Quito

Galapagos Dzień I

Galapagos Dzień II

Galapagos Dzień III

Galapagos Dzień IV

Galapagos Dzień V

Galapagos - październik 2008

Piątek 17październik

Przyszedl piatek. Martinez polecial do Aten i sie pewnie swietnie bawi. Mi niebo runelo na glowe. Dlaczego? Jak w ksiazce, chlopiec poznaje dziewczyne... Nie, nie, po prostu deszcz pada i wogole:-)... Zostal ostatni tydzien. W przyszly piatek mniej wiecej o tej samej porze bedziemy leciec do Amsterdamu. Zostawimy za soba troski, smutki, rozczarowania, mowie oczywiscie o pracy ;-) i mam nadzieje rozpoczniemy fantastyczna podroz na wyspy Galapagos. U nas pochmurno i deszczowo, pozolkle liscie opadaja z drzew, zreszta w Peru temperatury sa podobne. W Juliace, niedaleko jeziora Titicaca wrecz dzis 3stopnie. Chcialbym zeby to juz dzis byl przyszly tydzien. Chce stad wyjechac jak najszybciej...

Amstel 24październik

Dotarlimy...narazie do Amsterdamu. Bez przygod. Przelykajac z trudem surowego tunczyka na kolacje i popijajac czerwone wino. Dlaczego z trudem? Ano chyba mnie dopadl jakis wirus. Kolezanki z pracy chorowaly od tygodni - trzymalem sie od nich z daleka, zona chorowala od tygodnia - trzymalem sie od niej z daleka, a tu jak na zlosc w dzien wyjazdu zaczelo mnie strasznie bolec gardlo i glowa. Licze na apteczke doktora G. Jesli jego medykamenty nie pomoga to jestem ugotowany. Kiepsko jechac na wakacje chorym :-( Robie dobra mine do zlej gry. Martinez jest pelen wigoru i entuzjazmu. Wlasnie czyta relacje z podrozy po Peru innych blogerow i co chwila wykrzykuje jakies rewelacje o cenach i czasie podrozy. Podobno w Peru drugim najpopularniejszym daniem po kurczaku jest swinka morska. U nas w Polsce zwykla swinka. Co kraj to obyczaj. Przed nami 3 godziny oczekiwania na kolejny samolot do Quito. Najchetniej poszedlbym spac i obudzil sie zdrowy:-)

Jeszcze Amsterdam

W Amsterdamie na lotnisku leczylem chorobe. Stara inkaska metoda, absolutnie nie polecana przez lekarzy, za to szeroko stosowana przez cala ludzkosc. Alkoholem. Zadekowalismy sie w milym kacie na lotnisku i Martinez donosil, herbate z rumem, porto, koniak, precelki i znowu rum, porto koniak. Nie wiem czy choroba mijala, ale znieczulenie napewno dzialalo. Lotnisko powoli sie wyludnialo, oprocz ludzi oczekujacych na kilka ostatnich nocnych rejsow. A my twardo, rum, porto, koniak. Tej nocy w Amsterdamie siapilo za oknem. Z zamyslenia wyrwal mnie Martinez sugerujac, ze zeby zostac wpuszczonym na poklad musimy umyc zeby. Poczym wyciagnal z podrecznego plecaka dwie skladane szczoteczki do zebow i dwie tubki pasty. Sensodyne czy Paradontex? - spytal. Wspominalem juz ze milo sie tym gosciem podrozuje? :-) Przepalone koniakiem gardlo jakby mniej bolalo. Martinez powrocil drugi raz ze sobie tylko znanego miejsca na lotnisku z kieszenia wypchana torebkami z herbata. Na zas, jak wytlumaczyl.

Podróż

Fatalnie znioslem ta podroz samolotem Amsterdam - Quito. Fatalnie, czuje sie coraz gorzej, nie moge juz przelykac sliny. Staralismy sie spac cala podroz, jako ze jest to nocny rejs. A nad Bonaire przezylismy chwile grozy. Samolot zszedl do ladowania w calkowitych ciemnosciach. Lal deszcz. Przez okna widzielismy tafle wody odbijajaca sie w swiatlach samolotu. Ale deszcz padal tak mocno, ze nic nie bylo widac na odleglosc 20metrow po bokach. Samolot obnizyl sie nad wode i nienaturalnie dlugo lecial bez zmian. Naraz poczulismy mocne szarpniecie, pelna moc silnikow i samolot zaczal sie unosic. Zostawilismy lotnisko pod soba. Zaczal zataczac kolo w powietrzu i kapitan poinformowal, ze z powodu deszczu nie moglismy wyladowac. Podchodzilismy jeszcze dwa razy do ladowania i dopiero za trzecim bezpiecznie sie udalo. Nasz samolot byl jedynym na plycie lotniska. Z powodu opoznienia nie pozwolono nam wysiasc i kisilismy sie w dusznym samolocie. Temperatura powietrza o 3godzinie w nocy wynosila 26stopni. Po 30 minutach postoju ruszylismy dalej.

Już blisko

Nasz autobus KL753 zrobil kolejny przystanek w Guayaquil. Bylo juz jasno, okolo 6rano. Samolot toczyl sie po plycie lotniskowej i naraz konsternacja. Przy hangarze stal taki sam samolot KLM jak nasz. Jak to mozliwe skoro mamy tylko jedno polaczenie do Ekwadoru? Martinez zaczal sypac domyslami. I o dziwo sie nie pomylil. Poszedl oczywiscie do stewardesy zeby utwierdzic sie w swoich przypuszczeniach. Samolot popsul sie poprzedniego dnia i mial silnik do wymiany. Poniewaz nowy nie zmiescil sie do naszego MD11, nastepnego dnia mial przyleciec jumbo 747 i przywiezc nowy silnik. A mnie gardlo nadal boli jak cholera :-( Mijala 14 godzina naszego pobytu w tym samym samolocie i 22 godzina podrozy odkad wylecielismy z Warszawy. W samolocie pojawila sie lokalna ekipa sprzatajaca, kobiety korpulentne z metra ciete o wspanialych rysach indianskich. Za chwile lecimy dalej do naszej finalnej destynacji - Quito.

Quito

Dotarlismy w koncu do Quito. Lotnisko znajduje sie w samym sercu miasta. Jeden krotki pas startowy a wokol domki. W oddali duze gory. Taksowka z lotniska do hotelu Grand Mercure kosztowala 5$ od lebka. Tak wogole dowiedzielismy sie ze oficjalna waluta w Ekwadorze jest dolar amerykanski. Jakosc hotelu nas zaskoczyla. 5 gwiazdek, apartament z dwoma pokojami. Zjawilismy sie przed dziesiata i nasz pokoj nie byl jeszcze gotowy. Pani zaproponowala nam soczek, dala mapki, powiedziala co warto zwiedzic, gdzie jesc. Zupelnie jak nie we francuskiej firmie :-) Po dziesiatej zjawila sie w hotelu Pani Halina - wlascicielka lokalnego biura podrozy i hotelu. Przekazala nam vouchery na rejs i bilety lotnicze na Galapagos. Kilka cennych porad i juz wiedzielismy ze musimy kupic krem z filtrem 50tka na wyspy. Co wiecej w pharmacie, ktora wygladala jak kiosk ruchu kupilismy rowniez pastylki i antybiotyk na gardlo. Bez recepty, nikt tego nie wymaga. Ten antybiotyk moze byc moim jedynym ratunkiem teraz bo nadal czuje sie fatalnie. Wzielismy taksowke zeby dojechac do starego miasta. Koszt przejazdki po miescie to 2-3$. I naprawde warto korzystac z taksowek poniewaz stolica Ekwadoru polozona jest na wzgorzach i duzo jest ostrego wspinania. Nalezy dodac do tego fakt, ze Quito lezy na 2800m npm i nowo przyjezdni turysci maja klopoty z oddychaniem. Stare miasto w Quito jako pierwsze na swiecie zostalo dodane na liste swiatowego dziedzictwa kulturowego. Tutejsza starowka jest uznawana za najpiekniejsza w Ameryce Poludniowej. Pojechalismy na Plaza Grande a potem na Plaza San Francisco. Chodzilismy troche po starowce ale niestety nie czulem sie dobrze, wiec poszlismy na szybki obiad i wrocilismy do hotelu. Herbatka, lekarstwa i spac. Kolejnego dnia musielismy wstac o 5 rano zeby zdazyc na samolot na Galapagos.

W oczekiwaniu na samolot

Okazuje sie ze na lotnisku lokalnym w Quito jest wifi darmowy. To dopiero niespodzianka. W miescie nie natrafilismy na tego typu udogodnienia. Jest tez maly barek Le Petit Cafe :-) Troche poprzestawialy sie posty na blogu, to dlatego, ze wyslalem wszystkie z maila za jednym razem. Wlasnie zaczela sie odprawa linii Tame na Galapagos. Do uslyszenia pewnie dopiero po powrocie.

Galapagos dzień pierwszy

Nasz pierwszy dzien na Galapagos rozpoczelismy o poranku ladujac liniami Tame na pasie startowym posrodku sawanny. W malym budynku, ktory sluzyl jako terminal podbilismy papiery, zaplacilismy USD100 i odebralismy bagaze. Znalezlismy czlowieka z naszego jachtu i powoli zaczela sie gromadzic nasza grupa. W wiekszosci byly to pary w naszym wieku. Zapakowalismy sie do autobusu i pojechalismy do malej zatoczki gdzie cumowaly lodzie wycieczkowe. Przy pomoscie byla poczekalnia z lawkami, ale byla zajeta przez lwy morskie. Kilka ich sztuk wylegiwalo sie w najlepsze. Na skalce obok spaly dwie iguany. Po nieopodal zacumowanym katamaranie spacerowal pelikan. Zrobilo to na nas wielce obiecujace wrazenie. Natomiast sama wyspa wyglada dosc pospolicie. Fakt przyjechalismy tu w suchym sezonie co moze tlumaczyc brak bujnej roslinnosci ale mimo wszystko wyspa jak wyspa. Nic specjalnego. Plaska, wypalona przez slonce z niska, karlowata roslinnoscia. Wyspa na ktorej ladowalismy i zaczynalismy rejs nazywa sie Baltra. Natomiast Galapagos sklada sie z kilku wysp, dokladnie 12duzych i 12 mniejszych. Nasz jacht nazywal sie Aida Maria. Dostalismy sie na niego motorowka. Kabine przydzielono nam na dole, co mialo ten minus ze nie otwieraly sie okna. Natomiast szczerze mowiac kabina okazala sie przytulna, mala ale komfortowa, z pietrowym lozkiem, prywatna toaleta i prysznicem. Nie zdazylismy sie rozpakowac, zreszta nie bylo nawet gdzie, bo kajuta byla bardzo mala a nasza lodz ruszyla. Poszlismy na gore, przywitac sie z reszta towarzyszy podrozy. Martinez juz wszystko o kazdym wiedzial. Parze z Australii chwalil sie ze skakalismy na bungy, parze ktora wybierala sie do Chile mowil ze bylismy tam 2 lata temu. Parze ze Slowacji mowil ze lubi sliwowice, czyli dla kazdego cos milego :-) Po kwadransie zadzwoniono na obiad, zeszlismy sie do mesy i steward Fabien zaczal podawac zupe. Chwila konsternacji przy pustym miejscu przy stole... i okazalo sie ze zapomnielismy zabrac ze soba jednego pasazera z portu. Zrobilismy w tyl zwrot i wracalismy kolejne pol godziny do miejsca z ktorego wyplynelismy. Zagubiona ofiara okazal sie Szwajcar w czapce ala angielski arystokrata ziemianin. Nasz statek mial 8 podwojnych kabin i z tego co zdazylem sie dotychczas zorientowac okolo 6 czlonkow zalogi. Napewno kapitan, kucharz, steward, przewodnik i dwoch gosci do wszystkiego. Na obiad podano zupe rybna, makaron z warzywami i arbuza. Zaczalem zalowac ze nie wzialem zapasu kabanosow. Pierwszy punkt programu tego dnia ciut nas rozczarowal. Przybilismy do plazy, bardzo ladnej, z drobniutkim bialym piaskiem Woda przy plazy miala cudowny turkusowy kolor. Mozna bylo wziac maske, fajke i pletwy i sobie poplywac. Wszystko fajnie ale przewodnik wzial nas na krotki obchod po okolicy, podczas ktorego zobaczylismy trzy czarne iguany - wedlug mnie wygladaly jak gumowe podroby kupowane na odpustach, widzielismy tez 2 flamingi brodzace po lagunie, no i widzielismy duzo czerwonych, naprawde fajnych krabow. Te rzeczywiscie robily wrazenie. Podobno widzielismy tez ptaki z niebieskimi lapami, ale byly tak daleko, ze nie jestem w stanie stwierdzic czy przewodnik mowil prawde. Troche slabo, a moze po prostu wiecej oczekiwalismy. W moich wyobrazeniach Galapagos to byla rajska zielona wyspa z tysiacem ptakow i zolwi, ktore calymi tabunami rzucaja sie na ludzi :-) No ale to dopiero pierwszy dzien, dlatego mam nadzieje zobaczyc wiecej w kolejne dni. Powrocilismy na statek, ktory na wieczor wplynal do szerokiego kanalu miedzy wyspami i rzucil kotwice na noc. Na kolacje mielismy pyszna rybke z warzywami. Nie to zebym narzekal na brak miesa, lubie swieze ryby dobrze przyrzadzone, ale tak z czystej ciekawosci chcialbym wiedziec czy zobaczymy mieso podczas rejsu. Przy naszym stole siedzi miedzy innymi para z Niemiec. Bardzo sie madrza przy kazdej okazji, ale kiedy mowilismy o zmianie czasu dziewczyna sie spytala czy jest roznica czasowa miedzy Niemcami a Polska ?! Poza tym pozeraja jedzeni jakby byli glodzeni kilka dni przed wyjazdem. Nie zdaze zjesc polowy obiadu a Niemka juz wylizuje talerz i patrzy znaczaco na stewarda Fabiena. Ten sie pyta czy dac dokladke, ona sie kryguje, on jej naklada nowy obiad, ona krzyczy ze to za duzo, poczym wszystko szamie az jej sie uszy trzesa. Maz podobnie. Wieczorem po kolacji mielismy fajny pokaz przy lodce uwiazanej do rufy naszego stateczku. Poniewaz jest to oswietlone miejsce wiec przylecialy najpierw pelikan a potem czapla, ktore siedzac na brzegu lodzi wypatrywaly ryb co chwile rzucajac sie do lodzi. W wodzie natomiast taplaly sie dwie foki oraz przeplynal rekin. Rzeczywiscie zwierzeta na tej wyspie nie znaja strachu przed ludzmi. No i tak dobiegl koniec pierwszego dnia na wodzie. Szwajcar, ktorego zapomnielismy w porcie, nadal chodzi w czapce w jodelke... ekscentryk

Galapagos dzień drugi

Kolejny dzien rejsu byl piekny. No moze niezbyt pieknie sie zaczal, bo wlaczeniem silnika statku o 5rano. Kiedy tylko maszyneria ruszyla nie bylo juz mowy o snie. Sniadanie ustalone bylo na 7rano, wiec te 2 godziny trzeba bylo jakos przetrwac. Dnialo juz i nasz jacht ruszyl pelna para. Po obfitym sniadaniu dobilismy nasza dinghy w dwoch turach po 8osob kazda do brzegu wyspy ... Z dala wydawala sie czerwona, podobna do australijskiej ziemi. Tymczasem okazalo sie, ze odcien wyspie nadawaly kolorowe pnacza, ktore ja porastaly. Zeby zejsc na ziemie z lodki musielismy stoczyc walke z gromadka lwow morskich, ktore tarasowaly droge. W koncu z ociaganiem i glosno cos porykujac wycofaly sie. Wyspa byla niewielka ale urocza Z jednej jej strony lagodnie opadala w strone oceanu z drugiej zas wznosil sie wysoki na kilkadziesiat metrow klif, o ktory rozbijaly sie fale morskie. Pnacza szeroko rozrastajace sie po ziemi mialy wszystkie kolory czerwieni, od lekkiej pomaranczy az po ciemna wisnie. Gdzieniegdzie byly tez male kepki jasnozielonych i zoltych traw. A posrod tej calej ferii barw rosly kaktusy. Piekny krajobraz. Kaktusy jakie widujemy na wyspach maja w swojej doroslej odmianie wysokosc okolo czterech metrow, pien brazowy gruby na okolo 40 cm srednicy i dopiero na czubku pnia wyrastaja miesiste platy kaktusa z iglami. Wysoki pien stanowi naturalna ochrone przed iguanami, dla ktorych kwiaty kaktusa sa przysmakiem, tak jak dla Martineza zupa grzybowa :-) Pod kaktusami podziwialismy iguany. Tym razem gatunek land iguana, w odroznieniu do czarnych, ktore widzielismy wczoraj marine iguanas. Jak sama nazwa wskazuje jedne sa ladowe a drugie morskie. Ladowe, ktore nie plywaja, maja przede wszystkim inny kolor, sa zolte, sa wieksze i maja krotsze, bardziej zaokraglone ogony. Samce iguan ladowych maja fajne kolce na grzbiecie. Punks not dead! Tych jaszczurow bylo na wyspie duzo, praktycznie przy kazdym wiekszym skupisku kaktusow mozna je spotkac. Cale wybrzeze bylo doslownie zaslane lwami morskimi. Pierw myslelismy ze to foki, ale przewodnik wyjasnil, ze najprostsza metoda odroznienia tych dwoch gatunkow jest przyjrzenie sie uszom. Lwy morskie maja wystajace malzowiny, natomiast foki maja tylko otwory. Skaly klifowe zajmowaly mewy, wielkosci kaczek z jaskrawo czerwonymi obwodkami wokol oczu. Ale nie tylko. Bylo tu tez skupisko lwow morskich - kawalerow. Nie wolno im bylo schodzic w dol do wody lagodnym stokiem, poniewaz tam urzedowaly stada skladajace sie glownego samca (beachmaster) i haremu kilkunastu lwic. Dlatego panowie kawalerowi musieli schodzic do wody stromym klifem. Ciezkie jest zycie kawalera :-) Ta wyspa nazywala sie Santa Fe. Powrocilismy na statek, prosto na obiad. Byly krewetki. Kucharz zna sie na swoim fachu, bo rzeczywiscie co nie wyprodukuje w swojej malenkiej kuchni to jest znakomite. Posilki sa urozmaicone, smakowite, skladaja sie z trzech dan, jak w dobrej restauracji. Usiedlismy teraz z malzenstwem z Izraela. Opowiadaja niesamowite historie o swoim zyciu. Mieszkaja i pracuja w kibucu. Socjalizm w najczystszym pozytywnym wydaniu. Wszyscy dostaja taka sama pensje niezaleznie od tego gdzie pracuja, wszystkim sie dziela, maja kilkadziesiat samochodow, ktorymi sie dziela, nie placa za jedzenie, opieke zdrowotna ani szkole. W ich wiosce sa trzy sklepy z jedzeniem, z ubraniem i art. gosp domowego. Facet byl jencem wojennym podczas wojny Yom Kippur. Nie sa religijni, nie przestrzegaja zadnych zasad, z ktorymi kojarzymy Zydow, zazwyczaj negatywnie. Bardzo madrzy i sympatyczni ludzie. Wyruszyli na 6 miesieczna podroz po Ameryce Poludniowej. Podziwiam i chcialbym w wieku 60lat miec tyle energii. Po obiedzie obowiazkowo sjesta a potem zawinelismy do zatoczki. Widok jak z Karaibow. Zatoczka byla odgrodzona od reszty oceanu naturalna rafa ze skal. Dzieki temu woda byla w niej turkusowa a juz za rafa normalnie zielona. Znow wyruszylismy nasza dinghy na brzeg, podziwiac kolejne okazy fauny. Oczywiscie piaszczysty brzeg zaslany byl lwami morskimi, miedzy ktorymi trzeba bylo lawirowac. Szlismy sciezka wsrod ostrokrzewu zeby co chwila sie zatrzymac i podziwiac kolejne okazy iguany ladowej. Na tej wyspie iguany byly koloru zoltego. Galapagos maja kilka endemicznych gatunkow zwierzat, ktore wystepuja tylko na tym terenie, ale tez wystepowanie tych zwierzat potrafi byc dodatkowo ograniczone do poszczegolnych wysp. Przechadzka byla w sumie krotka. Juz przy zejsciu na plaze zobaczylismy jeszcze jastrzebia, przycupnietego na skale. Cos co odroznia wyspy Galapagos od wszystkich innych miejsc na ziemi, gdzie mozna byc moze zobaczyc bardziej egzotyczne zwierzeta, to fakt, ze tutaj mozna z nimi obcowac na wyciagniecie reki. Od jastrzebia stalismy metr, iguany, lwy morskie, niektore ptaki moglibysmy spokojnie dotykac. Zwierzeta wrecz lgna do ludzi. Jest to niezwykle wielkie interaktywne zoo. Martinez mial okazje podziwiac jeszcze podwodna czesc tego zoo. Po powrocie z ladu zorganizowany byl snorkeling w zatoczce. Martinez dal sie namowic, wskoczyl w wetsuit i do wody. Mnie ominela ta przyjemnosc bo wciaz probuje sie wyleczyc z zapalenia gardla :-( Wrocil zachwycony, plynal pomiedzy dwoma lwami morskimi, widzial plynacego zolwia morskiego i oczywiscie lawice kolorowych ryb. Chwalil sie, ze dotknal ryby papuziej. Inna sprawa czy on byla z tego powodu zadowolona. Czul sie jak w podwodnym akwarium. Rafy koralowej tu nie ma, podloze jest piaszczyste bez roslinnosci z duzymi uskokami wysokosci. No i sie pomylilem z miesem bo na kolacje byla smazona noga pelikana. Tak twierdzi Fabien :-) Cokolwiek to bylo, smakowalo wybornie. Kucharz jest moim ulubionym czlonkiem zalogi. Kapitan juz nie bardzo. Pol godziny po kolacji uruchomil cala naprzod i poszedl w poprzek fal. Te byly wysokie bo morze bylo niespokojne. Zaczelo bujac okropnie. Z trudem dalo sie przejsc przez jadalnie. Bylo widac, ze niektorzy robia sie zieloni. Szybko zbieglismy do kajuty, lyknelismy po 2 tabletki lokomotivu, leku na chorobe morska, przygotowalismy otwarty sedes i polozylismy sie spac. Bujalo jak w wesolym miasteczku...

Galapagos dzień trzeci

Dzisiejszy dzien przeznaczony jest na wyspe Espanola. Suarez Point i Gardner Bay to dwa punkty naszego programu a poza tym to co zwykle, czyli plywanie, plazowanie i jedzenie. Obudzilismy sie wyspani i co najwazniejsze bez choroby morskiej. Moglym spac dalej bo, mialem taki piekny sen, snilo mi sie ze w sklepie sprzedawczyni podobna do jednej aktorki, podaje mi rachunek z wypisanym z tylu numerem telefonu, niesmialo sie usmiechajac ... i wtedy zadzwonil budzik. Po sniadaniu wypad na Suarez Point. Zejscie suche, czyli w butach. Sciezka miedzy skalami zaslana byla iguanami. Tym razem morskimi ale w pieknych barwach, czerwono czarnych a czasami czerwono-zielono czarnych. Leza wszedzie dookola. W tym punkcie gdzie wyladowalismy, byla zrobiona sciezka poniewaz stala tu niewielka latarnia morska. Generalnie na wyspy nie wolno wychodzic. Sa wyznaczone tylko niektore punkty na poszczegolnych wyspach, gdzie mozna doplynac i wyjsc na brzeg. Nie wszedzie tez mozna sie kapac. Na wyspach mozna chodzic jedynie wyznaczonymi przez wbite w ziemie bialo-czarne slupki sciezkami. W zasadzie nie widac ingerencji czlowieka. Wszystko jest dziewicze. Kiedy juz narobilismy zdjec iguanom ruszylismy sciezka w glab wyspy Espanola. W zasadzie gdzie sie nie ruszyc zawsze trafi sie na jakis okaz. Po chwili zobaczylismy z bliska blue-footed booty. Nie mam pojecia jak to jest po polsku, ale sa to biale ptaki wielkosci gesi z unikalnymi jasno niebieskimi lapami. Ptaki te bez wzgledu na to czy wysiadywaly jaja, czy po prostu sobie staly, wogole nie reagowaly na nasza obecnosc. Mozna je bylo sobie glaskac. Chwile potem przy drodze siedzial jastrzab - samiczka. Miala upierzenie zolto-brazowe i zolty dziob. Stalismy w odleglosci 2 metrow od niej kiedy naraz uslyszelismy trzepot skrzydel i nadlecial jej partner, czarny jastrzab. Przysiadl obok niej i podal jej smacznego, tlustego robaka wielkosci malej jaszczurki. Odlecial a jastrzab zajal sie konsumpcja. Na oczach 17ludzi stojacych jej nad glowa, drapieznik rozszarpywal ostrymi pazurami i zakrzywionym dziobem robala i go pozeral. Czulem sie jakbysmy ogladali jakis film przyrodniczy i za chwile mieli uslyszec - czytala Krystyna Czubowna. Droga przez ostrokrzew kryla kolejne niespodzianki. Za jednym z zakretow siedzial sobie mlody albatros. Nie byl moze zbyt urodziwy, caly szary i nierowno opierzony, ale jakby nie bylo ptak unikatowy i wyjatkowy. Albatrosy sa gatunkiem endemicznym tych wysp. Dolatuja do kontynentu i nawet do Peru i Chile ale potem wracaja. Ten mlody wlasnie czekal na rodzicow, jak wyjasnil nasz przewodnik. Moga wrocic za 2-3tygodnie. Chata wolna :-) Im dalej tym wiecej spotykalismy takich oczekujacych na rodzicow malolatow az dotarlismy do urwiska, gdzie swoj pas startowy mialy dorosle albatrosy. Dorosle sztuki sa piekne, bielutkie z zoltym dziobem. W locie, zwlaszcza na tle wysokiego skalnego urwiska, wygladaly naprawde elegancko. Skrajem urwiska wrocilismy do naszej plazy, z ktorej wyruszylismy. Spowrotem na statek i obiad. Byl tunczyk w sosie cytrynowm z warzywami. Mowilem juz chyba ze kucharz jest genialny? Poznalismy pare Slowakow z Bratyslawy. Tradycyjnie zaczelismy wymieniac sie doswiadczeniami z podrozy. Jak mozna podrozowac? Otoz Panstwo kupili wycieczke w biurze podrozy za ktora zaplacili 30000Euro za 2 miejsca. Ekwador, Galapagos, Peru, Chile i Argentyna w ciagu 1miesiaca. Wszystkie przeloty w klasie business. Natomiast w zeszlym roku jechali pociagiem z Pekinu do Moskwy - jakas ekskluzywna wersja 16dniowa pociagu transsyberyjskiego, all inclusive z szampanem lejacym sie strumieniami - koszt 40000Euro za 2 osoby. Taaak, o czym to ja pisalem, ze tunczyk z warzywami byl genialny? Bo byl. Nasz statek oplynal wyspe i zatrzymal sie zatoczce. Na piaszczystej plazy zaslanej lwami morskimi spedzilismy cale popoludnie opalajac sie i kapiac. Lwy byly dosc zaborcze i co chwila przeganialy ludzi zeby sie polozyc na ich miejscu. W koncu to ich terytorium a my tylko jestesmy intruzami. W jednej czesci zatoczki w wodzie bujala sie rodzinka kilku zolwi. Dawaly sie unosic falom, wystawialy glowy ponad wode. Glowa takiego zolwia miala wielkosc mojej zacisnietej piesci. Na statku czekala na nas goraca pizza, kajuty posprzatane, reczniki wymienione. Jak w najlepszym hotelu. Kucharz sie nie popisal na kolacje, podal groszek i kalafior, dwie rzeczy ktorych najbardziej nie lubie. Tego wieczoru znowu bujalo. I to jeszcze gorzej niz wczoraj. Bujalo na boki, nie sposob bylo zachowac rownowagi. Nasze kolezanki z pracy wybieraja sie na 2tygodniowy rejs po Karaibach, mam nadzieje ze sa swiadome tego co robia i wezma duzy zapas lekow na chorobe morska. Ja na kolejny rejs sie dlugo nie pisze.

Galapagos dzień czwarty

Dzis pobudka o 6:15 a sniadanie o 7. Krotki briefing naszego przewodnika, ktory nawet nie wiem jak ma na imie. Stara sie udawac bardzo waznego i nawet jak mowi jakas banalna rzecz, typu wezcie buty z gruba podeszwa to zawiesza glos, unosi brwi i patrzy po wszystkich zeby dodac swojej wypowiedzi dramaturgii. Poczym wszyscy biora duze buty a on jedzie w klapkach. Jakos nudnie sie rozpoczal dzisiejszy dzien. Cos jest nie tak. Lezymy sobie teraz na plazy w Post Office Bay, z wulkanicznym czarnym piaskiem, ale wokol nie widac zadnego lwa morskiego. Nie ma tez innych zwierzat. Ta wyspa Floreana byla przez dluzszy czas zamieszkana przez ludzi na poczatku XX wieku i skutecznie przetrzebili tutejsza faune. Zatoka wziela swoja nazwe od beczki, ktora stoi na slupie w glebi ladu. Otwiera sie w niej drzwiczki i wrzuca poczte. Znaczki sa niepotrzebne. Wyciaga sie bowiem lezaca tam juz poczte i patrzy czy nie jest zaadresowana do miejsca, gdzie sie jedzie. My znalezlismy 3 listy adresowane do Polski, do Szczecina i zamierzamy je dostarczyc :-) Zeszlismy jeszcze do tunelu wydrazonego przez lawe, ale takie atrakcje to pic na wode, strata czasu. My chcemy zwierzat! Po obiedzie Cormorant Point. Znowu wulkaniczna plaza, kilka lwow morskich w oddali. Wyszlismy za wydme i naszym oczom ukazala sie laguna otoczona wzgorzami. Pobocza porastaly suche, bezlistne drzewa obwieszone jakimis farfoclami, jakby sucha trawa. A po jeziorku stapaly dostojnie rozowe flamingi. Jesli ktos byl w Kenii to przypomina to takie male jezioro Nakuru. Tyle ze oryginal ma tysiace tych ptakow a tu mielismy zaledwie kilkadziesiat sztuk. Mialy bardzo piekna barwe rozu i byly idealnie czyste. No i rzecz jasna mozna bylo do nich podejsc na kilka metrow. To jest piekne na Galapagos. Pogoda caly czas zachmurzona, co jakis czas wynurza sie slonce i znowu znika. Niemniej jednak jestesmy na rowniku i ostrzegano nas ze slonce pali na okraglo, nawet przez chmury. Martinez jest juz czerwony. Jest pora sjesty, czesc grupy poszla na snorkeling na otwartym oceanie wokol skupiska skal zwanego Devils Crown. Zaraz jak wroca plyniemy 4 godziny do Porte Ayora - glownego miasta na wyspie Santa Cruz. Tam mamy nadzieje wyjsc na brzeg do miasteczka. Doplynelismy i wyszlismy na miasto kiedy juz zapadl zmrok. Wczesniej mielismy tort, ktory kucharz na statku wyczarowal dla Niemki z okazji urodzin. Pozostal niesmak bo chwile wczesniej kiedy przewodnik sie zegnal zostawil dwie koperty na tipy dla niego i zalogi. Taki jest zwyczaj. Ale oczywiscie Niemcy, ci co caly czas tylko wykorzystywali zaloge do przynies, podaj, pozamiataj zaczeli protestowac ze oni juz mieli tipy w cenie pakietu. Szkoda gadac. No wiec jestesmy w miasteczku, bardzo przyjemne. Z portu, z pokladu statku wygladalo jeszcze fajniej, ladnie oswietlone, domki i restauracyjki na palach nad woda, takie karaibski port. Przeszlismy sie jedna glowna uliczka w jedna strone a potem deptakiem wzdluz nabrzeza. Duzo knajpek, zarowno lokalnych jak i takich nowoczesnych, ze smakiem zaaranzowanych pubow. Duzo sklepow z telefonami komorkowymi sieci Porta, naliczylismy 6 na jednej ulicy. Ekwadorczycy lubuja sie w komorkach, a najlepszy to taki ktory wygrywa jak najwiecej melodyjek. Duzo sklepikow z pamiatkami, ale bardzo podobny wybor t-shirtow i troche figurek zolwi. Usiedlismy na piwo, pierwszy duzy, zimny, browar na Galapagos i krewetki a pol godziny pozniej wzielismy wodna taxi na nasz statek, bo jutro wczesniej wstajemy.

Galapagos dzień piaty

Pobudka przed piata. Jeszcze po ciemku sniadanie, pozegnanie z zaloga i poplynelismy do Puerto Ayora. Tam z nowym przewodnikiem podjechalismy kilometr od miasta do Darwins Centre podziwiac wielkie ladowe zolwie. Robia wrazenie, sa wieksze od czlowieka, waza do 250kg. Lapy wystajace ze skorupy sa grubosci mojego uda. Sedziwym wzrokiem lypia na turystow. Taki zolw to rzeczywiscie niezwykle zwierze jakiego nie mozna zobaczyc w normalnym zoo. Martinez stukal je w skorupe, ale nie chcialy go gonic... Byla 7 rano, zajechalismy na pace samochodu na lokalny dworzec autobusowy. Musielismy przejechac droga ladowa z poludnia wyspy Santa Cruz, gdzie znajduje sie Porte Ayora na polnocny brzeg gdzie znajduje sie lotnisko. Roslinnosc przy brzegu na wyspach jest karlowata, sucha wypalona. Tak bylo i na wyspie Santa Cruz. Totez wielkie bylo nasze zdziwienie, ze im wyzej wjezdzal nasz autobus tym bardziej zmienialo sie otoczenie. Na wyzynie posrodku wyspy panuje prawie tropikalna dzungla. Wysokie drzewa, bujna zielona, soczysta roslinnosc, mech porastajacy kamienie, pobocza drog, drzewa. Duza wilgotnosc i o tej porze dnia wszystko spowite bylo gesta mgla. Zupelnie jakbysmy przeniesli sie w inne miejsce. A pol godziny pozniej zaczelismy znow zjezdzac w dol po drugiej stronie wyspy i znow otoczenie zrobilo sie suche, roslinnosc wypalona, kolory zolto brazowe. I to juz koniec Galapagos, wyspy sa naprawde niezwykle i warte zobaczenia, wszystkim rybkom, zwlaszcza pomorskim, ktore przyczynily sie do ich zobaczenia bardzo dziekujemy :-) Na mikroskopijnym lotnisku skladajacym sie z jednego budynku niestety klopoty. Odprawilismy sie a chwile potem okazalo sie, ze samolot z Guayaquil nie wylecial. Czeka nas conajmniej 2 godzinne opoznienie. A mielismy zamiar po przylocie pojechac do miasta na ceviche de cammarones. Teraz nawet nie wiemy czy sie wyrobimy na nastepny samolot do Limy :-( Wszystko sie dobrze skonczylo, reroutowali samolot zeby sie nie zatrzymywal po drodze tylko lecial bezposrednio do Quito, przyczepili nam wywieszki priority i zdazylismy. W Quito wysokosc znowu uderzyla nam do glow, chodzilismy jak pijani. A 2 godziny pozniej zblizalismy sie do ladowania nad Lima. Miasto z lotu ptaka wydawalo sie ogromne.