Świątynia Lamy

Letni Pałac

Zakazane Miasto

Świątynia Nieba

Wielki Mur

Chiny - lipiec 2000

Nasza wyprawa została zorganizowana jak zwykle spontanicznie, od momentu podjęcia decyzji, że lecimy wszystko potoczyło się błyskawicznie, bilety, przewodnik, hotel ... i tu niemiła niespodzianka. Okazało się, że zarezerwowanie w Pekinie, w tamtych czasach jeszcze, w miarę taniego hotelu nie jest wcale takie proste. Dla turystów zagranicznych bowiem czekają hotele ze specjalnej listy i tylko one mogą ich przyjmować. Oczywiście doba w nich kosztowała majątek jak na nasze ówczesne możliwości.

Generalnie ceny były odstraszające - od 50 $ za noc ze śniadaniem od osoby w górę, trudno znaleźć coś taniej (chyba że poza centrum). Jeśli ktoś więc wybierze taki hotel musi się liczyć z większymi wydatkami na taksówki, żeby go wiozły do centrum, bo odległości w Pekinie są o wiele większe niż by to wynikało na pierwszy rzut oka z mapy. Miasto jest ogromne. Jadąc busikiem do Pałacu Letniego mijaliśmy całe osiedla kilkunastopiętrowych szarych wieżowców, które ciągnęły się aż po horyzont. Przemieszczając się po centrum Pekinu warto korzystać z metra albo po prostu z rowerowych rikszy.

Nieopodal fragmentu Wielkiego Muru, który zwiedzialiśmy napotkaliśmy głaz z inskrypcją. Jeden z turystów z naszej grupy, Chińczyk z HongKongu przetłumaczył nam napis "Tylko ten, kto był na Wielkim Murze może nazwać się prawdziwym bohaterem". - Wielki Wódz Mao. Wynika z tego że dla Chińczyka wejście na Wielki Mur to tak jak dla Nowozelandczyka ogolenie owcy a dla Amerykanina granie z synem w baseball.

Buddyjska świątynia Lamy (Lama Tempel) - coś pięknego i niesamowitego! Jedyna czynna i otwarta dla zwiedzających buddyjska świątynia w Pekinie. Niestety filmowanie i robienie zdjęć w środku jest zabronione. Cały kompleks tradycyjnie składa się z kilku świątyń, w każdej jest coś ciekawego do zobaczenia: różne pozy Buddy, księgi mądrości, złoty Budda z Tajlandii o czterech twarzach. Największe wrażenie zrobił na nas Budda w ostatniej świątyni - 17 metrowy, pozłacany, wyrzeźbiony z jednego kawałka drzewa cedrowego, którego sprowadzenie oraz wykończenie zajęło mnichom 6 lat.

Letni Pałac cesarza Chin (Summer Palace) - to koniecznie trzeba zobaczyć! Położony jest kilka godzin drogi od Pekinu, na północny zachód. Po drodze można zobaczyć ZOO z misiami Panda. Pandy są jak najbardziej żywe i można je podziwiać albo zza szklanej szyby w budynku, albo na zewnątrz na wybiegu na tle zielonej trawki, kiedy podjadają sobie pędy bambusa na posiłek. Pandy są oczkiem w głowie Chińczyków, szaleją za tymi sympatycznymi niedźwiadkami.

Letni Pałac i otaczający go park został przekazany cesarzowej przez jej syna jako prezent urodzinowy. Jest to największy z parków i chyba najpiękniejszy, można tam śmiało spędzić cały dzień, dobrze wypocząć od upału i zapomnieć o smogu w mieście. Chodzi się po pięknych drewnianych pawilonach nad jeziorem, zwiedza pomieszczenia pałacowe, chodzi po ogrodach, kamiennych mostach przerzuconych nad stawami. Przy jeziorze wybudowana jest duża marmurowa łódź, rodzaj pomostu, na którym bawiła się świta cesarzowej. Można tu spędzić bardzo miło cały dzień w cesarskich klimatach.

Zakazane miasto lub Zimowy Pałac cesarza (Forbbiden City)

Zlokalizowane w centrum stolicy przy placu Tian men, to olbrzymi kompleks pałacowy z pięknym ogrodem, wstęp 10 Yuanow (15 zł). Jak ktoś chce zwiedzić dodatkowe muzea w środku kompleksu, np. biżuterii, ceramiki czy brązu, to wtedy przed wejściem do danego muzeum kupuje oddzielny bilet. Chińczycy płacą zawsze inna cenę za zwiedzanie, nie trzeba dodawać, że niższą.
Zwiedzanie Zakazanego Miasta zajmuje dobre kilka bitych godzin. Brakowało mi tam tylko roślinności, wszystko wyłożone jest marmurem lub granitem. Ogród cesarski znajduje się dopiero na końcu całego kompleksu budynków.
Po zwiedzeniu Zakazanego miasta warto przejść na drugą stronę ulicy do parku naprzeciw, skąd ze wzgórza z pagodą można podziwiać panoramę miasta i jest przepiękny widok na całe zakazane miasto i Pekin. Jeśli uda wam się trafić na dobrą pogodę, co jest niezwykle trudne, bo w Pekinie zachmurzone niebo to właściwie norma, to będziecie mieć wielkie szczęście.
Od tubylców dowiedzieliśmy się, że pochmurna pogoda w Pekinie to po trosze wynik smogu, jaki unosi się nad miastem oraz wilgotnego klimatu od morza. Mimo zachmurzenia ciągle było 30-36 stopni i czuliśmy się tak, jakbyśmy byli nieustannie w saunie.

Przed wejściem do Zakazanego miasta na bramie wejściowej widnieje portret wielkiego przywódcy narodu chinskiego - Mao.

Na placu Tian men (Placu Niebiańskiego Spokoju ) możemy spotkać Chińczyków, którzy uwielbiają się fotografować, zwłaszcza tu, bo w tle mają swojego ukochanego wodza. Bardzo często proszą również Europejczyków (jesteśmy dla nich wielką atrakcją) o wspólne zdjęcie. Wartę honorową pełni też straż wojskowa, z uwagi na panujące tu upały, pod parasolem.

Marmurowe mostki nad kanałami (tutaj Żółta rzeka - Huang Ho), dachy z pięknymi gontami, czerwone kolumny, złocenia i piękne malowidła na pałacach to stałe elementy starochińskiej architektury.
Żaden z narodów nie potrafi chyba piękniej projektować ogrodów, są pełne finezji i niezapomnianego wdzięku. Oczywiście wszystko opiera się na modnych ostatnio w Europie zasadach Feng-shui (budowania zgodnego z naturą).

Charakterystyczne dla palaców starochińskich są dachy ze zwierzętami. Im więcej dana budowla miała takich postaci na swoim dachu, tym większą rangę jej przypisywano.

Świątynia Nieba (Temple of Heaven)

Chińczycy uważają, że jest to najpiękniejszy zespół architektoniczny Chin. Świątynie (bo jest ich wiele) otoczone są zawsze pięknym parkiem. Rankiem w parkach w Pekinie można spotkać Chińczyków trenujących tai-chi (czyli tzw. walkę z cieniem). Ćwiczą starzy i młodzi, całymi grupami lub pojedyńczo.

Jak można wyczytać w przewodniku, w Świątyni Nieba cesarz podobno wypoczywał od życia codziennego, tańców, wizyt i odwiedzin ważnych gości. Tu medytował i podejmował ważne dla kraju decyzje.

Wielki Chiński Mur (The Great Wall) - naprawdę robi wrażenie, choć zwiedza się zaledwie maly jego kawałek.

Wielki mur ciągnie się 6300 km równolegle do granicy z Mongolią na najwyższych pasmach gór. Jego głównym zadaniem była ochrona państwa przed najeźdźcami z zewnątrz. Powstawał kilka wieków, przy jego budowie zginęła 1/3 populacji Chin.
W pobliżu Pekinu dla turystów otwarte są dwa odcinki, najbardziej znany to na przełęczy Badaling (80 km od Pekinu). Ma się 4 lub 8 km do przejścia, czyli odcinek stromy lub bardziej łagodny. Ciekawostką jest to, że mur składa się z odcinków, które nie są ze sobą połączone.

Pekin to olbrzymie miasto, liczy sobie oficjalnie 12 mln mieszkanców, nie licząc przyjezdnych, często zatrudnianych na budowach. Dopiero jadąc taksówką (godzinę trasą szybkiego ruchu z lotniska do hotelu w centrum), człowiek sobie uświadamia, jak ogromnym krajem muszą być Chiny. Kiedy tam byliśmy Pekin rozrastał się w oszałamiającym tempie. Powstawały piękne nowe centra handlowe, rozrastały się dzielnice mieszkaniowe, przejazd taksówką przez niektóre dzielnice trwał po kilkanaście minut.

Typowy widok na ulicach Pekinu to olbrzymia masa rowerzystów, która jeździ jak jej się podoba, nie bacząc na światła i ludzi. Dlatego też na każdej ulicy spotyka się policjantów z chorągiewką, którzy pilnują porządku tzn. żeby rowerzyści nie przekraczali namalowanej na jezdni linii.

Pekin jest miastem w którym zawsze można coś robić. Spędziliśmy tu prawie 10dni i każdy dzień mieliśmy wypełniony jakąś atrakcją. Zwykłe wyjście do parku urasta do miana ekscytującej wycieczki, ponieważ parki w  Pekinie to są perełki sztuki architektonicznej pawilonów nad jeziorkami i sadzawkami, wspaniałej sztuki ogrodniczej, sztuki Feng Szui w wydaniu architektury krajobrazu.
Pekin to też wąskie, kręte uliczki wśród starych domostw – tzw. Hutongi, dziś niestety wypierane przez nowe dzielnice miasta.
Jest tu dużo bazarów, sklepów, oczywiście ulice zalane są milionami przechodniów.
Kwestia chińskiej kuchni to temat na długie, smakowite opisyJ
Mieliśmy to szczęście, że mieszkaliśmy w hotelu w okolicach Świątyni Nieba a więc trochę poza ścisłym centrum i uliczki wokół naszego hotelu pełne były miejscowych knajpek. Każdego wieczoru chodziliśmy do innej lokalnej restauracji na przepyszny posiłek. Czasem knajpa składała się z 8 poobijanych stolików i miejscowego gościa, który łuskał sobie gotowany bób a czasem były to lokale o wyższym standardzie, standardzie, ze stolikami z obrusami, czerwonymi lampionami i drewnianymi parawanami między stolikami. Bez względu na wystrój wnętrza jedzenie w Pekinie jest boskie! Żadna chińszczyzna w Polsce, kupowana w budce, czy nawet restauracji nie umywa się do tego co potrafią naprędce ugotować kucharze w Pekinie.  Jedynym problemem był fakt, że nikt nie rozmawiał po angielsku i czasem potrawy zamawialiśmy na chybił trafił z chińskiego menu, pomagając sobie słownikiem w przewodniku. Nie musze chyba dodawać, że ceny w knajpach były śmiesznie tanie.
Jedno z najbardziej popularnych dań czyli wieprzowina sweet and sour, którą zamawialiśmy w każdym miejscu w różnych knajpach wyglądała i smakowała inaczej. Czasem miała gęsty sos, czasem zupełnie rzadki. Czasem z papryką , czasem nie, za to ze szczypiorkiem i ananasem. Nie mniej jednak zawsze była znakomita.
Pekin zawsze będzie nam się kojarzył z przepysznymi smakami, mięs, warzyw, grzybów, kiełków. Warto tu przyjechać po to tylko, żeby przeżyć kulinarne uniesienia chodząc po małych lokalnych knajpkach.

Pekin to tylko brama do tego potężnego kraju o wspaniałej historii. Z opowiadań znajomych wiemy, że warto zapuścić się w głąb Chin i poznać je dokładniej. Wszystko przed nami…