Anchorage

College Fjord

Glacier Bay

Skagway

Juneau

Ketchikan

Alaska - wrzesień 2009

spisane z bloga, pisanego podczas podróży http://www.dosmartines.blogspot.com

Nu som ariwe a Ankoredz
Rano w drodze na lotnisko widziałem sarnę przy drodze. We Frankfurcie po płycie lotniska biegał królik. Liczymy na to, że po wylądowaniu w Anchorage zobaczymy przechadzające się po ulicach łosie. Transfer w FRA odbył się bezproblemowo a w samolocie dopisało nam szczęście. Zajęliśmy sobie 2 rzędy po 3 siedzenia tylko dla siebie. Za słuchawki się płaciło, więc film obejrzeliśmy bez dzwięku... wiadomo oszczędzamy. Pierwszy drink do obiadu był za free, każdy następny po kilka euro. Dolecieliśmy trzeźwi. Aha numer lotu miał trzy szóstki - 666 The Number of The Beast. Wśród pasażerów rejsu dużą część stanowili 40 - 50 letni mężczyźni z 3 dniowym zarostem, w charakterystycznych kurteczkach wędkarskich i czapeczkach bejsbolowych. Wyglądali na zapalonych wędkarzy i myśliwych. My przy nich, gładko ogoleni i pachnący po wizycie w Duty Free prezentowaliśmy się niemal elegancko ;-) Z Frankfurtu do ANC jest około 11tysięcy kilometrów i nasz lot trwał 9,5godziny. Co ciekawe wylecieliśmy o 12 w południe a do Anchorage dolecieliśmy o 11:30 rano. Odmłodziliśmy się więc o 10godzin ;-) Najtrudniej będzie nam teraz dotrwać do wieczora a jutro wstać... Anchorage przywitało nas pochmurną pogodą i lekkim deszczem. Informacje na lotnisku obsługiwały 3 siwe panie w podeszłym wieku, wolontariuszki i trudno było od nich czegokolwiek się dowiedzieć, za to zęby miały jak dwudziestolatki. Anchorage na pierwszy rzut oka nie przypomina w najmniejszym stopniu filmu "Przystanek Alaska" . To mogłoby być każde inne miasto w USA. Zaraz udajemy się na dalszą eksplorację. Póki co, pozdrowienia z Alaski...


Okolice Anchorage i Seward
W Anchorage wszędzie stoi się w kolejkach. Jak w Polsce za PRLu. A przecież to jest Ameryka, ziemia obiecana. Poszliśmy wczoraj na alaskańskiego steka. Zeby zasiąść na sali trzeba było odczekać kilkadziesiąt minut, więc usiedliśmy w barze obok z przygrywającym na żywo trio muzycznym. Na resztę z rachunku też musieliśmy czekać kilkanaście minut dopóki nie zrobiliśmy awantury u kierownika sali. Ponad półkilogramowy (20oz) stek i bursztynowe piwo było co prawda znakomite. Dziś rano czekaliśmy w Country Kitchen na śniadanie. Pani nas wpisała na "small waiting list" i po odstaniu swojego wpuszczono nas na salę, która wcale nie była pełna. Kelnerka zwracała się do nas "sweethearts" ;-) Kolejne dwie godziny odstaliśmy w Avisie. Była jedna obsługująca babeczka która nie rozróżniała marek samochodów ale była sympatyczna. Potwierdza się, że Amerykanie są powolni, rozlaźli ale przy tym bardzo towarzyscy i sympatyczni. Amerykanie preferują swoje marki. Wynajmujący przed nami ludzie, kiedy im zaproponowała 2 japońskie marki, zrezygnowali z nich na rzecz amerykańskiego Suburbana krzywiąc się na dzwięk Toyoty i Nissana. Co z tego że spalanie amerykańskiego potwora jest dwukrotnie większe od japończyka, paliwo w USA nadal jest tanie. Caly czas od rana siąpił deszczyk i było pochmurno. Zycie toczy sie bardzo leniwie w Anchorage. Za to jak już odstaliśmy swoje, w końcu ruszyliśmy w trasę na południe do miasteczka Seward. Widoki zaczęły się robić coraz ciekawsze. Jechaliśmy trasą widokową Turnagain Arm biegnącą wzdłuż odnogi zatoki Cooka. Z prawej strony mijaliśmy wodę o niebieskim odcieniu, prawdopodobnie efekt dużej ilości wapnia, z drugiej wysokie, strome góry. Na szczytach gór widać małe fragmenty lodowców. Jeśli chodzi o kolorystykę drzew to dominuje soczysta zieleń i jasna żółć. Gdzieniegdzie pojawiają się już pomarańczowe liście ale to nie jest jeszcze pełnia jesiennych barw. Jest całkiem ciepło, niektórzy tubylcy chodzą nawet w krótkim rękawku. Im dalej jechaliśmy na południe tym bardziej się przejaśniało i wychodziło słońce. W Portage Valley zwiedziliśmy Alaska Wildlife Conservation Center - gdzie mieliśmy okazję zobaczyć z kilku metrów niedźwiedzie, brązowe i czarne. Ten ostatni misio popisywał się przed nami wchodząc na drzewo z łatwością i szybkością kota. Tak więc wiemy już, że uciekanie przed niedźwiedziem w lesie na drzewo mija się z celem. Przy ogrodzeniu z bawołami pewni siebie podeszliśmy z Martinezem do siatki a na dźwięk aparatu bawół podniósł łeb, łypnął złowrogo okiem i natarł na nas. Zatrzymały go grube liny ale my najedliśmy się strachu. No ale najważniejsze były łosie. Piękne, majestatyczne na krzywych nogach i z pięknym rozłożystym porożem przypominającym łopaty z zębami. Wczoraj wieczorem w Anchorage próbowaliśmy namierzyć łosie na wolności i wybraliśmy się wieczorem na kilkukilometrowy rekonesans poza miasto ale bez sukcesu. Dziś podziwialiśmy łosie w pelnej okazałości. Do Seward dotarliśmy po około 3 godzinach i 125milach. Jest to malutka mieścina z dużym portem jachtowym. Przybijają tu też duże statki rejsowe, ale akurat nie naszej linii Princess tylko konkurencji. Miasteczko jest maleńkie, z jedną główną ulicą i kilkoma restauracjami i sklepikami. Nie za bardzo było tu co robić, miejscowość wyglądała na wymarłą. Nie bez problemów zjedliśmy swieży seafood w restauracji Ray's Waterfront bo przyszliśmy za kwadrans piąta i kelnerka nie chciała od nas przyjąć zamówienia na kolację ... bo kolację serwują dopiero od piątej. Na wieczór dotarliśmy do Anchorage a jutro wchodzimy na pokład Coral Princess.

Titanic
Dziś popołudniu zaokrętowaliśmy się na naszym Titanicu. Zanim do tego doszło musieliśmy dojechać z Anchorage do Whittier. Naszym kierowcą autobusu była 65-letnia Amerykanka Penny, na codzień prowadząca school bus. W ciągu godzinnej drogi opowiedziała wszystkim turystom na pokładzie bez mała całą historię swojego życia. Do tego wcale niepytana. Dowiedzieliśmy się między innymi, że 4-letnia wnuczka zabrała ją pierwszy raz w życiu na łyżwy, że ma dom o wartości mniejszej niż 200tysięcy dolarów, dzięki czemu nie płaci podatków, że córka miała średnią w szkole 4,8 że siostra mieszka w Australii i inne takie. Na koniec puściła jeszcze w obieg album ze swoimi zdjęciami. Nie wyobrażam sobie, żeby polski kierowca PKSu zaczął takie rzeczy opowiadać na trzeźwo. Ale widać dla nich takie zachowanie to norma. Od samego rana mieliśmy dziś piękną pogodę. Wiatr przegnał ciemne chmury i niebo było wreszcie błękitne. Szara droga, którą przemierzaliśmy wczoraj, dziś iskrzyła się odcieniami zieleni i żółci połyskującymi w słońcu. Przy okazji dowiedzieliśmy się od Penny, że na Alasce liściaste drzewa nie przybierają czerwonego koloru, maksymalnie robią się na jesieni złote. Pierwsze śniegi powinny zacząć padać w ciągu najbliższych 2 tygodni a okoliczne szczyty gór, które mijaliśmy miały już nowe śnieżne czapy. W środku zimy pokrywa śniegu potrafi osiągać w dolinach nawet 40metrów, drogi wtedy są zamykane a niektóre miejscowości zostają odcięte od świata. Droga do Whittier jest przepiękna, biegnie pośrodku zadrzewionej doliny a z obu stron otaczają ją wysokie góry z językami lodowców. Przy słonecznej pogodzie warstwy zmarzniętego lodu miały z oddali kolor niebieski. Takiego nagromadzenia lodowców jeszcze nie widzieliśmy. W pewnym miejscu zatrzymaliśmy się przy jeziorze i z czterech stron świata spływały w dół topniejące języki lodu. Kulminacją dojazdu do miejscowości Whittier jest przejazd najdłuższym tunelem na północnej części globu. Mierzy 2,6mili, ma szerokość autobusu. W drodze położone są też tory kolejowe dla pociągów. W samym Whittier nie ma nic prócz kilku podstawowych knajp i sklepików dla wędkarzy. No i oczywiście prócz cumujących statków wycieczkowych. Na nas czekał nasz Coral Princess, statek, do którego im bardziej się zbliżaliśmy tym bardziej przypominał olbrzymi wieżowiec. Zaliczyliśmy check-in, przeszliśmy security check jak na lotniskach i oto wchodziliśmy do wnętrza po trapie. Przy wejściu jeszcze zrobili nam zdjęcie i sprawdzili karty magnetyczne i znaleźliśmy się na kapiącym złotem pokładzie. Nie, no troche przesadzam, fakt, że główny hall wysoki na kilka pięter z przeszklonymi windami ma złocone poręcze, grube dywany i żyrandole ale nie jest to do końca aż tak kiczowate. Nasz statek ma ostatecznie 16 pokładów, z tym że 13 piętro nie występuje. I co my tu mamy żeby umilić nam podroż? Kilka restauracji, w tym jedna 24 godzinna, 4 baseny, siłownię, spa, korty tenisowe, stoły do tenisa stolowego, amfiteatr, symulator golfa, kino, bary, sklepy a nawet wedding chapel. Nasz statek ma komplet, 1970 pasażerów i 900 osób obsługi. Załogę stanowią ludzie z całego świata, szefową działu wycieczek jest Ewa Paluch, z którą zamieniliśmy kilka słów. Zresztą Polacy jak widać kojarzą się na szczeście miło zalodze, jeden Meksykanin chwalił się że był w Gdyni, Rumun mówi do nas po polsku dzień dobry, Chilijka twierdzi, że kiedyś z jednym Jackiem z załogi się dobrze imprezowało itd. Gro wycieczkowiczów stanowią Amerykanie i Kanadyjczycy. Z Europy ludzi jest mało. Jeszcze w Anchorage zgadaliśmy się na mieście z parą z Niemiec, których widzieliśmy już na rejsie Condora. Okazało się, że rodzice dziewczyny pochodzą z Gliwic i nauczyli ją całkiem nieźle mówić po polsku. 2 dni po przylocie do Anchorage wzięli ślub w jednym z parków na trasie do Seward. Teraz ze swoimi świadkami plyną też do Vancouver. Statek jest rewelacyjny, mimo że pierwszy raz czymś takim płynę i obawiałem się najgorszego to muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Kabiny są czyste, wygodne, wogóle nie czuć bujania, ludzie też się gdzieś rozłażą i nie ma się wrażenia tłoku. Jedyny minus to fakt, że jest to maszynka do robienia pieniędzy. Zdzierają tu kasę na wszystkim. Darmowa jest kajuta i jedzenie. Cała reszta kosztuje. 100minut internetu kosztuje 55$ i jest to najtańsza opcja pakietowa, bo poza abonamentem minuta kosztuje około 5$. Tak więc nie wiem kiedy wyślę to na bloga, chyba jak zejdziemy na ląd i znajdziemy jakąś internetową knajpę. Dziś tj. 15 września płyniemy cały dzień. Nasz program na dziś to scenic viewing. Zaczęło się o 6:30 rano kiedy zaczynało wschodzić słońce a nasz statek wpływał do College Fjord - powoli z ciemności zaczęły się wyłaniać zarysy zalesionych gór. Wszystko spowijała unosząca się nad wodą mgła. Niebo zmieniało się z koloru purpurowego w czerwony i różowy żeby o świcie przybrać kolor błękitu. Wokół statku pojawiły się dryfujące odłamki lodu. Płynęliśmy tak około godziny aż dotarliśmy do Harvard Glacier - lodowca ześlizgującego się dwoma ujściami prosto do wody. Statek majestatycznie obrócił się, porobiliśmy zdjęcia i ruszył w dalszą podróż do Prince William Sound. Widoki są fantastyczne, mamy przed sobą przepiękną panoramę ośnieżonych gór schodzących w dół do morza, które unosi krystalicznie czyste kawałki lodu. Naprawdę zapiera dech w piersiach, czegoś takiego nie widzieliśmy nawet w Argentynie czy Nowej Zelandii. Pogodę mamy przepiękną, świeci słońce, na niebie prawie żadnych chmurek, siedzimy z Martinezem na naszym prywatnym balkonie i popijamy zimny browar. Idylla :-) Apropos alkoholu to przemyciliśmy na pokład dwunastopak piwa i butelkę kanadyjskiej whiskey bo istnieją tu faszystowskie przepisy ze można pić tylko alkohol zakupiony w barze na pokładzie, który jest oczywiście drogi. A i jeszcze jedno mi sie przypomniało, Justyna kochanie czy możesz zamieszać bukłakiem z wiśniówką w spiżarce co 2-3dni podczas mojej nieobecności? Na statku są dziesiątki różnych aktywności w ciągu dnia, obecnie trwa np. fruit and vegetable carving demonstration i choć trudno sobie to wyobrazić to są chętni żeby to oglądać. Dużą widownię ściąga też pokaz jak efektywnie robić zakupy na Alasce żeby dobrze i tanio coś kupić ;-) Takie zakupy Mango. Americans luv it ! Gadaliśmy w ciągu dnia z jednym Amerykaninem mieszkającym na Alasce, który powiedział nam, że jest właśnie sezon polowań na łosie. Może dlatego żadnego jeszcze nie widzieliśmy na żywca. W każdym bądź razie opłata za odstrzelenie łosia to około 20$ jeśli mu wierzyć. Być może obcokrajowcy płacą coś więcej za licencję ale nie są to opłaty za odstrzał tak wysokie jak w Europie. Łosi i niedźwiedzi jest ponoć zatrzęsienie. Nic dziwnego, że tylu myśliwych i wędkarzy przylatuje tu z Europy na polowania. Idziemy zjeść coś z grilla bo zgłodnieliśmy po piwku ;-)

Glacier Bay
Wreszcie poczuliśmy, że jesteśmy na wodzie. Od południa statek płynie szybko w stronę Glacier Bay i majestatycznie się kołysze. A my pławimy się w luksusach i spędzamy kulturalnie czas. Wieczorem poszliśmy na występ jakiegoś komika, taki typowy amerykański stand-up show, gdzie gość wychodzi na scenę ze szklanką wody i przez godzinę opowiada dowcipy. Rozumieliśmy co piąty dowcip, z których co dziesiąty był śmieszny. Ale drink był niezły. A potem hit wieczoru, musical w teatrze. Dawno tak się towarzysko nie udzielałem, choć dla Martineza to chleb codzienny. Nawet on stwierdził, że przedstawienie było pierwsza klasa. Przynajmniej mogłem sobie popatrzeć na szczupłe, zgrabne, ładne tancerki bo takich widoków na codzień wśród turystek się nie uświadczy. Dominuje tradycyjny amerykański model sylwetki, czyli brzuch wylewający się zza paska ustawionego na ostatnią dziurkę, szerokie tyłki xxl i kaczy chód. Zresztą przy tym jedzeniu na Coral Princess sami będziemy niedługo wyglądać podobnie. Jedzenie reprezentuje kuchnie całego świata, jest pyszne i jest go mnóstwo. Dziś był formal dinner, jeden z dwóch na rejsie, ale go zignorowaliśmy. Za to połowa uczestników rejsu chodzi we frakach i garniturach, panie w szykownych atłasowych sukniach, w koliach i brylantach. Fotografują się na reprezentacyjnych schodach i przy fortepianie. Oczywiście za gruby cash. Załoga też nad wyraz elegancka w innym zestawie mundurków. Przez chwilę powiało high lifem. Ale zobaczyliśmy też gości, dla których synonimem elegancji jest czysty t-shirt lub koszula flanelowa, więc się uspokoiliśmy i raczej pieniądze przeznaczone na wypożyczenie fraków przeznaczymy na coś bardziej pożytecznego.
Rankiem 16września wpłynęliśmy do Zatoki Lodowców - Glacier Bay. Przy jej ujściu dołączyło do nas troje rangerów z miejscowego parku narodowego, którzy przez cały dzień opowiadali o okolicy i lodowcach. Były to trzy kobiety. W rozmowie z jedną z nich dowiedzieliśmy się, że jej sąsiedzi to Polacy. Biorąc pod uwagę, że mieszka w wiosce niedostępnej drogą lądową, liczącej 200 mieszkańców, znajdującej się na końcu świata to można powiedzieć, że Polacy są wszędzie. W zatoce znajduje się około 15 lodowców spływających z gór w kierunku wody. Teren ten jest o tyle niezwykły, że jest to jedno z nielicznych miejsc na świecie gdzie lodowce się nie tylko cofają w wyniku globalnego ocieplenia, ale również powiększają. Apogeum swoich możliwości osiągnięty został w 1750 roku podczas tzw. Małej epoki lodowcowej. Wtedy to nie istniała zatoka z wodą lecz dolina wypełniona lodem. Z biegiem czasu w ciągu 250 lat lodowiec cofnął się o prawie 100 km. w głąb tworząc zatokę. Pogoda nam nie dopisała o poranku. Wszystko było spowite mgłą i padał deszcz. Mijaliśmy góry w odleglości kilkuset metrów ale wszystko było w odcieniach szarości. Pogoda na Alasce zmienia się z minuty na minutę jak to w górach. Około południa trochę się przejaśniło, akurat jak dopłynęliśmy do Margerie Glacier. Widzieliśmy z Martinezem już niejeden lodowiec i Perito Moreno w Argentynie i Franz Joseph w Nowej Zelandii ale nadal robi to niesamowite wrażenie. Zwłaszcza widziane od strony wody. Kolejny duży lodowiec do którego dopłynęliśmy to John Hopkins Glacier. Cała okolica wygląda jakby żywcem przeniesiona sprzed kilkuset lat. Surowa, zimna, niedostępna. Na szczęście cywilizacja tu nigdy nie dotarła. Najbliższe większe miasteczko, do którego jutro dopłyniemy, to Skagway oddalone o około 200 km. Podczas śniadania poznaliśmy drugą Polkę wśród załogi na statku, Marysię z Bytomia. Sympatyczna dziewczyna, która opowiadała m.in o tym że to jej 4 kontrakt na statku i płynęła np. rejsem dookoła świata, który trwał 107 dni. My nadal pławimy się w luksusach. Jedzenie jest niesamowite. Wśród ryb dominuje halibut i losoś podane na dziesiątki sposobów. Są krewetki i kraby, sushi, szparagi, grillowane warzywa na zimno, steki, chińszczyzna, dania hinduskie, makarony i oczywiście corned beef - mielonka na ciepło, fuj. Każdy znajdzie coś dla siebie. Przy takiej pogodzie jak dziś, nie było innej opcji jak co chwila nie zejść z mokrego pokładu, czegoś nie zjeść i nie napi się kawy z koniakiem. Liczymy na lepszą pogodę jutro, bo jak wspomniałem dopływamy do Skagway i schodzimy po 2 dniach żeglugi na ląd. Mamy zamiar wypożyczyć samochód i wjechać na przełęcz White Pass.

ze Skagway do Yukon
Kiedy rano obudziliśmy się w Skagway i wyjrzeliśmy przez balkon naszym oczom ukazała się w odległości kilkudziesięciu metrów skalna ściana dwa razy wyższa niż statek. Wymalowana jest prostokątnymi znakami z nazwami statków i ich kapitanów, którzy zawitali do tego portu. Siąpił deszczyk ale zbytnio nas to nie zdziwiło. Do miasteczka z portu jest około pół kilometra elegancko utrzymanym deptakiem. Skagway jest po prostu urocze, wygląda jak żywcem wyjęte z końca IX wieku. Składa się z kilku przecznic przy których stoją parterowe, drewniane, kolorowe domy. Same sklepy, w tym większość z biżuterią, pamiątkami, bary, muzeum i stacja kolejowa White Pass & Yukon. No i dwie wypożyczalnie samochodów. W porcie stały dziś cztery wielkie statki wycieczkowe, kiedy wszyscy pasażerowie wysypali się z pokładów i rozbiegli po mieście zaczęło to przypominać mrowisko. No i zabrakło samochodów w Avisie. Na szczeście w innym punkcie coś dostalismy. To coś to 11-letni chevrolet Lumina. Siedzenie kierowcy przypominało stary wysłużony fotel, w którym można było się zapaść. Ale najważniejsze, że jeździł. Droga do przełęczy White Pass wiła się ostro pod górę. Im wyżej tym mgła robiła się coraz gęstsza aż w końcu jechaliśmy 20km na godzinę i widoczność spadła do około 15 metrów. Niestety nie zobaczyliśmy nic z przełęczy na wysokości 2 tysięcy metrów z powodu mgły, ale jak tylko minęliśmy granicę kanadyjską, pogoda gwałtownie zaczęła się poprawiać. Mgła ustąpiła, chmury rozwiało i zaświeciło słońce. I mogliśmy w pełnej krasie podziwiać krainę Yukon. Wzdłuż drogi od granicy aż do miejscowości Carcross ciągną się górskie jeziora o charakterystycznym mleczno niebieskim mętnym kolorze. Piękne jest jezioro Emerald Lake, jak sama nazwa wskazuje ma kolor szmaragdowy. Byliśmy też na małej pustyni, która powstała po odejściu lodowca. Widoki Yukonu przypominały nam trochę park narodowy Torres del Paine w Argentynie, tyle że w Kanadzie jest bogatsza flora, ściany gór pokryte są wysokimi, strzelistymi sosnami, które przeplatają się z bijącymi po oczach żółcią drzewami liściastymi. Po stronie kanadyjskiej spędziliśmy kilka godzin, poczym wracając do Skagway jak za dotknięciem różdżki po przekroczeniu granicy, słońce zniknęło i pojawił się deszcz oraz mgła. Na przełęczy oczywiście znowu nic nie było widać. W miasteczku trochę się uspokoiło, większość turystów zdążyła już wrócić na statki albo pojechała na jakieś wycieczki poza miasto. Nigdzie nie znaleźliśmy wifi, więc nadal nici z maili i bloga. Telefon też nie działa, więc póki co jesteśmy odcięci od świata. Jutro stolica Alaski - Juneau a na statku kolejny galowy wieczór.

treking na lodowcu
Juneau to najlepiej jak dotąd spędzony dzień na wyjeździe. Rewelacja. Ale od początku. Czy ktoś wiedział, że miasto Juneau jest stolicą Alaski? A jednak, miasteczko wielkości Otwocka bo liczące 30 tysięcy mieszkańców i nie posiadające drogowego połączenia z resztą kraju zostało stolicą stanu. Jest tu okolo 200 mil asfaltowych dróg, ale jeździć można wyłącznie w granicach miasta. Więcej jest szlaków pieszych. Wszystkie towary dowożone są z USA drogą lotniczą lub morską. W Juneau zatrzymaliśmy się na około 8 godzin. Z rana trochę padało i mgła opasała okoliczne wzgórza ale im dalej przemieszczaliśmy się busem w stronę lotniska to rozjaśniało się. Było nas sześcioro, para z Ontario, para z Texasu i dwa łosie z Warszawy. Na lotnisku dostaliśmy odpowiedni gear, czyli buty, spodnie, kurtki i podpisaliśmy zrzeczenie się wszelkiej odpowiedzialności w razie gdyby coś poszło nie tak. Co więcej podpisaliśmy zgodę na wykorzystywanie naszego wizerunku przez firmę Northstar Trekking :-) Naszym pilotem był Greg z Nowej Zelandii, który przylatuje tu na pół roku w sezonie letnim do pracy a na zimę, czyli zaraz, wraca do siebie. Lot helikopterem trwał około 30 minut, wznieśliśmy się nad miasto a potem polecieliśmy w stronę lodowca Mendenhall. Stanowi on tylko małą część olbrzymiego pola lodowego, piątego pod względem wielkości w północnej Ameryce. To wielkie nagromadzenie lodu w górach powoduje że Juneau jest niedostępne drogą lądową od strony kontynentu. Wylądowaliśmy na lodowcu w miejscu, z którego było widać w oddali miasteczko i cieśninę Stephens Passage. Było to na wysokości około 500m. n.p.m. Dopisało nam szczęście bo wyszło słońce i lód pod naszymi nogami iskrzył się i mienił pięknym błękitnym kolorem. Dostaliśmy raki na buty i kaski i przez następne 2 godziny chodziliśmy po powierzchni lodowca. Wchodziliśmy do tuneli wydrążonych przez wodę i powietrze pod powierzchnią lodu. Szczeliny były tak wąskie że ocieraliśmy się plecami o ściany. Wewnątrz płynęły wartkie strumienie wody. Lód z lodowca to ściśnięty pod wielkim ciśnieniem lód, z którego pod wpływem wielkiej siły i setek lat zniknęły pęcherzyki powietrza. Poprzez to lód jest twardy jak skała. Nie byliśmy dziś nawet w stanie wbić czekanu w powierzchnię lodowca. Wrażenia są niesamowite, człowiek czuje się taki malutki w obliczu tysięcy hektarów otaczającego go lodu. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że zupełnie przypadkowo zaliczyliśmy ostatni z trzech wyjątkowych lodowców na świecie. Otóż według Mike'a, naszego przewodnika na Mendenhall, istnieją tylko 3 takie lodowce, które jednocześnie sąsiadują z lasem deszczowym i widać z nich morze. Oprócz tego na Alasce jest jeszcze taki lodowiec w Patagonii i Nowej Zelandii. Po dwóch godzinach lekko zmarznięci ale rozgrzani wrażeniami wróciliśmy na dół do miasteczka. W końcu trafiliśmy na darmowy wifi w miejscowej biblotece. Ale że czas nas gonił bo statek odpływał z Juneau naprawdę wcześnie, niewiele zdążyliśmy napisać i sprawdzić w internecie. Nie wiem np. czy w Tańcu z Gwiazdami "tańczy" jeszcze Iga Wyrwał? Bardzo żałuję że nie mogę jej obejrzeć, nagrywa ktoś? ;-) Apropos tańców byliśmy dziś znowu na przedstawieniu w teatrze na statku pt. "Dances". Rewelacja. I kto to mówi? Ale znawca tematu, czyli Martinez potwierdza, występ pierwsza klasa. Rozmach, scenografia, wykonanie jak w dobrym teatrze rewiowym. A że był dziś wieczór galowy i większość par na statku defilowała w sukniach i frakach też zapragnęliśmy trochę życia z wyższych sfer. Wypiliśmy dla animuszu po dwa drinki z kanadyjskiej whiskey i Dr. Peppera (polecam kombinację własnego autorstwa) i wprosiliśmy się na ekskluzywną kolację do sali jadalnej Bordeaux mimo braku odpowiedniego stroju. Nasz znajomy kierownik sali z Rumunii przybił z nami piątki i udał, że wszystko jest okay. Chwilę potem Martinez dobierał się do homara w kombinacji z królewskimi krewetkami a ja kroiłem polędwicę zapiekaną we francuskim cieście a'la Wellington. Na zakończenie wieczoru przepuściliśmy po dolarze (słownie 1 us dollar) w kasynie na jednorękich bandytach. Szczęście nam nie dopisało. W sali obok odbywał się konkurs karaoke ale wymiękliśmy po kilku wykonaniach. Jeszcze zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie na głównej klatce schodowej statku i wieczór można było uznać za zakończony. Jutro czeka nas Ketchikan - światowa stolica łososi, oraz wyprawa na niedźwiedzie.

Wielkie Zarcie
Dzięki Bogu nasz cruise dobiega końca. Jeszcze trochę i utuczyliby nas na śmierć. Dziś przekroczyliśmy wszystkie granice, nie tylko tę kanadyjską. Po obfitym śniadaniu przy którym jak co rano zamieniliśmy kilka słów z sympatyczną Mary, nie wiedzieć jak i czemu natknęliśmy się na przygotowania do jakiegoś kulinarnego eventu na 14 poziomie przy odkrytym basenie. Wiedzeni niezdrową ciekawością przysiedliśmy przy kubku kawy a kelnerzy na stołach zaczęli ustawiać cukiernicze cacka, torty, ciasta, ciasteczka polewane czekoladą, posypane wiórkami, udekorowane bitą śmietaną. Pośrodku stał metrowej wielkości wyrzeźbiony w lodzie łabądz. Ślinianki zaczęły nam pracować, ale okazało się, że otwierają dopiero za pół godziny. Doleciał nas zapach świeżej pizzy bo obok była pizzeria i chwilę potem wcinaliśmy ćwiartkę pizzy quattro formaggi w oczekiwaniu na cukiernicze delicje. Kiedy wybiła właściwa godzina nabraliśmy po talerzu różnorakich słodkości i ledwo to zmęczyliśmy. Tak nam minęło przedpołudnie ostatniego dnia rejsu. Dziś tylko płyniemy i płyniemy w stronę Vancouver waskim przesmykiem tzw. Inside Passage. Ale to nie koniec obżarstwa na dzień dzisiejszy. Martinez prawie zmusił mnie siłą po południu żeby przejść się na lunch. Mówił, że na "sałatkę". Skończyło się regularnym obiadem. Ileż można jeść? Ale już kompletną przesadą było pójście 3 godziny poźniej na dinner do restauracji Bayou na 3-daniową kolację (Martinez wziął 4-daniową wersję, gdzie on to mieści?). Głównym daniem był ponad półkilogramowy stek. Ktoś mógłby pomyśleć, że dziś nie robiliśmy nic oprócz obżerania się... i wiele by się nie pomylił. Strach pomyśleć, ale są na tym rejsie osoby, które tak właśnie spędzają wszystkie 7dni, również te w portach. Wczoraj dobiliśmy do ostatniego amerykańskiego portu na Alasce na naszej trasie, do Ketchikan. Jest to małe miasteczko, trochę większe od Skagway, ale dużo mniejsze od Juneau. Statek zacumował jakieś 50 metrów od najbliższych sklepów i był to dotychczasowy rekord. Część "uroku" tego rejsu po Alasce polega bowiem na robieniu zakupów. Statek ma swojego eksperta od zakupów, jakiegoś Andy cośtam, który ma własny kanał w telewizji na statku gdzie reklamuje nonstop co i gdzie kupić. Obiektywnie patrząc jest naprawdę świetny w tym co robi. Może AirFrance mógłby go zatrudnić ? :-) Na szczęście udało nam się z Martinezem nie ulec jego darowi przekonywania i nie zostaliśmy właścicielami wielu drogich i niepotrzebnych rzeczy, np. zegarka jakiejś tam marki, którą nosi on, ponoć większość załóg statków na świecie i pierwsza dama Ameryki Michelle Obama. My nie nosimy i mamy się świetnie. Sorry jeśli przerwaliśmy łańcuszek szczęścia...W Ketchikan polecieliśmy na niedźwiedzie ale srodze się rozczarowaliśmy. Widzieliśmy co prawda samicę z małym wysoko na drzewie, ale że lało i było to pośrodku lasu to tak naprawdę niewiele było widać. Szkoda bo oczekiwaliśmy widoków jak na filmach National Geographic, kiedy niedźwiedź wyławia łapą ze strumienia płynące w górę łososie. Ryby były, potok i wodospad był, zabrakło tylko chętnego misia żeby nam zapozował do zdjęć. Najfajniejszym zatem elementem tej kilkugodzinnej wycieczki był lot hydroplanem marki de Havilland DHC-3. Samolot miał równiutko 52lata, został wyprodukowany 18 września 1957 roku. Czułem się w nim jak Indiana Jones, wrażenia z lotu gwarantowane, widoki z kilkuset metrów na wysepki, zatoczki, lasy pod nami, przepiękne. Jutro raniutko rejs się kończy z czego się już cieszymy, bo chcemy wreszcie wyrwać się z tego kulinarnego raju. Czeka nas tydzień przemieszczania się po zachodniej Kanadzie bez takich luksusów i zbytków jak na Coral Princess. Wszystkim jednak gorąco polecamy ten rejs po Alasce i statki Princess. Jakość jest ponadprzeciętna, statek jak nowy, elegancki, komfortowy, świetnie wyposażony. Tzw. activities są niewyczerpane, nonstop coś się działo na statku, każdy znalazłby coś dla siebie. Obsługa perfekcyjna, miła, wielonarodościowa. Nasz steward bywał w naszej kabinie chyba z dziesięć razy dziennie, ręczniki zmieniał po każdej kąpieli, czasem 2 razy dziennie. Lóżko ścielił, nakrywał, odkrywał kilkukrotnie w ciągu dnia, jego stukanie do drzwi stawało się z czasem irytujące. Dziś zastukał żeby się spytać czy nie potrzebujemy więcej lodu do naszej whisky. Skąd on wiedział że właśnie akurat wtedy byliśmy w kabinie i faktycznie oprożnialiśmy szklaneczkę na dobre trawienie? ... Jednym słowem naprawdę rewelacyjna linia i świetny sposób na wakacje, dla tych którzy szukają pomysłu na coś innego.