigdy wcześniej nie widziałem takich okazów. Generalnie park jest fajnym miejscem pod Calgary na spędzenie całego dnia na powietrzu. Właśnie leżymy na trawce z widokiem na jeziorko i się opalamy a w oddali słychać pohukiwanie lokomotywy.

goodbye Vegas, welcome Warsaw
Na jeden dzień zatrzymaliśmy się w Las Vegas. Miałem mieszane uczucia co do tego miasta ale po jednodniowym pobycie tam doszedłem do wniosku, że to miejsce trzeba jednak zobaczyć na własne oczy. Można się spierać czy jest to totalny kicz i bezguście czy też kwintesencja światowej rozrywki. Tak czy owak jest to coś zupełnie niezwykłego. Chcąc nie chcąc patrząc na imitacje rzymskich fontann, wieży Eiffla, piramidy egipskiej, placu św. Marka w Wenecji czy wielu innych światowych atrakcji przeniesionych na kilkukilometrowy Strip w Vegas, turysta ma wrażenie, że znalazł się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w innym fantastycznym świecie. Nocą ta główna ulica rozbłyska milionami świateł i kakofonią dźwięków. Trwa nieustająca impreza i nieustający hazard w kasynach. Hotele i jedzenie jest w tym mieście bardzo tanie, ale tylko dlatego że właściciele kasyn chcą żebyście przyjechali i u nich zagrali. Nie są odosobnione widoki dziadków i babć, ktorzy z papierosem bądź szklaneczką whisky siedzą godzinami przed automatami i grają w zakłady za 1centa. Ale jak ktoś ma szczeście to można wygrać i duże pieniądze. Nam się nie poszcześciło, dlatego dziś już jesteśmy w Warszawie. Po drodze z Vegas zaliczyliśmy jeszcze Los Angeles, gdzie podziwialiśmy rezydencje w Beverly Hills, sklepy na Rodeo Drive, Kodak Theatre gdzie rozdawane są Oscary ale byliśmy i w wielkiej, pomarańczowej betonowej katedrze i przy najstarszym domu LA i bawiliśmy sie w Universal Studioes.
Powrót do domu przebiegłby bez większych komplikacji, gdyby nie fakt, że linie Delta zgubiły mi bagaż. Cały czas żywię nadzieję, że o ile nie mam szcześcia do gier hazardowych to dopisze mi ono w innych kwestiach i jednak kiedyś plecak się odnajdzie.

p.s. odnalazl się 3 dni później, cały i zdrowy... zuch plecak :-)