Flores

Tikal

Belize

Gwatemala - czerwiec 2002


Do Gwatemali dostaliśmy się z Meksyku z miejscowości Frontera Corozal przepływając łodzią rzekę Usumacinta, która stanowi naturalną granicę między Gwatemalą i Meksykiem. Poruszaliśmy sie wynajętą łódką motorową. Z opowieści ludzi spodziewałem się większych rewelacji, natomiast po drodze oprócz dżungli porastającej oba brzegi dość szerokiej rzeki nic ciekawego nie widać. Woda ma brudny odcień zieleni i podobno zamieszkują w niej krokodyle, ale nie mieliśmy okazji zobaczyć ich na własne oczy. Płynęliśmy około 30minut zanim dobiliśmy do brzegu. Gwatemala przywitała nas biednymi chatami pokrytymi liśćmi bananowca, kurami i małymi czarnymi świnkami biegającymi luźno po obejściu. Punkt graniczny umiejscowiony jest w małej wiosce Bethel, gdzie pobrano od nas stosowne opłaty za wjazd – USD10 od osoby. Poczym załadowaliśmy sie do lokalnego autobusu i ruszyliśmy w trasę do Flores. Autobus był klasą samą w sobie. Miescił około 20 osób, większość szyb była pęknieta, czemu trudno się dziwić bo droga z Bethel do Flores była szutrowa, o afalcie pewnie jeszcze tam nie słyszano. Samochód jechał około 70km/h a kamienie z drogi waliły po karoserii i szybach. Podczas tej podróży wytrzęsło nas za wszystkie czasy, podskakiwalismy jak piłeczki pingpongowe. Za to widoki za oknem były przepiękne.

Gwatemala w porównaniu z Meksykiem wydaje sie bardziej dziewicza i naturalna. Jest to dżungla, z której od czasu do czasu wyłaniają się pola uprawne, wioski i wijąca sie szara kamienista, szutrowa droga. W oddali widać potężne góry i szczyty wulkanów, spowite mgłą. Wioski, przez które przejeżdżaliśmy wyglądały jak z filmów Tony Halika. Biedne proste chatki, gdzieniegdzie domy zbite z grubych bali, wszystko kryte strzechą. Tylko przy głównej drodze domy budowane były z cegieł i pokryte tynkiem lub napisami.

W autobusie krążył przedstawiciel biura podróży z Flores, które podstawiło ten autobus i w ciagu tych kilku godzin, przez które jechaliśmy, zdołał wszystkim sprzedać to wszystko czego potrzebowali. My załatwiliśmy u niego hotel we Flores, oraz przejazd dwa dni później do Chetumal w Meksyku, za co dostaliśmy jeszcze bezpłatny przejazd następnego dnia do ruin w Tikal.

Dojechaliśmy w końcu, do jak się okazało, jednego z najbardziej urokliwych miejsc jakie widzieliśmy podczas naszej podróży. Miasteczko Flores umiejscowione jest na małej wyspie pośrodku jeziora Peten Itza. Liczy sobie zaledwie około 2200 mieszkańców i można je obejść i zwiedzić w ciągu godziny. Z lądem i najbliższym miasteczkiem Santa Elena połączone jest za pomocą długiego mostu. Flores zabudowane jest małymi domkami, z których większość to hotele, restauracje i sklepy.

Punkt centralny stanowi plac przy którym stoi Katedra de Nuestra Senora de los Remedios y San Pablo del Itza, komisariat policji, 2 czy 3 restauracje i boisko do gry w koszykówkę. Codziennie wieczorem miejscowa młodzież rogrywa mecze, które gromadzą wielu mieszkańców tego miasteczka. Razem z naszymi studentami archeologii, meksykanami, których poznaliśmy po drodze z Palenque wzięlismy sobie pokoje w dobrym hotelu Sabana w północnej części wysepki. Holenderka Sarah, którą poznaliśmy na granicy z Gwatemalą mieszkała w znacznie tańszym hotliku, za który płaciła zaledwie USD4. My za to mieliśmy zejście do jeziora, basen, klimatyzację, czyli wszystkie luksusy. Wieczorem zaś zaprosiliśmy Meksykanów i Holenderkę na piwo do miejscowej knajpki, poczym dokończyliśmy imprezkę u nas w hotelu przy jeziorze.

Rankiem następnego dnia zerwaliśmy się skoro świt, a w zasadzie była to jeszcze noc, bo na 5 rano mieliśmy zamówiony autobus do Tikal. Siedzimy w recepcji ze Zbychem przecierajac zaspane oczy, nikogo nie ma, nawet ciecia z hotelu i zaczęliśmy się zastanawiać co jest grane. Patrzymy na zegar na faksie i okazało się że w Gwatemali jest 1-godzinna róznica czasowa z Meksykiem i wstaliśmy godzinę za wcześnie. Nasze studenciaki nic nam o tym nie powiedzieli i smacznie sobie chrapali.

Z Flores do Tikal jest około 60km. Dojechaliśmy całą bandą i zjedliśmy na miejscu w knajpie śniadanie. Do jajecznicy obowiązkowo dostaliśmy fasolkę. Najedzeni i pełni zapału zaczęliśmy zwiedzanie. A jest co zwiedzać. Ruiny w Tikal rołożone są na obszarze około 30 kilometrów kwadratowych. Znajduje się tutaj ponad 3000 różnego rodzaju budowli, w tym wielkie piramidy, których wierzchołki wystają ponad powierzchnię dżungli, pałace, świątynie, place ceremonialne, boiska do gry, aleje, tarasy i łaźnie. Bardzo wiele z tych budowli nie jest jeszcze odkopanych z ziemi, o czym z blyskiem w oku poinformowali nas nasi meksykańscy przyjaciele. Tikal było największym miastem Majów ery Klasycznej. Wybudowane w 7 wieku przed narodzeniem Chrystusa przetrwało do około 10 wieku naszej ery osiągając szczyt swoich możliwości około 500r n.e. kiedy zamieszkiwału tutaj około 100000 ludzi. Było stolicą jednej z największych cywilizacji tamtych czasów.

Do dziś przetrwało w swoim naturalnym środowisku, położone głeboko w dżungli, którą nadal zamieszkują małpy, papugi, tukany i jaguary.W alejce prowadzącej do głównego placu napotkaliśmy olbrzymie kilkunastometrowej wysokości drzewo - Ceiba. Mechate gałęzie tego drzewa rosną dopiero przy samym szczycie tworząc cos na wzór parasola. Pod drzewem zobaczyliśmy małe brązowe stworzonko z długim ogonem – coatimundi. Było już tak przywyczajone do obecności ludzi, że wcale się nas nie bało tylko dalej myszkowało w zaroślach.

Jak już napisałem, w Tikal pozostawiono ruiny w naturalnym środowisku, wycinając tylko szerokie ścieżki dla zwiedzajacych oraz oczyszczając bezpośrednią okolicę wielkich budowli. Ale jak czlowiek wdrapie sie na piramidę i spojrzy wokoło po sam horyzont, to widać tylko grubo tkany dywan drzew. W kilku miejscach spod drzew wydzierają czubki najwyższych piramid, większość z charakterystyczną świątynią na szczycie i jedna klasyczna z płaskim wierzchem, taka jaką widzieliśmy w Meksyku w Teotihuacan. Wdrapaliśmy sie na wszystkie najwyższe piramidy, jak również na kilkadziesiąt mniejszych. Pogubiłem się w tym gąszczu dróżek i budowli, ale na szczęście nasze studenciaki znali drogę. Najbardziej imponującym miejscem w Tikal jest Plac Centralny, wielkości boiska do piłki nożnej, na którym stoja dwie wysokie piramidy ustawione frontem do siebie. Po bokach znajduja się liczne zabudowania, w tym również mniejsze piramidki i światynie. W jednej z nich odkopano kilkumetrowy posąg głowy Indianina z charakterystycznymi rysami twarzy Majów.

Na głównej piramidzie spędziliśmy sporo czasu odpoczywając po męczacej wędrówce i słuchając wywodów Ulisesa – jednego z dwóch kolesi archeologów, który znał trochę angielski i był całkiem rozmowny. Trochę nam poopowiadał o zamierzchłych czasach, jak to składano krwawe ofiary z jeńców. Majowie, jeszcze do niedawna uważani za lud nastawiony pokojowo okazali się w toku dalszych odkryć archeologicznych społecznością wojowniczą i krwawo egzekwującą swoje prawa.

Siedzieliśmy tak i kontemplowaliśmy jak kiedys musiało to miejsce wyglądać, kolorowe, ruchliwe, kapłani na szczycie światyń składający ofiary, ludzie przychodzący na plac na spotkanie z królem, gwar, muzyka, piekne stroje, mecze rozgrywane w pelotte.

W Tikal spędziliśmy ponad 8 godzin, ale myślę że na dobre poznanie tego miasta trzebaby przeznaczyć 2-3dni. Zwiedzanie jest bardzo wyczerpujące i do tego klimat nie służy bo jest gorąco i bardzo wilgotno. Na szczęście dla nas, tego dnia słońce nie świeciło zbyt intensywnie, niebo było spowite chmurami, co niestety miało wpływ na jakość fotografii. Bardzo zmęczeni wrócilismy całą bandą do Flores i naszego hoteliku. Wieczorem znów całą bandą czyli meksykanie, holenderka i my zrobiliśmy sobie pool party, czyli imprezkę w basenie.

Byliśmy jedynymi gośćmi w hotelu, więc nikt się nas nie czepiał i nikomu to nie przeszkadzało. Co ciekawe, w Gwatemali można przynieść do hotelu własny alkohol i go popijać publicznie przy basenie, a recepcjonistka nawet dała nam butelki po piwie na wymianę. Jest to nie do pomyślenia w Cancun, gdzie zabrania się wnoszenia artykułów spożywczych do hoteli, a za wszystko trzeba słono płacić w restauracjach hotelowych. Muszę jeszcze wspomnieć, że Gwatemala jest tańsza od Meksyku, wydała nam sie bardziej czysta i schludnie utrzymana, choć biedniejsza. Dziewczyny gwatemalskie też wydały nam się ładniejsze i bardziej miłe. Hotele, jedzenie w restauracjach jest tańsze od warunków meksykańskich a miejscowe piwo Gallo zdecydowanie lepsze.

To była nasza ostatnia noc w Gwatemali, następnego dnia znów zerwaliśmy się rano o 5:00 pożegnaliśmy się z naszymi meksykańskimi przyjaciółmi i wyruszyliśmy w długą, bardzo długą drogę do Meksyku. Tym razem mieliśmy zamiar przejechać przez Belize i wjechać do Meksyku od strony Chetumal. Gwatemala pożegnała nas widokiem zamglonych wysokich górskich szczytów i soczystej zieleni wszechobecnej roslinności. Po kilku godzinach wyboistej jazdy dobrze nam znanym poobijanym autobusikiem dotarliśmy do granicy z Belize

Jest to Państwo ewenement w Ameryce Łacińskiej, ponieważ zamieszkuje je w 60% ludność murzyńska i do tego posługujaca się językiem angielskim. Celnik zagadał do nas bezbłedną angielszczyzną, oficer w dziale imigracji, ładna murzynka szybko i sprawnia załatwiła wszystkie formalności. Czuliśmy że znowu jestesmy w cywilizowanym kraju. Od razu po przekroczeniu granicy widać różnice między Belize i Gwatemalą czy Meksykiem. Zadbane pola uprawne, miasteczka przypominające zabudową stare kolonialne czasy, napisy po angielsku na sklepach w stylu Tom`s Bakery albo Ann`s Green Grocery. Charakterystycznym elementem są domy pobudowane na palach, drewniane bo cała zabudowa w Belize również w Belize City do którego zmierzaliśmy jest drewniana i parterowa, ale wyglądające porządnie.

No i ludność, gdzie nie spojrzeć murzyni, czuliśmy sie jak w Afryce. Dziewczyny smukłe, zgrabne, roześmiane aż miło bylo popatrzeć. Zbyszek od razu się zainteresował dlaczego w naszych planach nie ma pobytu w Belize. Gdybyśmy mieli więcej czasu napewno byśmy się zatrzymali w tym urokliwym państewku, które slynie z przepięknych białych plaż, licznych wysp u wybrzeża i cudownej rafy koralowej. Niestety musieliśmy gonić czas, bo do końca pobytu zostało nam już tylko 2 dni.

Stanęliśmy na kilka minut w centrum Belize City a potem podążyliśmy już tylko w trójkę z poznanym we Flores Amerykaninem do Chetumal w Meksyku. Może i dobrze że nie zatrzymaliśmy się na dłużej w Belize, bo z billboardów przy drodze straszyły nas napisy, ze kraj ten ma duże kłopoty z opanowaniem AIDS. Po drodze mieliśmy jeszcze małe kłopoty z autobusem, bo kierowca widząc patrole wojskowe na drodze zwalniał do tego stopnia, że mu silnik gasł, a był to taki trup że nie chciał potem ruszyć. Obyło się bez pchania samochodu i ostatecznie około 3 po południu z ponadgodzinnym opóźnieniem dojechaliśmy do granicy z Meksykiem. Jeszcze tylko opłata za to że przejechaliśmy transferem przez Belize – USD10 od łebka i oto ponownie wjechaliśmy do Meksyku