San Panteleimon

Ateny

Termopile

 

Grecja - Riwiera Olimpijska - sierpień 2017

Nasze wielkie greckie wakacje rozpoczęliśmy w sobotę wchodząc na pokład charterowego rejsu z Warszawy do Salonik. Lato tego roku nas nie rozpieszczało w Polsce, było zimno i deszczowo bez wielkich szans na zdobycie śladowej opalenizny i doładowania się odpowiednią dawką witaminy D3 na nadchodzącą zimę. Synowie kategorycznie odmówili wyjazdu na wakacje w roku szkolnym, czyli wrześniu lub październiku. Ne ukrywam, że dla mnie to najlepszy okres na odpoczynek, ze względu na brak tłumów wakacyjnych i niższe ceny poza sezonem. Cóż było począć, vox populi, vox Dei, stanęło na tym, że jeżeli chcemy się gdziekolwiek wybrać na wakacje to musi być to lipiec-sierpień. Zdecydowaliśmy się na Grecję. Chcieliśmy Kretę, żeby uczcić nasze 20 lecie małżeństwa, którego to miesiąc miodowy odbył się właśnie na wyspie Krecie. Z braku interesujących ofert (czyli przystępnych cenowo) ostatecznie wybraliśmy pięknie brzmiący zakątek kontynentalnej Grecji Riwierę Olimpijską. Nasze miejsce zakwaterowania znajdowało się u stóp masywu Olimpu niedaleko ładnej plaży w miejscowości Paralia Panteleimonos nad morzem Egejskim. Lot z Warszawy do Salonik trwał 3 godziny, transfer z lotniska do naszego hotelu kolejne 2 godziny. W każdym razie wylatując z Warszawy w południe o dziewiętnastej pałaszowaliśmy już kolację nad basenem w hotelu. Pogoda bardzo przyjemna, zgoła odmienna od kapryśnej aury w Polsce, wieczorem przy kolacji było ciepło, jednym słowem tak jak ma być na wakacjach. Aura dopisywała nam przez cały pobyt w Grecji, dzień w dzień oferując piękne błękitne niebo i słońce.  Tylko jeden dzień z dwóch tygodni pobytu rozpoczął się od kapuśniaczka, żeby jednak po kilku godzinach rozpogodzić się i zatrzeć złe wspomnienie poranka.


Jak wspomniałem zamieszkaliśmy w miejscowości Paralia Panteleimonos. Z nazwami w Grecji mieliśmy mały kłopot. Ponieważ Grecy posiadają swój alfabet, dość osobliwy, na pierwszy rzut oka trudny do odszyfrowania, spotkaliśmy się z tym, że nazwy miejscowości występują w kilku wersjach, różniących się do siebie. Ta sama miejscowość inaczej jest napisana na mapie greckiej, inaczej w google maps, inaczej w GPSie, inaczej na znaku drogowym itp. Paralia generalnie oznacza plażę. Zatem większość miejscowości wzdłuż wybrzeża morza, jeśli jej centrum nie znajduje się bezpośrednio nad morzem, ma zazwyczaj swoją dzielnicę nadmorską którą określa przedrostkiem Paralia, żeby było jasne że to plaża. Często te dzielnice mają charakter sezonowy, składają się tylko z pensjonatów, kempingów, sklepów i restauracji, które poza sezonem wymierają. Tak właśnie wyglądała nasza miejscowość. Jedna główna ulica biegnąca przez całe siedlisko, niezbyt szeroka, w momentach szczytu zatkana autami, tworzącymi korki. Przy głównej drodze pensjonaty, sklepiki, kilka tawern, pizzerii, obowiązkowo co najmniej dwie piekarni i mięsny oraz wiele kempingów. Kempingi to element bardzo charakterystyczny dla tej części wybrzeża. Są to miejsca bardzo popularne wśród Greków, funkcjonują praktycznie w niezmienionym stanie od kilkudziesięciu lat, skutecznie opierając się wyparciu przez nowoczesne ośrodki i hotele. Mają znakomite umiejscowienie, o którym wiele nowych hoteli może tylko pomarzyć. Zazwyczaj wjeżdża się do nich z głównej drogi i szeroka alejka prostopadła do morza wiedzie aż do samej plaży. Wzdłuż alejki po obu stronach są tzw. boxy, przestrzeń o powierzchni kilkudziesięciu metrów kwadratowych, na których stawia się przyczepę kempingową i samochód. Zbudowana w tym celu jest konstrukcja drewniana lub stalowa, która daje zadaszenie, bardzo często naturalne z pnących drzew i winorośli. W sierpniu całe alejki były pokryte bujnymi winoroślami tworzącymi naturalne sklepienie wysoko nad głowami. Grecy jak zauważyliśmy są uzależnieni od telewizji. W każdym boxie na podwórku stał wystawiony telewizor, im większy tym lepszy. Obok standardowo ruszt na grilla. Wieczorami z kempingów roznosił się oszałamiający zapach jagnięciny z rusztu. Do późnych godzin nocnych, już po zmroku na kempingach tętniło życie.
Taki obrazek nas zastał pierwszego wieczoru, kiedy po kolacji udaliśmy się jeszcze na plażę na powitanie morza Egejskiego. Było już ciemno po zmroku. hotelNasz hotel nie stał bezpośrednio przy plaży, wiodły do niej alejki wzdłuż domów i działek. Plaża w Paralia Panteleimonos jest długa, szeroka, piaszczysta i ma jedną wyjątkową, piękną atrakcję. Prawą stronę zatoki zamyka wysokie zalesione wzgórze na którego  szczycie bielą się kamienne mury średniowiecznego zamku z epoki krzyżowców. Bielą się rzecz jasna w słoneczny dzień, natomiast wieczorem kiedy stanęliśmy na plaży, zarys murów obronnych zamku podświetlony był na żółto reflektorami.


Niedzielę poświęciliśmy na aklimatyzację z naszą miejscowością, najbliższym otoczeniem, basenem a także na zapoznanie się z programem, który mieliśmy w planach. Należało się zorientować co warto zobaczyć w okolicy, gdzie się udać na zwiedzanie, gdzie na wypoczynek, co robić przez następne 2 tygodnie. Rano mieliśmy spotkanie z lokalną rezydentka biura p. Pauliną, która opowiedziała o okolicy, wycieczkach i atrakcjach a także lokalnych zwyczajach, jedzeniu itp.  Poświęciliśmy też czas na przyswojenie najbardziej użytecznych zwrotów w języku greckim, czyli kalimera – dzień dobry, kalispera – dobry wieczór, efcharisto – dziękuję, dio bires para kalo – dwa piwa poproszę. To działa !
Basen w hotelu nie był pokaźnych rozmiarów, pięć wymachów rękami i było się nad drugim brzegiem. Natomiast stanowił znakomitą ochłodę w ten upalny dzień, nie mówiąc o zimnym piwie z baru niedaleko leżaków. Dla dzieciaków frajda, bo przy basenie było duże składowisko nadmuchiwanych materacy w przeróżnych kształtach do swobodnego użytku. Cicho, spokojnie, spędziliśmy tu większość niedzieli i poszliśmy wcześniej spać ponieważ o pierwszej w nocy mieliśmy pobudkę. Czekała nas całodniowa wycieczka do Aten.


Mimo, że był środek nocy, po zejściu na dół do recepcji hotelowej okazało się, ze życie towarzyskie trwa w najlepsze. Pizzeria przyhotelowa zapełniona była Grekami oglądającymi z entuzjazmem mecz piłkarski na wielkim telebimie. Przypominam, była 1 w nocy. Jak to mają w zwyczaju narody południowo europejskie, życie towarzyskie zaczyna się u nich po zmroku i trwa długo w noc. W ciągu dnia obowiązkowo sjesta, po 15:00 życie zamiera. Nawet ratownik na basenie schodził ze służby, nie wyobrażał sobie, że ktoś normalny może chcieć się kapać w czasie sjesty. Faktycznie popołudnia potrafiły być tak mocno nasłonecznione, że odechciewało się wszelkiej aktywności i chłodne, zacienione miejsce na drzemkę było najlepszym wyjściem.
Autokar przecisnął się główną drogą w naszej miejscowości, na szczęście opustoszałą o tej porze nocy, potem zabraliśmy jeszcze kilka osób z innych hoteli w okolicy i ruszyliśmy w długą trasę do stolicy GrecjiAten. Trasa ta to ponad 400km. Jazda całkiem przyzwoitymi a miejscami nawet dobrymi autostradami zajęła nam około 5h. Sprawa dróg w Grecji to miejsce na osobny temat. Generalnie są bardzo dobrej jakości, ale co najbardziej charakterystyczne, jest ich dużo. Bardzo dużo. Jest ich tak wiele, że człowiek może się pogubić. Domyślam się, że kiedyś istniały tylko drogi publiczne. A potem pojawiły się autostrady płatne. To chyba kwestii dopłat z Unii Europejskiej? Skoro Unia płaciła to trzeba było brać forsę i budować. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że pobudowane są równolegle do siebie płatna autostrada i publiczna darmowa trasa szybkiego ruchu biegnące wzdłuż siebie przez wiele kilometrów. Jadąc jedną widzi się samochody podążające obok na konkurencyjnej trasie. Zdarzyło nam się jechać obiema. Obie super. Ale po co? Ruchu na drogach nie ma wielkiego, jeździ się bardzo komfortowo ale miałem wrażenie że to zbytek luksusu, żeby w jednym kierunku biegło obok siebie kilka tras. Ktoś tu wydał furę pieniędzy na te piękne szosy i ktoś tu nieźle na tym zarobił :-) Nie ma co jednak narzekać z punktu widzenia turysty, który przemierza ten piękny kraj w celu zwiedzania odległych atrakcji.
Nastał brzask i pojawiły się przedmieścia Aten. Zabudowa w Grecji jest niska. W dużej mierze Grecja kontynentalna jest terenem sejsmicznym. Z uwagi na ryzyko trzęsień ziemi jest zakaz stawiania wysokich budynków. Ponieważ stolica Grecji to duża wielomilionowa metropolia łatwo sobie wyobrazić, że skoro zabudowa nie może iść wzwyż…idzie wszerz. Rezultatem jest gigantyczna powierzchnia zabudowy miejskiej Aten. Przejechanie z jednego krańca miasta do drugiego, zwłaszcza w godzinach szczytu, to może być nawet kwestia kilku godzin. Niemniej jednak, jeśli nawet miasto nie jest funkcjonalne, to jest piękne. Zwłaszcza widok z góry, np. z Akropolu na rozległe połacie ziemi sięgające aż po horyzont pokryte niskimi budynkami we wszystkich odcieniach bieli, skrzące się w promieniach słonecznych wstającego dnia.


Ale zanim uraczyliśmy się takim widokiem zatrzymaliśmy się pod Stadionem Panateńskim. Jest to budowla, która została pięknie zrekonstruowana w 1896 roku. Ponad 2300 lat po tym jak została stworzona. Stadion powstał około 330 roku p.n.e. Wieki mówią. Budowla jest imponująca, zbudowana w całości z marmuru. Dość powiedzieć, że nawet okoliczne chodniki i krawężniki po drugiej stronie ulicy są wykładane marmurem, wyślizganym przez wieki przez przechodniów. Stadion ma podłużny kształt, przystosowany jest do wyścigów konnych, choć od razu nasuwa się w wyobraźni widok wyścigu rydwanów rodem z Ben Hura. Stadion jest eksploatowany współcześnie na różnego rodzaju eventy.
Następnie czekała nas niewątpliwa i jedyna w swoim rodzaju atrakcja podziwiania zmiany wart pod Grobem Nieznanego Żołnierza. Byliśmy na miejscu wcześnie rano o siódmej. Dzięki temu okolica była pusta, byliśmy jedną z nielicznych grup, która wytoczyła się z autokaru na plac Sindagma, czyli plac Konstytucji. Grób Nieznanego Żołnierza usytuowany jest na średniej wielkości placyku, pokrytym marmurowymi płytami w najwyższej części placu Konstytucji. Miejsce to oddzielone jest od reszty placu dość ruchliwą ulicą. Sam Grób to piaskowe płyty wmurowane w ścianę z wieloma napisami, prawdopodobnie określającymi formacje wojskowe i miejsca bitew. Nad nim góruje budynek obecnego parlamentu greckiego. Oryginalnie był to stary Pałac Królewski w Atenach. Symbolicznego Grobu strzeże warta prezydencka, której strój oraz choreografia podczas zmiany warty skupiają na sobie wzrok i obiektywy tysięcy turystów z całego świata. Jest to ceremonia wzbudzająca szeroki uśmiech na twarzy, choć można sadzić, że w zamyśle autora, miała być pięknym, doniosłym, patetycznym rytuałem. Wartownicy wykonują cała serię ruchów ciała, która musiała przyświecać komikom z Monthy Pythona przy tworzeniu skeczu o Ministerstwie Głupich Kroków. Imitują ruchy konia wierzgając nogami niczym ogier przebierający przednim kopytem przed puszczeniem się w galop. To wszystko z surową miną zza wąsów (wszyscy wyselekcjonowani żołnierze gwardii z dumą noszą mały wąsik) ubrani w plisowane spódniczki, getry z pomponami i czerwone czapeczki ze zwisającym z boku czarnym ogonem włosów. Żołnierze wykonujący tę niezwykłą paradę to członkowie elitarnej gwardii prezydenckiej tzw. Ewzoni.  Niewątpliwie warte zobaczenia, rozszerza uśmiech lepiej niż jakikolwiek zabieg kosmetyczny :-)
Ateny nadal były jeszcze uśpione i nienaturalnie puste, kiedy zajechaliśmy na parking u podnóża Akropolu. Było około siódmej trzydzieści rano. Cała wycieczka obmyślona i poprowadzona przez naszą przewodniczkę p. Iwonę była perfekcyjnie rozplanowana logistycznie aby uniknąć tłumów i korków. Doceniam to, bo najgorsze to utknąć w wielogodzinnym korku po bilety, co wielce prawdopodobnie nie jest czymś niezwykłym w wysokim sezonie. Czytałem też, że Ateny planują wprowadzić limit turystów wpuszczanych każdego dnia na wzgórze a także ograniczyć zwiedzanie w najgorętszych porach dnia. Nam te wszystkie ograniczenia nie groziły. Ustawiliśmy się w kolejkę do zamkniętych jeszcze kas przed ósmą. Czas próbowaliśmy zabić pijąc mrożoną kawę z kawiarni naprzeciwko kas biletowych. Choć wyglądała obiecująco okazało się, że składała się chyba w połowie z cukru, język stawał dęba a twarz wykrzywiało jak po zjedzeniu garści krówek naraz. Taka kawa prawdopodobnie ma za zadanie osłodzić ból po wydaniu pieniędzy na bilet – koszt wejściówki dla osoby dorosłej to EUR20 i EUR10 dla dzieci poniżej 18lat. Koszt biletów dało się przełknąć ale przesłodzonej kawy już nie. Bramki otwarto i tłumek turystów, który zdołał się zebrać w międzyczasie za nami, ruszył forsować ateńskie wzgórze. Zwiedzanie zaczęliśmy od wspięcia się schodami na zbocze wzgórza i podziwiania w dole teatru Dionizosa. Kolejna kręta, żwirowa ścieżka w górę i oto staliśmy pod ruinami świątyni Nike. Aż dziw, że Nike jeszcze nie wykupił tu miejsca na swoje logo :-) Świątynia ta była poświęcona Atenie Zwycięskiej, patronce stolicy Grecji.  Kilka kroków dalej zaczynają się wysokie schody prowadzące do tzw. Propyleje, czyli bramy, która stanowi wejście na rozległy Akropol ateński. Tu spotkała nas kolejna niespodzianka, przemarsz kilkuosobowego oddziału reprezentacyjnego wojska greckiego. Tym razem w wydaniu współczesnym. Mundury polowe moro, nowoczesne karabinki automatyczne, czarne, podkute buty, granatowe berety. Marsz był o tyle utrudniony, że schodzili krokiem marszowym po wysokich marmurowych stopniach w dół. Starali się to robić z gracją i wychodziło im to dużo lepiej niż pod Grobem Nieznanego Żołnierza. Tym razem wojskowi byli gładko ogoleni, bez wąsów. Imponujące Propyleje, pięknie odrestaurowane z licznymi masywnymi kolumnami doprowadziły nas w końcu na szczyt wzgórza gdzie ukazał nam się w całej okazałości duży plac a na nim centralnie Partenon oraz rzucający się w oczy z lewej strony Erechtejon. Plac to może zbyt wyszukane słowo, ponieważ tak naprawdę jest to kamieniste wzgórze pokryte wszelkiego rodzaju wystającymi mniejszymi i większymi głazami, pomiędzy którymi biegną ścieżki. Chodzić można wszędzie i tłum turystów rozlał się po okolicy zamieniając marmurowe, biało żółte wzgórze budowli w jeden wielki kolorowy jarmark. Partenon faktycznie robi imponujące wrażenie zwłaszcza jak się posłucha o innowacyjnych technikach stosowanych przy jego budowie w starożytnych Atenach. Np. kolumny zewnętrzne są pod innym kątem, aby wizualnie eliminować niedoskonałości perspektywy i sprawiać wrażenie, że stoją one równolegle do siebie. Budowla poświęcona była rzecz jasna Atenie a w jej środku kiedyś stał potężny ponad 10-metrowy posąg Ateny Partenon. Z innych ocalałych na wzgórzu budowli wrażenie robi Erechtejon, budowla na lewo od wejścia, składająca się z kilku brył. Najbardziej znany jest fragment z sześcioma posagami kobiet podtrzymujących sklepienie. Są to tzw. kariatydy i wedle przekazu ludowego najpiękniejsze panny ateńskie pozowały artystom, wykuwającym w wapiennym kamieniu postacie kariatyd. Akropol ateński usiany jest fragmentami kolumn, murów, bryłami marmurowych fragmentów zniszczonych budowli. Niektórzy będą zawiedzeni, że faktycznie jest to wielki plac budowy. Od kilkunastu lat trwają prace rekonstrukcyjne, których końca nie widać. Widoki szpecą olbrzymie dźwigi, stelaże podtrzymujące kolumny, blaszane baraki budowlane, słupy i okablowanie. Grekom się nie wiadomo czemu wcale nie spieszy. Jedna z uczestniczek naszej grupy powiedziała, że była tu 18lat temu i niewiele się zmieniło przez ten czas. Cóż, widok dzisiejszego Akropolu to niestety efekt stuleci okupacji rzymskich, tureckich, brytyjskich, gdzie każdy z najeźdźców grabił co się tylko dało. Aż trudno uwierzyć, że cokolwiek przetrwało do naszych czasów kiedy słyszy się o praktykach okupantów. Jednego czego nie dało się ukraść to fantastyczny widok na panoramę miasta. Krążąc wokół wzgórza widać wszędzie aż po horyzont białą zabudowę miejską, od strony południowej widać w oddali port w Pireusie i zatokę Sarońską, od północy miasto otaczają w oddali wzgórza. Nad Akropolem rzecz jasna powiewa wielka flaga grecka.
Tymczasem tłum na najsłynniejszym wzgórzu ateńskim zagęścił się niczym jogurt grecki. Turysta na turyście, szczęk migawek aparatów, pokrzykiwania w różnych językach świata, kolejki do zrobienia zdjęcia, walka na kijki od selfie,  jeden wielki rejwach. Ewakuowaliśmy się poza teren Akropolu na małe wzniesienie u jego podnóża, tzw. wzgórze Aresa. Opcja bezpłatna a z ładnym widokiem na północną część miasta, przede wszystkim zaś z widokiem na leżącą poniżej Antyczną Agorę i świątynię Zeusa Olimpijskiego. Z samej świątyni ocalało niestety zaledwie kilka marmurowych kolumn L Za to na prawo od Antycznej Agory znajduje się ładnie odnowiony długi budynek, tzw. Stoa Attalosa. Mieści się tu muzeum Agory, ale dla nas Polaków najciekawszy fakt jest taki, że podpisano tu w 2004r. akt akcesyjny do Unii Europejskiej.  Agora dzieli się na część grecką i rzymską. Ocienioną alejką u podnóży Akropolu udaliśmy się w dół w kierunku Agory rzymskiej, gdzie najbardziej okazałą budowlą przetrwałą do naszych czasów jest Wieża Wiatrów. Stąd już rzut beretem do samego centrum współczesnych Aten z pasażami sklepowymi, restauracjami i licznymi kawiarniami. 

Upał panował niemiłosierny a wielkie wiatraki ze skraplaczami wody, dające ożywczą bryzę ustawione w kawiarnianych ogródkach, kusiły dużo bardziej niż sklepy z pamiątkami, biżuterią i futrami. Sprzedawcy wychodząc przed swoje sklepy namawiali do zajścia do nich, nawoływali do nas po rosyjsku i po polsku. Ci od futer byli najbardziej natarczywi. Ale po co mi futro w środku lata? Ceny w sklepach z kosmosu. Młodszy syn zapragnął hełm Spartanina, ale cena którą zaśpiewał sprzedawca w sklepie z pamiątkami za plastikową imitację hełmu, ponad 30EUR, była nie do przyjęcia. Omijając świątynie mamony skrzące się cudeńkami na wystawach, dotarliśmy do prawdziwej świątyni czyli Cerkwi katedralnej Zwiastowania Matki Bożej. Przed świątynią znajduje się spory placyk osłonięty wysokimi rozłożystymi drzewami. Gołębie oblegają placyk i nasze dzieciaki mogły w końcu pozbyć się suchego prowiantu, który dostaliśmy w hotelu wyjeżdżając w środku nocy. Kanapki się nie zmarnowały. Nam nie w głowie było chodzenie po sklepach. Zaraz za cerkwią po prawej stronie, tuż obok starego kamiennego kościółka wypatrzyliśmy restaurację Palia Ithaki. Wielkie parasole dawały upragniony cień a sympatyczny kelner z Krety podawał nam zmrożone kufle z piwem i talerze z lokalnymi przystawkami. Najwyższa pora to przyznać, jedzenie greckie jest wyśmienite. My mieliśmy okazję spróbować ostrych kiełbasek, bakłażanów smażonych w oliwie, kulek serowych smażonych w głębokim tłuszczu, tzatzików, grillowanych sardynek, grillowanego sera feta, zapiekanki ze szpinakiem, małych pulpetów z ziołami i dolmadaki czyli ryżu z przyprawami zawijanego w liście winogron. Oprócz tego ostatniego, które niezbyt mi przypasowało ze względu na lekko kwaśny smak, wszystko inne palce lizać.
To było nasze pierwsze wyjście na jedzenie na mieście, więc jest okazja napisać coś generalnie o jedzeniu a jest to temat rzeka. Niestety muszę stwierdzić, że jedzenie hotelowe oraz restauracyjne w Grecji się bardzo różni. Przynajmniej my tego doświadczyliśmy a stołowaliśmy się wielokrotnie poza hotelem podczas naszego pobytu i widzieliśmy różnicę. Zacząć trzeba od tego, że Grecy mają znakomitą aczkolwiek wcale nieskomplikowana kuchnię. Wino, sery, oliwki, oliwa, jagnięcina, ryby, pachnące słońcem warzywa. Z tych składników można wyczarować cuda. Mimo, że mieszkaliśmy w dobrym 4 gwiazdkowym hotelu, jedzenie nie stanowiło jego mocnej strony. Owszem zawsze był wybór, coś tam się dało zjeść ze smakiem,  zarówno na obiad i na kolację ale było to mocno przeciętne. Nie było czuć w tym pasji i zaangażowania. Najprostszy przykład. Wszyscy znamy sałatkę grecką. Potrzeba zaledwie kilku składników, pomidory, ogórek, najlepiej czerwona cebula, ser feta. Oczywiście są wariacje w zależności od restauracji, ale zawsze występuje cebula. W bufecie hotelowym nigdy przez 2 tygodnie nie pojawiła się cebula. Była za to zielona sałata, piklowane warzywa itp. Nie można było sobie skomponować najprostszej sałatki greckiej będąc w Grecji. O ile jedzenie hotelowe było smaczne ale przeciętne to każdorazowe wyjście do tawerny to była istna uczta smaków. Zwykła sałatka grecka ze świeżych składników urastała do miana genialnego dania, którym się można było najeść, ryby z rusztu, jagnięce żeberka, szaszłyki czy nawet pieczone ziemniaki smakowały nieziemsko. Jedzenie w tawernach nie jest niestety tanie. Przeciętnie obiad w tawernie kosztował około EUR20 na osobę. Ale pisząc teraz te słowa chętnie bym zapłacił i więcej żeby od czasu do czasu móc przypomnieć sobie te smaki. Tak więc uraczyliśmy się przekąskami w knajpie, zapiliśmy zimnym, pysznym piwem i dalsze zwiedzanie przebiegło w całkiem sympatycznej atmosferze. Przeszliśmy się arterią zakupową – ulica Ermou  ponownie do placu Sindagma, ale tym razem zeszliśmy do podziemi, żeby przejść się po stacji metra, gdzie podczas budowy odkryto wiele zabytków i artefaktów. Są one teraz wystawione w szklanych gablotach na stacji. Jeszcze tylko chwila relaksu w parku okalającym budynek parlamentu, gdzie lokalsi wylegują się na trawnikach w cieniu palm i ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu.


Pozostały nam tylko dwa punkty w programie. Lunch w przydrożnym barze niewarty wspomnienia oraz przystanek w Termopilach. Termopile to nazwa, która znają wszyscy już od szkoły podstawowej.  Ci, którzy nie uważali na lekcjach historii znają zapewne zawołanie z filmu 300 – This is Sparta! Historia obrony wąskiego przesmyku w górach przez Spartan wobec przeważającej liczby wojsk Perskich to historia legendarnego poświęcenia i odwagi. Jak twierdzą historycy sama potyczka nie miała większego znaczenia militarnego, obrosła jednak w legendę, która trwa do dziś. Termopile znajdują się około 200km na północ od Aten, usytuowane strategicznie między zatoką Maliakos a górą Oiti. Według podań w roku 480 p.n.e., około 4000 żołnierzy z państw miast greckich ( w tym 300 Spartan, którzy dowodzili obroną), stawiło mężnie czoła ponad półmilionowej armii perskiej Kserksesa I. Dziś trudno sobie to wyobrazić, ponieważ linia brzegowa uległa przez stulecia przeobrażeniu. Wody morza się cofnęły i zamiast wąskiego przesmyku między morzem i górami mamy dziś szeroki płaskowyż. Miejsce to dziś nie przypomina więc w niczym legendarnego pola bitwy. Ale Grecy nie zapomnieli o swojej wspaniałej historii i żeby uczcić pamięć bohaterów przy szosie biegnącej wzdłuż zatoki, znajduje się placyk z bielonym murem i cokołem, na którym stoi pomnik słynnego wodza Spartan, który poległ w bitwie – Leonidasa. Przechodząc przez szosę na drugą stronę i wspinając się na mały pagórek można też zobaczyć małą kamienną tablicę wmurowaną w ziemię z napisem „Przechodniu, powiedz Sparcie, tu leżym jej syny, prawom jej do ostatniej posłuszni godziny”. Po przyjeździe do hotelu wieczorową porą postanowiliśmy zmyć z siebie kurz z Akropolu i pobiegliśmy z chłopakami na szybką kąpiel w morzu. Słońce już zachodziło nad horyzontem, ruiny bizantyjskiego zamku nabierały ciemnych odcieni, woda w morzu była nadal przyjemnie ciepła po całym dniu operowania słońca. W naszym hotelu wieczorem zaplanowany był wieczór grecki. Mimo, że nie mieliśmy w planach zabawy przy greku Zorbie i zmęczenie po całodniowej wycieczce brało górę, zmusiliśmy się żeby zejść nad basen i pooglądać pląsających Greków i Greczynki w ludowych strojach. Całą imprezę nadzorował kierownik hotelowej restauracji - Sakis, którego było wszędzie pełno. Idealny człowiek na idealnym stanowisku. Dzień w dzień szalał w restauracji, na stołówce, przy basenie, aktywny od rana do wieczora, rzucając do gości często zwroty  w języku polskim. Jeśli nawet więc nie mieliśmy zamiaru uczestniczyć w imprezie przy basenie to dwa dzbanki wina, przekąski i patera owoców od Sakisa przekonały nas żeby na dłuższą chwilę zostać.


Wtorek, 15 sierpnia, zaczynamy zwiedzanie samodzielne. W tym celu wynajęliśmy na tydzień samochód. W naszej małej sezonowej miejscowości niestety nie było wypożyczalni samochodów, co sprawdziłem jeszcze przed wyjazdem. Można było skorzystać z oferty licznych wypożyczalni w Salonikach, którzy oferowali dostarczenie za dopłatą wozu pod hotel, ale cenowo wszyło to porównywalnie z ofertą przez biuro podróży na miejscu w hotelu. Skorzystaliśmy więc i rano po śniadaniu sympatyczny Pan podstawił nam białą, pięciodrzwiową Toyotę Yaris. Formalności związane z wynajęciem auta trwały kwadrans. Wynajem samochodu z pełnym ubezpieczeniem kosztował nas około EUR45 za dzień. To kolejna usługa, która w Grecji, porównując np. z podobną na wyspach Kanaryjskich wypada niestety drogo. Paliwo też obciąża po kieszeni. Benzyna 95pb kosztowała około 1.4-1.5EUR za litr. W tym samym okresie paliwo w Polsce było o około 1,5 zł. tańsze na litrze. Na szczęście Toyotka okazała się mistrzem oszczędności. Trafił nam się samochód z przyzwoitym silnikiem 1,33l, który znakomicie sprawował się zarówno na krętych, górskich stromych drogach jak i na autostradzie gdzie rozpędzał się ponad 150km/h. Auto spalało średnio niewiele ponad 6l na 100km. Fajne małe autko, w którym nikt nie narzekał na ciasnotę a i wszystkie bagaże, z którymi wędrowaliśmy a więc ręczniki, karimaty, parasole, sprzęt do snorkelingu, plecaki ze sprzętem foto i dronem zmieściły się bez problemów do bagażnika.

Wyruszyliśmy w stronę Olimpu. Szczyty masywu widzieliśmy z balkonów naszych pokojów hotelowych. Wieczorami przy butelce wina na tarasie obserwowaliśmy świetlne impresje towarzyszące zachodom słońca nad boskim Olimpem. Czas było przyjrzeć się siedzibie Bogów z bliska. Zajechaliśmy do małej miejscowości Litochoro u podnóża masywu. To taka nieformalna brama wjazdowa dla wszystkich udających się na zalesione wzgórza spowite chmurami. Tak się złożyło, że 15 sierpnia to święto Matki Boskiej Zielnej,  hucznie obchodzone w Polsce, ale równie uroczyście w Grecji. Grecy to bardzo religijny naród, głównym wyznaniem jest Grecki Kościół Prawosławny. Ma on oficjalny status religii państwowej, coś o czym pewnie wielu Polaków nie rozumiejących konieczności rozdziału Państwa od Kościoła marzy. Kamienny kościółek przy głównym rondzie w miejscowości Litochoro był wypełniony po brzegi wiernymi, z trudem znaleźliśmy miejsce na parkingu w pobliżu i poszliśmy się przejść po uliczkach miasteczka.  Jest ładnie położone na stromym wzgórzu, ale niewielkie i życie koncentruje się w zasadzie w knajpkach wokół ronda, placyku przy kościele i małym parku niedaleko. Kiedy tłumy wiernych wyległy z kościoła a nowe rzesze wyznawców wjechały samochodami do miasta utworzył się gigantyczny korek, który je zatkał na długi czas. Spieszyliśmy się wyjechać z parkingu ale wąskie drogi były totalnie zakorkowane przez samochody lokalsów i autokary z turystami i staliśmy dobre pół godziny w miejscu żeby tylko wyjechać ze żwirowego parkingu. Na szczęście po pozostawieniu Litochoro w oddali, szosa się przerzedziła i dalej w górę masywu pięliśmy się już pustą jezdnią. Dobra, asfaltowa, równa droga prowadzi serpentynami pod górę aż na wysokość ponad 1100 m n.p.m. Zmienia się wysokość, krajobraz i temperatura. Mimo, że na nizinie nad morzem panuje ponad 30 stopniowy upał, tutaj w górach powietrze było bardzo rześkie i przyjemne. Fantastyczną cechą w greckich górskich miasteczkach ale także na szlakach i przy drogach są naturalne źródełka z wodą. Wody górskich cieków spływają w dół a mieszkańcy zagospodarowują te ujęcia tworząc kamienne ujęcia dla spragnionych. W miasteczkach takie ujęcia maja bardziej artystyczną formę, często są umieszczane imiona i nazwiska fundatorów takich ujęć. W górach są to proste kamienne wodopoje. Jest ich bardzo dużo, praktycznie co kilkaset metrów można znaleźć takie miejsce i schłodzić się orzeźwiającą wodą. Smak ma rewelacyjny, można ją pić litrami i jest za darmo. Mieszkańcy górskich wiosek nie musza więc płacić za wodę, mając ją w rzeczywistości doprowadzoną do domu z górskich strumyków. Podczas zwiedzania mieliśmy zawsze ze sobą kilka małych butelek plastikowych, które napełnialiśmy co jakiś czas w źródełkach. Nie ma praktycznie żadnego powodu i uzasadnienia żeby w tej części Grecji wydawać pieniądze na butelkowaną wodę. Jest ona powszechnie dostępna, smaczna , zdrowa i darmowa. Nawet w restauracji, robiąc dla przykładu kawę mrożoną, widziałem, że kelner uzupełniał napój wodą z kranu. Po kilkunastu kilometrach jazdy pod górę dotarliśmy do końcowego przystanku na szlaku. Asfaltowa droga zmieniła się w kamienistą drogę, na końcu której znajdowało się Prionia. Jest to placyk odgrodzony szlabanem gdzie znajduje się mała tawerna.  Nie ma tu nic ciekawego do zobaczenia, można się napić kawy i cos zjeść. Zostawia się tu wzdłuż drogi samochód, żeby udać się w trekking wytyczonymi szlakami po górach. Można z tego miejsca wyruszyć w drogę na najwyższy szczyt Olimpu a zarazem GrecjiMitikas. Zewsząd górują zalesione wysokie szczyty masywu. Próbowaliśmy podlecieć dronem w górę żeby objąć kamerą masyw Olimpu ale okazało się to niemożliwe. Musielibyśmy podejść  w górę jeszcze pieszo wiele metrów, żeby móc to jakoś ogarnąć. Prionia leży na wysokości ponad 1100 m n.p.m natomiast do szczytu jest jeszcze prawie 3 razy tyle. Mitikas , najwyższy szczyt ma 2918 m. n.p.m. Poszliśmy trasą w górę żeby po kilku minutach lekkiej wspinaczki po wytyczonym szlaku dotrzeć do wodospadu Enipeas i zrobić sobie kilka zdjęć. Tu bije źródło rzeki Enipeas, która spływa w dół przez Olimpijski Park Narodowy do Litochoro. Niedaleko miasteczka znajduje się wąwóz o tej samej nazwie, przez który płynie ta właśnie rzeczka i który należy do lokalnych atrakcji turystycznych. Wejście do wąwozu znajduje się na północy miasteczka. W drodze powrotnej ze szczytu odwiedziliśmy w Parku Narodowym, klasztor Św. Dionizosa. Znajduje się tu mały kościółek a wokół zabudowania klasztorne. Wszystko otoczone wysokim kamiennym murem. Wygląda to jak mała twierdza obronna, z wieżą z bramą a wewnątrz znajdują się krużganki. Centralnie stoi kościółek. Klasztor został niedawno odrestaurowany po zniszczeniach jakich doznał od nazistowskich okupantów podczas wojny. Większość kościołów i klasztorów jest otwarta dla zwiedzających. Kościoły, nawet te najmniejsze są bardzo bogato wyposażone w złocone ikony, freski na ścianach, obrazy i mnóstwo złoceń. Charakterystyczne są zazwyczaj małe otwory okienne i ciemności panujące wewnątrz świątyń. Ostatnim przystankiem na terenie Olimpijskiego Parku Narodowego był postój w schronisku górskim Stavros na wysokości 944 m n.p.m. Rozciągają się stad piękne widoki na wybrzeże Morza Egejskiego.

Zostawiliśmy w oddali wspaniałe widoki z góry i ożywcze górskie powietrze. Było już dobrze po południu i zamarzyła nam się kąpiel w morzu. Wybraliśmy się w tym celu do miejscowości Paralia Koulouras około 35km na południe od Litochoro. Wybraliśmy kawałek plaży na południowym krańcu miasteczka Nea Mesangala. Niewątpliwą zaleta tego miejsca jest bardzo szeroka piaszczysta plaża. I prawie całkowity brak ludzi. Znajdują się tu tylko prywatne działki z przyczepami kempingowymi i domki wypoczynkowe. Plaża nie ma żadnej infrastruktury typu leżaki, restauracje czy prysznice. Nie ma też niestety drzew czy skał żeby schronić się przed mocno operującym słońcem. Niezbędne są parasole, w które na szczęście się zaopatrzyliśmy jeszcze w Polsce. Nie ma jednak najmniejszych problemów żeby zakupić odpowiednie wyposażenie na miejscu w Grecji. Zwłaszcza w okolicach licznych kempingów rozmieściły się sklepiki z odpowiednim towarem. Kilka godzin na mocnym słońcu greckim naładowało nas pozytywnie na kilka następnych dni. Do hotelu wróciliśmy po zmroku na kolację.


Kolejny piąty dzień rozpoczęliśmy od zwiedzenia najbliższej naszemu miejscu zamieszkania atrakcji, czyli zamku Platamon. Kilka minut po 8-mej byliśmy już pod białymi, nieźle zachowanymi murami średniowiecznej warowni.  Budowla została wzniesiona podczas IV wyprawy krzyżowej w 1204r. W bardzo dobrym stanie są mury zewnętrzne oraz potężna, sześciokątna wieża wewnątrz. Reszta wewnętrznych budowli uległa zniszczeniu i pozostały po nich mało atrakcyjne ruiny, czasem zaledwie kilka kamieni. Stoi kilka armat na drewnianych lawetach i to w zasadzie wszystkie pozostałości bo burzliwych latach krucjat oraz późniejszej okupacji Turków. Na terenie zamku rosną drzewka, jest zielono, można przysiąść sobie na kamieniu w cieniu drzewa oliwnego i oddać się kontemplacji. W niektórych miejscach można wspiąć się na szczyt murów obronnych skąd można podziwiać piękną panoramę  wybrzeża. Wstęp na zamek kosztuje 2 EUR od osoby dorosłej.  U stóp wzgórza na którym położony jest zamek Platamon znajduje się miasteczko Panteleimonos. Jak już wspominałem na wstępie my mieszkaliśmy w Parali Panteleimonos czyli plażowej dzielnicy tej właśnie miejscowości spod zamku. Jest to jednak współczesne, nowożytne wydanie miasteczka, ponieważ istnieje też stare Palaios Panteleimonos. Jest to istna perełka położona w  górach kilka kilometrów dalej po drugiej stronie trasy szybkiego ruchu. Należy wspiąć się tam wąskimi serpentynami ale każdy krok w górę jest tego warty. Mała wioska położona jest na stromym zboczu, z której widać w dole zarówno nowe Panteleimonos, zamek Platamos jaki i błękitne kolory Morza Egejskiego w  tle. Stara wioska ma wąskie brukowane kamieniem uliczki, nie da się do niej wjechać samochodem, należy go zostawić na parkingu nieopodal. Zabudowa została zachowana a w dużej mierze odrestaurowana tak jak wyglądało to kilkaset lat temu. Jest bajkowo, domy są zbudowane w większości z kamieni, z elementami drewnianymi, kryte czerwoną ceramiczną dachówką. Miasteczko wypełnione jest sklepikami z pamiątkami i tawernami. Centralne miejsce zajmuje kościółek przy małym placyku na którym rosną dwa wielkie, wieloletnie drzewa. Cień z ich konarów pozwala zasłonić cały placyk i dać wspaniały chłód. Usiedliśmy w kawiarence przy placyku i sącząc zimną kawę napawaliśmy się widokiem jak z bajki. Po drugiej stronie placyku w cieniu starego platana i pod sufitem z gęstych winorośli rozłożyły się tawerny. Te ożywają dopiero pod wieczór kiedy zaczyna się życie towarzyskie. W dzień prym wiodą kawiarnie.  Wioska górska żyje z turystów, którzy przybywają tu tłumnie. Jest to miejsce które należy koniecznie odwiedzić i zatrzymać się na dłuższą chwilę. Po uliczkach błąkają się psy i koty. Te pierwsze oczywiście chętnie poddawały się pieszczotom Igora, który żadnemu psiakowi nie przepuścił małego drapaka.  Koty jak to koty miały wszystko i wszystkich gdzieś. Z żalem pożegnaliśmy wioskę Palaios Panteleimonas obiecując sobie, że w miarę możliwości jeszcze tu wrócimy. Wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy na południe do Rapsani. To miasteczko górskie na terenie słynącym z uprawy winorośli, jeden ze szczepów lokalnego wina nosi nazwę Rapsani i można je zamawiać w tawernach w okolicy. Rapsani jest oddalone o około 30km od zamku Platamon.  Widoku zbyt wielu upraw winorośli nie uświadczyliśmy po drodze. Owszem dostrzegliśmy kilka pól ale nic spektakularnego. Rapsani jakżeby inaczej położone jest na zboczu góry, dojazd odbywa się krętymi drogami a w samym miasteczku należy ostrożnie manewrować na wąskich uliczkach mijając domy i inne samochody na centymetry. Centralny punkt miasteczka to jakżeby inaczej duży plac w cieniu rozłożystych drzew.  A na tym placyku znajdowało się kilka tawern. Dlaczego zapamiętam Rapsani na długo? Zjadłem w jednej z tawern na placyku najlepsze żeberka jagnięce na tym wyjeździe i jedne z najlepszych w życiu. Ale zanim to nastąpiło zrobiliśmy sobie wycieczkę po miasteczku schodząc uliczki w dół i w górę podziwiając widoki na okolicę. Na jednej z uliczek spotkaliśmy mężczyznę, który słysząc naszą polska mowę, przemówił do nas językiem Mickiewicza. Okazało się, że wiele lat temu po studiach pracował w Warszawie przez kilka lat i mieszkał na Mokotowie. Gorąco było bardzo ale licznie rozmieszczone źródełka z górską wodą skutecznie dodawały nam sił. Ponieważ zbliżała się pora obiadowa zeszliśmy w końcu na centralny plac i wybraliśmy na posiłek tawernę o nazwie Matka Wina Rapsani. Był to świetny wybór i najjaśniejszy punkt naszej wycieczki do tej górskiej miejscowości. Nazwę tawerny Krasomana Rapsanh na Matka Wina przetłumaczył Justynie usłużny gość ze stolika obok.  Siedzieliśmy przy jednym ze stolików krytych płóciennym obrusem w czerwoną kratę w cieniu rozłożystego platana. Kelner postawił przed nami karafkę czerwonego wina i zamówiliśmy obiad. Po chwili raczyliśmy się soczystą ,świeżą sałatkę grecką maczając białe pszenne pieczywo w oliwie. Kelner nie znał żadnego znanego nam języka, ale mimo wszystko zdołaliśmy zamówić coś z menu. Pojawiły się przed nami półmiski z pieczonymi na grillu jagnięcymi żeberkami. Palce lizać. Dosłownie ociekały delikatnym tłuszczykiem z żeberek. Ziemniaki pokrojone grubo w łódeczki też z rusztu i do tego tzatziki z gęstego jogurtu uzupełniały orgię kubków smakowych. Wiatr leniwie poruszał liśćmi nad nami, wino przyjemnie rozlewało się po gardle, wokół przy stolikach lokalni mieszkańcy gwarnie świętowali posiłek. Z tawerny rozciąga się widok na sąsiednie wzgórze pod drugiej stronie szerokiej doliny. Mogliśmy tu siedzieć i siedzieć i aż żal było się zwlec, wsiadać do samochodu i wracać na wieczór do hotelu. Tu czekała na mała niespodzianka. Po powrocie i odświeżeniu się, odkorkowaliśmy butelkę wina i usiedliśmy na werandzie żeby podziwiać zachód słońca nad Olimpem, kiedy usłyszeliśmy dźwięki orkiestry z ulicy pod nami. Dokładnie naprzeciwko naszego budynku ustawiła się kilkudziesięcio osobowa orkiestra dęta złożona z młodych ludzi. Wysłuchaliśmy kilku utworów, ciekawych przeróbek współczesnych hitów, oglądając przy tym występ artystyczny kobiecej części orkiestry i jakież było nasze zdumienie kiedy okazało się, że to polska orkiestra dęta OSP ze Słupca. Dowiedzieliśmy się o tym kiedy Igor skoczył na dół wrzucić kilka euro do kapelusza i dostał w zamian płytę z utworami zespołu, na okładce której brzmiała ich nazwa i opis. Grali przednie.

Następnego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie , żeby zjeść śniadanie i udać się w odległą podróż do Meteorów.

c.d.n.